Strona:PL JI Kraszewski Murowanka.djvu/10

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    cały świat spełniał anatemę, odpychając winnego czy niewinnego winowajcę. Czemu by społeczność nie miała rzucać klątwy podobnej?
    — Ale zkąd ci to przyszło? — powtórzył Walenty.
    — Czekaj — rzekł Julek — wszystko burzy się we mnie; powiem ci zaraz. Byliśmy razem z nim — wskazał na mnie — i z Adolfem na przechadzce. Za miastem, w odludnej pustce, znajdujemy obraz cudowny... Dość powiedzieć żeśmy przed nim uklękli... Było to młode dziewczę... z dziecięciem u piersi, łzami zalane... Z rysów, z postawy poznać w niej było można wychowankę lepszego świata lub takiego co się nim zowie przynajmniej... Dowiedzieliśmy się tylko, że była ofiarą niecnego uwodziciela, odepchnięta przez niego i rodzinę... Ale to mało; jam zajrzał głębiej w tę smutną historyę, ja wam ją opowiem... Nie ma za tę zbrodnię kary w kodeksach. Sprawca jej urąga, chodząc po świecie z uśmiechem na ustach... Nie należałożby, aby społeczność ujęła się za ofiarą?
    — Ale mów i indukuj sprawę, bo dotąd ciemna — odparł Walenty.
    — Będzie zaraz jasna — zawołał Julek. — Wzdrygniecie się jak ja nad nią; ale cierpliwości, bo ze mnie bucha oburzenie, bo mówić chłodno nie mogę, nie umiem. Potrzebuję na chwilę zestarzeć, aby z kata jakim mnie robi namiętność sprawiedliwości, stać się zimnym inkwirentem.
    — Dajcie mu szklankę wody z cytryną — przerwał Walenty. — Poczciwy chłopiec, ale może dostać zapalenia płuc...
    — O szydercy! — krzyknął Julek.
    — Czekaj z sądem o nas... lat dziesięć... będziesz takim jak my.
    — Wolę przed laty dziesięciu umrzeć — odparł Juljan. — Nie chcę tego doczekać, bym po sobie nosił żałobę.

    XI.

    — Gdybyś mógł zacząć opowiadanie? — rzekł Walenty.
    — I gdybyście mi go raczyli nie przerywać — dorzucił Julek.
    — Sam zważ, że to niepodobieństwo, — nielitościwie śmiejąc się szepnął pierwszy — twój tekst nie obejdzie się bez szerokiego komentarza. Powtóre jesteś jak młody źrebak, którego wypuszczają na paszę. Trzeba, by go ciągle pastuszek pilnował, bo rozhasany poleci gdzie go oczy poniosą.
    — Więc chyba nic nie powiem!
    — Słuchajcie! słuchajcie! — rzekł Walenty.
    — Wystawcie sobie... cichy dom żółwia egoisty...
    — Patrzcież czy zaraz nie potrzeba odsyłacza i tłumaczenia. Co ma się rozumieć przez żółwia? bo jużciż nie o tem mówisz, na którym nas anatomii uczą?