Murowanka/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Murowanka
Pochodzenie Świat. Dwutygodnik ilustrowany 1888 nr 1 i 2
Wydawca Redakcyja „Świata”
Data wydania 1888
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XII.

— Stajesz się niesłychanie drobnostkowym — przerwał Walenty. — Jest to metoda nowych romansopisarzy, którzy po flamandzku malują miotłę stojącą w kącie... Michał Anioł miał zwyczaj w kilku rysach robić olbrzyma.
— Nie jestem ani Michałem, ani Aniołem — zawołał Julek — i moja bohaterka nie jest olbrzymem... Drobne rzeczy muszą się rysować cienkiem piórkiem.
— Aby na rysunek nikt nie patrzył... — mruknął Walenty. — Mów dalej.
— Mówię dalej, mimo krytyki — westchnął Julek — i przechodzę do bohatera, który także olbrzymem nie będzie, i choć ma Antinousa oblicze, nie mogę się w nim rozkochać... Znacie Ptasia?
— Ptasia!... To on? — krzyknął Walenty.
— Tak jest, winowajcą jest ten migdałowy, biały, różowy, wyperfumowany, słodki, uśmiechnięty, grzeczny jak kupczyk sklepowy, pachnący jak zalotnica i wyszczotkowany jak lalka fryzyera... Ptasio. Wiecie jak przyszedł do swego imienia, pod którem zna go ulica i miasto... Dali mu je extowarzysze, akademicy. Ale może nie wiecie kim jest panicz w istocie?
— Inkwirencie! ty nam to powiesz, byle nie zbyt długo — rzekł Walenty.
— Ptasio jest synem znakomitego prawnika, mecenasa X. Ten olbrzym pracowitości i talentu w pocie czoła, ale poczciwie dorobił się wielkiej fortuny. Rozrywany na wszystkie strony, wyrocznia uciśnionych, wiecznie zajęty, mimo największego przywiązania do syna jedynaka, nie miał wcale czasu nim się zająć. Dziecię wyrosło pieszczone przez matkę, kobietę z wielkiego świata, próżną i fałszywą, na paniczyka kosmopolitę... Skończywszy szkoły z wielkim wysiłkiem nauczycieli, guwernerów, korepetytorów, lekcyj prywatnych i środków pomocniczych, Ptasio począł zrazu uczęszczać na wydział prawny w uniwersytecie, ale mu nauka, której nie lubi, szła oporem, a gorzej jeszcze życie koleżeńskie, surowe, nieprzebaczające wad, za ostre dla takiego gagatka, który przez posłuszeństwo ojcu rozpoczął nauki, ale marzył tylko o wcieleniu się w próżniackie towarzystwa do których go stosunki ojcowskie zbliżały. Gorliwiej daleko uczęszczał na wieczory i bale, na które mu matka wstęp wyrabiała, niż na prelekcye Capellego i Jaroszewicza. Nieznośnie próżny, zakochany w sobie, w swoim dowcipku wyostrzonym na francuskich frazesach, w manierze, w elegancyi, wzdychał do wielkich powodzeń w wyższych kołach i miał się za coś tak wybranego, że w końcu czując się niedość przez nas uznanym, musiał opuścić uniwersytet, bo go towarzysze znieść nie mogli, a życie dlań stało się nieznośnem na ławie, na której siedzieć nie umiał, przywykłszy do aksamitnych foteli. Przeszedł — mimo oporu ojca, z pomocą matki, dowodzącej, że wydział prawny składa się z młodzieży źle wychowanej, która ukochanego popsuć może — wprost na jakiegoś aspiranta czy aplikanta i ciągnie dalej życie, którego większa część upływa na woskowanych posadzkach. Ten Don Juan palestry nie jest nawet zbyt wydatnym typem, postać pospolita jaką się spotyka w stolicach i małych mieścinach pod różnemi właściwemi strefom tym przeobrażeniami, począwszy od bulwarów paryskich do Sochaczewa i Garwolina. Powierzchowność zdradza pieszczoszka i egoistę, którego największem zajęciem spoglądanie w zwierciadło, by się w niem sobie przypatrzył... Ludzkie twarze są dlań także rodzajem zwierciadła, bo wypatruje w nich tylko wrażenia jakie na nich czyni. Podobniejszy jednem słowem do pospolitej zalotnicy niż do młodego człowieka, którego czeka życie... Otóż macie Ptasia... Znęcony śliczną twarzą prezesówny, Ptasio wkradł się do domu jej rodziców, ale prawie bez wiadomości ojca, który znając położenie mecenasa, oraz pretensye matki dla syna, nie byłby nigdy mógł rachować na ożenienie z córką, a zatem nie byłby dopuścił zbyt wielkiego spoufalenia. Słaba matka inaczej to pojęła... Widziała w nim chłopca ładnego, bogatego, dobrze wychowanego, który mógł się w Helenie pokochać i powinien był ożenić. Upatrywała w tem szczęście córki, świetny los dla niej. Zdało się biednej kobiecinie, że na to dość jest tylko doprowadzić miłość młodego chłopca do najwyższego stopnia szału, że naówczas pieszczonemu jedynakowi na wszystko zezwolą... Spotykali się na przechadzce zrazu. Zawiązała się znajomość naprzód ukradkiem. W godzinach, w których prezes nie mógł go zastać, przyjmowano panicza w domu. Ale matka rachując na serce młodego człowieka, omyliła się mocno; w tym człowieku nie było nic żywego. Helena go pokochała gwałtownie, namiętnie, idealnie — on się bawił. Szukał sobie chluby z tej pierwszej miłostki, grał rolę zakochanego i roznamiętniał się, ale uczucia prawdziwego w człowieku tego rodzaju być nie mogło. Zkądby się ono w takim szalbierzu i komedyancie wzięło.
— Smutna historya — dodał Julek — z jednej strony dziecinna naiwność kobiety, ufającej, oddającej się zupełnie, z drugiej kocia przebiegłość egoisty, który korzysta, oszukuje i z góry sobie obrachowuje bezkarność... Nie wiem jak długo trwała ta miłość... której matka (za późno się spostrzegłszy) tamy położyć nie mogła. Bliższe poznanie Ptasia przekonało ją o niebezpieczeństwie, ale już cofnąć się nie było podobna. Helena wyznała jej ze łzami, że bez niego żyć nie potrafi, że za nim pojedzie na koniec świata. Gdy dziewczę już mu wypowiedziało tajemnicę serca, gdy nieoględna matka w długich samotnych przechadzkach zostawiająca ich na ustroniu, dozwoliła im przebiedz swobodnie całą gammę miłości, gdy Ptasio upił z tej czary najczystszą roskosz życia, potrzeba było go wabić i ciągnąć, aby Helena ócz nie wypłakiwała. Jak najpodlejszy z ludzi począł się wycofywać powoli, szukać powodów do sporu i nieraz biedna prezesowa przepraszać go i zapraszać musiała, tak był drażliwy i łatwo się odstraszający... Helena płakała, ale ona nie widziała, nie chciała widzieć w nim ani fałszu, ani rachuby, ani ostygnięcia; wszystko przypisywała ludziom, czasem sobie, czasem własnej matce. A im bardziej ciągnięto go niestety, tem silniej i uparciej szukał powodów, aby się wysunąć z domu. Położenie było niesłychanie przykre. Prezes, którego żona się obawiała, nic o tem nie wiedział. Przypadek chciał, by raz nareszcie zastał młodego człowieka w salonie sam na sam z córką, a że był i surowy i grubianin, odprawił go w sposób bardzo niegrzeczny. Ptasio, który może to wszystko obrachował... uszedł pozornie zgryziony, w istocie szczęśliwy... Stosunki były zerwane... Czas było wyznać ojcu położenie i miłość córki, ale matka nie miała na to siły... Zachorowała, gryzła się... i z łez i boleści, córkę przyciskając do łona — umarła bezprzytomną.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.