Murowanka/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Murowanka
Pochodzenie Świat. Dwutygodnik ilustrowany 1888 nr 1 i 2
Wydawca Redakcyja „Świata”
Data wydania 1888
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XI.

— Gdybyś mógł zacząć opowiadanie? — rzekł Walenty.
— I gdybyście mi go raczyli nie przerywać — dorzucił Julek.
— Sam zważ, że to niepodobieństwo, — nielitościwie śmiejąc się szepnął pierwszy — twój tekst nie obejdzie się bez szerokiego komentarza. Powtóre jesteś jak młody źrebak, którego wypuszczają na paszę. Trzeba, by go ciągle pastuszek pilnował, bo rozhasany poleci gdzie go oczy poniosą.
— Więc chyba nic nie powiem!
— Słuchajcie! słuchajcie! — rzekł Walenty.
— Wystawcie sobie... cichy dom żółwia egoisty...
— Patrzcież czy zaraz nie potrzeba odsyłacza i tłumaczenia. Co ma się rozumieć przez żółwia? bo jużciż nie o tem mówisz, na którym nas anatomii uczą?
— Żółw mój, to stary urzędnik, którego znacie wszyscy... Widzieliście go nieraz w ulicy kroczącego poważnie, wyprostowanego, wypogodzonego, istny wizerunek prawego męża, noszącego w łonie czyste i zdrowe sumienie... Wielki moralista, nielitościwy sędzia spraw ludzkich, ze wszystkiego biorący asumpt do narzekania na zepsucie. Prezes N. ojciec Heleny, jest obrazem ciekawym ślepoty człowieka we własnych sprawach. Surowy dla drugich, w sobie widzi ideał. Znać to po szacunku jaki okazuje dla samego siebie... Rzekłbyś, że idąc, obawia się, aby się nie stłukł, aby się nie otarł o kogoś mniej godnego. Mówi sentencyami, sądzi bez odwołania, ma powagę królewską i zarozumiałość ludzi szczęśliwych... Życie jego upłynęło jak je sobie urządził. Los nie rzucił w nie dotąd kamieniem, któryby rozbił tę zamarzłą taflę lodu. Prezes był żonaty. Żona jego była niewolnicą i wielbicielką mężowskiej potęgi... Bóg dał mu dwie córki... Wychowano je ostro, ale tak, aby samemu panu jaknajmniej zawadzały. Prezes widywał je w godzinach oznaczonych, dawał im rękę do pocałowania i surowe napomnienia, ale nie kochał, bo nic nigdy kochać nie mógł. Ten brak przywiązania starała się pomnożoną w dwójnasób miłością macierzyńską wynagrodzić matka i pieściła je... biedna, słaba kobiecina, wylękła, niemająca woli i przez to może pozbawiona instynktu zachowawczego. — Jej systemem była miłość... Dzieciom pozwalała na wszystko co chciały, a gdy jej się zdawało, że chciały czegoś niedobrego, zamiast im się sprzeciwić, siebie starała się przekonać, że to mogła być rzecz w istocie nie tak zła i szkodliwa jak się jej zdawało. To serdeczne przywiązanie, namiętne, często jej sąd wypaczało.
— Zkąd Julkowi taka znajomość serca kobiecego? — przerwał Walenty.
— Powtarzam com słyszał — odparł Julek — dajcie mi mówić, bo wątek stracę.
— Strać go, powieść będzie fantastyczniejszą.
— Chcę, by była prawdziwą tylko. Już widzicie — mówił dalej — jak się tych dwoje dziewcząt wychowało... w grozie straszliwego ojca, który w domu był widmem przerażającem wszystkich, w pieszczotach skrytych u macierzyńskiego łona... i w tej ciekawości świata, którego taki dom wcale im nie mógł dać ani poznać, ani przeczuć. Dom był smutny, salon zimny, ludzie przychodzący sztywni i krochmalni; kobiety, przyjaciółki pani, szczebiotliwe i dziecinne. Rozumiesz, życie przysłonione i skryte, a dla ojca... pozór suchy jakiegoś życia martwego, jak on uregulowanego. Z tego podziału na dwoje, z tych skrytości postrachu wynikało, że ojciec o połowie tego co się u niego działo nie wiedział. Aby się trochę pośmiać i swobodniej pośpiewać, pogwarzyć, wybierano godziny, w których go nie było w domu. Przyjście jego niespodziane płoszyło wszystkich aż do gości, odkrywając przed światem tajemnicę tej tyranii pedantycznej. Często najmniejsze rzeczy potrzeba było przed nim ukrywać; ale z niemi taiły się i nieoględne płochostki dziewcząt i nieopatrzne często, a pieszczotliwe obejście się biednej matki, która im starała się wynagrodzić surowość ojca. W godzinach urzędowych, gdy wszyscy się gromadzili, gdy prezes publicznie gderał, matka miała postać posągu, córki podobne były do zamarłych z przestrachu dzieci Nioby. Nic nie wyszło przed nim na jaw. Ale gdy ojciec odszedł, musiano sobie wynagradzać. Matka była kobietą słabą, bałwochwalczo przywiązaną do córek i spragnioną odrobiny swobody i wesela... Wyrywały się więc wszystkie z pod rózgi tego nieznośnego pedagoga i wylatywały, trzepocząc skrzydełkami. Prezes mało bardzo znał stosunki żony, mało wiedział co ona robiła, a choć dopytywał ściśle o każdą godzinę, odpowiadano mu tak umiejętnie wyciągnioną treścią, że z niej trudno się było domyśleć, co się z niemi działo. Matka i córki nie kłamiąc wyraźnie, nie umawiając się o oszukiwanie ojca, instynktowo kryły przed nim swe życie, tworząc dlań obraz jakiego pragnął. Prezes zresztą nie wchodził ściślej w rozpoznawanie, zadawalniał się lada pozorem i wymówką. Zbyt sobą był zajęty, żeby miał bardzo się troszczyć o żonę i córki. Towarzystwo jego składało się z posągów papierowych jak on, z ludzi przyzwoitych i sztywnych... Pani miała swoje osobne, które przed prezesem przybierało postać zastygłą i poczuwało się do potrzeby kłamania oczyma, mową i postawą... Znacie już wnętrze tego domu, w którym się wychowała Helena, pieszczotka matki, serce rozbudzone miłością macierzyńską do marzeń innych. Siostra jej wesoła i śmielsza, ale innego temperamentu, o parę lat od niej starsza, była śliczną ale chłodną i obrachowaną istotą, dla której świat wcale nie był straszny. Kropelka egoizmu ojcowskiego strzegła ją od zawodów... Nie lubiła marzyć i czytać; rachowała się z życiem... Helena tworzyła sobie z niego sen nieprawdopodobny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.