Michał-Anioł i Tycjan Vecelli/Michał-Anioł (Dumas)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Michał-Anioł i Tycjan Vecelli
Wydawca Drukarni S. Orgelbranda
Data wyd. 1845
Druk Drukarni S. Orgelbranda
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Alojzy Kuczyński
Tytuł orygin. Michel-Ange suivi de Titien Vecelli
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Aleksander VI, straszny Roderigo Bordżja tylko co umarł, otruty flaszką własnego wina, które przygotował dla drugich. Wiek został pomszczony, sieroty mnóstwa ofiar, które rodzina ta płodna jak owady i zabójcza pogrążyła w żałobę, widząc na barkach służalców niesionego trupa papieża opuchłego, czarnego, ohydnie zeszpeconego, krzyczeli ze drżeniem: przepuszczajcie sprawiedliwość Boską!
Juljusz II zasiadł na stolicy świętego Piotra. Był to człowiek pełen ambicyi, charakteru żelaznego, wyniosły, nieugięty, rozkazujący, chciwy panowania, popędliwy w gniewie, porywczy w rozkazach, nie cierpiący odpowiedzi, i kruszący stopą wszystko, cokolwiek by poważyło się stawiać zapory.
Jeden rys odmaluje tego człowieka.
Kiedy papież wezwał Michała-Anioła do zrobienia swego portretu, w następujących wyrazach zawarł swoje zlecenie.
„Pójdziesz, rzekł do swego snycerza, wznieść z bronzu statuę kolossalną, którą umieścisz na facjacie świętego Petronjusza. Oto zaliczam ci tysiąc czerwonych złotych, kiedy będziesz potrzebował pieniędzy, udawaj się wprost do mnie. Zrób prędko swój model i staraj się, żeby to było godne zarazem Juljusza II i Michała-Anioła.”
— Jużem ułożył plan, odpowiedział Michał-Anioł. Wasza Świątobliwość ręką prawą będzie błogosławić jak przystoi, w rękę lewą dam książkę...
— Książkę! książkę! przerwał Juljusz II ze wściekłością. Miecz! na świętego Pawła! nie znam się wcale na waszych bazgraninach, a z mieczem, to inna sprawa, wyzywam najzręczniejszego.“
Po kilku dniach, kiedy wstąpił do pracowni artysty, żeby się przekonać, czy robota postępuje, rzekł z uśmiechem:
— Wszystko to wyśmienicie. Ale powiedz mi, Czy twój posąg udziela błogosławieństwo, czy przekleństwo?“
— On grozi temu narodowi, jeżeli mądrym nie będzie, odpowiedział Michał-Anioł.
Naród w istocie nie był mądrym, w roku bowiem 1511 skruszył posąg papieża.
Ale powróćmy do pierwszych dni panowania Juljusza II. Zaledwie wstąpił na stolicę, gdy zawołał Michała-Anioła. Taki artysta był godzien zrozumienia takiego Papieża.
Juljusz II kilka miesięcy rozmyślał nad dziełem, do którego miał użyć. największego snycerza swojego wieku. Powiedzieliśmy, ambicja Papieża niemiała granic, pragnienie sławy i wielkości było nienasycone. Zapominając może o słowie Boga: Regum meum non est de mundo, zaczął marzyć o nieśmiertelności na ziemi. Odtąd nie wahał się w wyborze.
Kazał zawołać przed siebie artystę i przemówił doń słowy:
„Gdyby ci polecono zrobić grobowiec dla Juljusza II, jaki byś miał plan dla tego pomnika?
— Chciałbym, odpowiedział Michał-Anioł, po chwili namysłu, ażeby wielkość grobowca odpowiadała wielkości kapłana, który takowy poleca. Kształtem ogólnym pomnika byłby równoległobok trzydziestu stóp długości na piętnaście szerokości; jego wysokość wynosiłaby najmniéj stóp trzydzieści. Czterdzieści posągów, nielicząc płaskorzeźb zbogaciłyby to mauzoleum uwieńczone grupą postaci, wyobrażających apoteozy Waszéj Świątobliwości. Cztery bóstwa zwycięztwa, dwa pod postacią żeńską, dwa pod męzką, stałyby z dwóch boków pomnika gniotąc pod nogami niewolników, albo zbuntowanych. Szesnaście posągów od siedmiu do ośmiu stóp, przedstawiałyby prowincje zwyciężone, albo cnoty zniewolone, przykute łańcuchami do grobowca tego, który za życia pognębił pychę piérwszych i uświetnił się drugiemi. Ośm kolossów od dziesięciu do dwunastu stóp ozdobiłyby część górną szczytu. Nakoniec wchodziłoby się do wnętrza z dwóch małych stron i ujrzano by rotondę, pośrodku któréj byłby umieszczony sarkofag.
Papież słuchał w milczeniu i utkwił wzrok w artystę, natchnionego wysokością przedmiotu i zajmującego się z zimną krwią tym pałacem pośmiertnym, nie domyślając się myśli ponurych, i smutnych, jakie rozniecał w sercu starca, który miał go zamieszkać.
Ci którzy znają charakter włoski i odrazę instynktową, jaką czują w tym kraju od śmierci i od wszystkiego co z nią ma związek, łacno zrozumieją znaczenie uroczyste i dziwne tych dwóch ludzi, z których jeden rozkazuje dźwignąć sobie grobowiec, a drugi z największą troskliwością wyłuszcza najdrobniejsze jego szczegóły.
Gdy snycerz skończył, Juljusz II jeden tylko zrobił mu zarzut.
„Gdzie umieścimy ten pomnik ogromny?
— Myślałem o tém, odpowiedział MichałAnioł. Grobowiec W. Ś. taki, jak ja go wydarzyłem, nie zmieści się w starym kościele świętego Piotra. Ale mamy Trybunę, któréj fundamenta założył Mikołaj V. Ukończę nowy kościół podług rysunku Rosselina i kaplica będzie godna grobowca.
— A ile może kosztować ta nowa budowa?
— Około stu tysięcy talarów.
— Dwakroć sto tysięcy, jeżeli potrzeba, odpowiedział Papież.
— A więc mogę jechać do Karrary.
— Natychmiast nawet, a nie zapominaj udawać się do mnie, bez pośrednika, ile kroć razy znajdziesz potrzebę pomówienia ze mną. Albo raczéj, dodał papież zmieniając zdanie, każe zarzucić most z mego pokoju do twojej pracowni, i będę cię odwiedzać i łajać, jeżeli się opóźni robota. Bądź zdrów, Michale-Aniele, zrozumiałeś mnie.“
Nie będę silił się oddać téj idei szczęścia, jaką musiał być przejęty Michał Anioł, wychodząc z Watykanu. Ci, którzy mają uczucie pięknoty, szczytności w sztukach; ci, którzy jęczeli długo opętani przez ideę stałą, nieubłaganą, któréj urzeczywistnienie nie jest w ich mocy, ci, którzy w gorączce wyobraźni, albo w szale marzenia powzięli zamiar niezmierny, olbrzymi, niepodobny, i którzy widzą, że nagle przeszkody znikają, myśl się ucieleśnia, a niepodobne uchyla swoje granice, — ci tylko mogą pojąć, co się musiało dziać w duszy artysty w téj chwili niespodziewanéj i najwznioślejszéj.
Podczas gdy gmin robotników, oddany pod jego rozkazy, wydobywał najpiękniejsze marmury ze wnętrza Karrary; on milczący, zamyślony, oblężony przez postacie olbrzymie, stał na wielkiej samotnej skale, chylącéj się nad morzem.
— Dla czego nie miałbym wydrążyć téj skały? powtarzał często w uniesieniach swojéj wyobrazi palącéj; dla czego bym nie miał znurtować dłótem boków góry? Pod moją dłonią skała stałaby się kolossem, przed którym by zdała drżeli żeglarze. Moje imie byłoby wyryte na granicie głoskami niestartémi; moje dzieło, moja własność, byłoby wieczne, jak dzieło Boga. — Ale cierpliwości; wkrótce będę miał takie swoje góry marmurowe i swoją dłonią potężną nadam byt istotom nadprzyrodzonym i okazałym. Powiem im tylko, Żyjcie! i żyć będą! —
Ach, biédny wielki człowieku, pieść się swojém marzeniem! wznoś swą Babel pod obłoki! Gdy w swéj pysze szalonéj mniemasz się być równym Bogu; a płaz, a owad i niższy od tego, ostatni z dworzan ugodził twe dzieło w serce, i wszystko pierzchło.
Nie znasz się na intrygach, mój mistrzu. Genjusz jest czemś, ale przebiegłość jest wszystkiém na tym świecie. Duma, prawość, honor, są zaiste przymioty wyborne, ale powodzenie ich mierne u pewnéj klassy ludzi: ten wznosi się wysoko, kto umie zstąpić niżej. Qui se humiliat exaltabitur Azali zapomniałeś słowa Ewangelii?
Odstąp więc od swoich zamiarów i niedorzeczności, od gór rzniętych i zamków fantastycznych. Dosyć patrzałeś na niebo i morze! Żywo! do pracowni, mój mistrzu; zgubiono ciebie przed papiéżem.
Plac Świętego Piotra był zawalony, prawie okryty niezmiernémi bryłami marmuru, przywiezionymi z Karrary. Ostatnie wylądowanie miało miejsce u nadbrzerza Tybru, kiedy Michał-Anioł, który podług zwyczaju żył w zupełném odosobnieniu, nie wiedząc wcale o zajściach na dworze podczas swojéj nieobecności, wstępuje do Watykanu, dla żądania pieniędzy, jakie się majtkom należały.
Odpowiadają mu, że Jego Świątobliwości widzieć nie można.
Po kilku dniach udaje się znowu do Papieża.
Kiedy przechodził przez przedpokój, pokojowe stanął mu na drodze, i powiedział sucho, że wejść nie może.
„Nieszczęśliwy! ty nie wiesz, z kim mówisz, woła pewny prałat, który poznał Michała-Anioła.
— Wiem bardzo dobrze, odpowiada bezwstydnie pokojowiec, i wypełniam dane sobie rozkazy. —
— Dobrze, odpowiada wówczas artysta rozgniewany, kiedy Papież poszle po mnie, powiecie mu także, że mnie nie ma.
Za godzinę potém pojechał do Florencyj.
Lecz Juljusz II nie był takim człowiekiem, ażeby wypuścił z swoich rąk artystę, którego uważał jakby na swoim żołdzie.
Skoro się dowiedział o odpowiedzi i ucieczce Michała-Anioła, jego gniew wybuchł. Siedmiu kurjerów, jeden po drugim, lecą w galop dla przyprowadzenia na powrót zbiega. Widząc, że prośby na nic się nie przydadzą, posłańce Juljusza chcieli użyć przemocy. Lecz Michał-Anioł schwycił za broń i krzyknął głosem strasznym: „Jeżeli się zbliżycie, zabiję was“.
Posłance przelęknieni dali pokój Michałowi-Aniołowi.
Gniew papieża nie znał granic. Groził zniszczeniem Florencyi ogniem i mieczem, jeżeliby mu nie oddano jego snycerza. Soderini we trzech dniach otrzymał trzy listy papiezkie; piérwszy przyrzekał artyście ułaskawienie i przebaczenie, drugi zapowiadał wojnę rzeczypospolitéj trzeci zwiastował, że jeżeli Michał-Anioł nie uda się do Rzymu we 24 godzinach, wszyscy Florencjanie będą wyklęci.
„To nas chcesz wszystkich zgubić, mówił bićédny rządca drżąc z bojaźni.
— Ha, ha! odpowiadał Michał-Anioł, to go nauczy, co to drzwi przede mną zamykać.
— Ale ja nie mogę ciebie tu trzymać, nieszczęśliwy.
— Bardzo dobrze! więc się udam do Sułtana Tureckiego.
— Do Sułtana Tureckiego!
— A tak! on lepiej się ze mną obchodzić będzie, jak Papiéż, jestem tego pewny. Zresztą, on ma zamiar przerzucić most ze Stambułu do Pery, i zrobił mi piękne propozycye.
— Idź do szatana, jeśli ci się podoba, lecz uwolnij nas od gniewu Papieża.
Jednak Juljusz II, dotrzymując swego słowa, postępował na czele armii. Zajął Bolonję i okazywał ze zwycięztwa wielką radość, Michał-Anioł, zmieniając nagłe zdanie, wszedł do miasta zdobytego i przedstawił się Papieżowi.
Juljusz II był u stołu w pałacu Szesnastu, gdzie mieszkał czasowo, kiedy mu dano znać o przybyciu snycerza. Dał znak ażeby go wpuszczono, i niemogąc dłużéj wstrzymać swego gniewu na widok buntownika, zawołał głosem przerażającym:
„Ty powinieneś był przyjść do nas, a przeciwnie czekałeś, nim my przyjdziemy do ciebie.“
Michał-Anioł zgiął kolano; lecz pomimo téj postawy uległości i uszanowania, czytano w rysach jego bardziéj pychę, niż żal. Ponury, niemy, ze brwią zmarszczoną, zdawał się mówić papieżowi Non homini sed Petro.
Wszyscy świadkowie téj sceny drżeli za biednego snycerza, lecz gdy znano porywczość Papieża, nikt nie śmiał zabrać głosu. Jeden kardynał Soderini, godny brat rządcy, chcąc zakląć burzę, zaczął przekładać uniewinnienie artysty.
„Ojcze święty, przebacz temu człowiekowi; on bowiem nie wiedział, co czynił. Artyści, skoro ich oderwać od sztuki, są wszyscy tacy. Jeżeli zgrzeszył, to przez błąd, przez niewiadomość.“
Juljusz II nie wytrzymał więcéj, i uderzając laską niezręcznego kardynała, zawołał głosem grzmiącym.
„Jakto, nieszczęśliwcze, śmiesz lżyć mego snycerza: To ty jesteś nieukiem i grzesznikiem; precz z moich oczu.
Gdy biédny prałat, cały zmięszany, stał na swojém miejscu, nieporuszony z podziwienia i przestrachu:
„Wyrzucić mi tego gbura za okno,“ dodał Papież rozdąsany.
Pokojowcy z wielką trudnością wyprawili Jego Wysokość za drzwi.
Jak widać Soderynowie byli nieszczęśliwi.
Tegoż wieczora Juljusz II i Michał-Anioł byli najlepszymi w świecie przyjaciółmi. Ci dwaj ludzie cudownie się rozumieli. Potrzeba było takiego robotnika dla takiego pana. Papież obrał postawę do swego portretu i pojechał do Rzymu, prosząc snycerza, ażeby się z nim połączył, zaraz po ukończeniu posągu.
„Pamiętaj, Michale-Aniele, iż mój grobowiec na ciebie czeka. Takie były ostatnie wyrazy Jego Świątobliwości.
Michał-Anioł użył szesnaście miesięcy na dokonanie tego posągu kolossalnega, a o piętnaście tylko miesięcy mniej czasu potrzebowali jego nieprzyjaciele, dla odnowienia potajemnie swojéj intrygi. Tym razem Bramant był na ich czele, a w poczcie rywalów, których postawiono przeciw Michałowi-Aniołowi, liczono Rafaela.
Szczęściem dla naszego artysty, Juljusz II był równie uporczywy w przyjaźni, jak i w nienawiści: im bardziéj usiłowano wystawić przed nim Michała-Anioła w świetle niekorzystném, tym bardziéj osypywał go swojemi względami. Ślepa zazdrość i niezręczna nienawiść tych ludzi tysiąc razy więcéj usłużyła Michałowi-Aniołowi, anizeli by tego mogła dokazać przyjaźń najszczersza i poświęcenie, się najszlachetniejsze.
Dworzanie nie dawali za wygranę, i zmieniając tylko nagle tryb postępowania, zamiast krytykować wspólnie swego nieprzyjaciela, zaczęli go wychwalać bez miary. Tylko ich pochwały były bardziéj zdradzieckie i zjadliwsze, niżeli potwarze. Michał-Anioł był wielkim snycerzem; wynoszono go jako malarza. Ten środek, jakkolwiek surowy, udał się przecież. Cios ugodził, jak zwykle. Michał Anioł nie stracił łaski papieża, ale papież zapomniał o swoim grobowcu.
W życiu tego człowieka nadzwyczajnego, którego staramy się zapoznać z naszymi czytelnikami, jest chwila uroczysta i straszna, któréj nic równego nie może przedstawić żaden dramat ludzki. Działo się to w roku 1508; Michał-Anioł, po powrocie z Bolonii, wysiada w Watykanie, cały zadyszany jeszcze, okurzony, okryty potem. Papież przyjmuje go w swoje objęcia, osypuje grzecznościami i pieszczotami.
„A mój posąg?
— Skończony. Bronz bardzo dobrze się wydaje. Postać Waszéj Świątobliwości, trzy razy Wyższa od naturalnéj, tchnie majestatem i postrachem. Miecz obnażony błyszczy w Waszéj ręce, jak tego W. Ś. życzył.
— A teraz mówmy o naszych wielkich projektach; spodziewam się, że cały twój czas do mnie należy?
— Jestem na rozkazy Waszéj Świątobliwości.
Nowe oznaki przyjaźni i przychylności.
Papież wstaje natychmiast, i wsparty na ramieniu swego artysty ulubieńca, pokazuje mu skwapliwie wszystko, co w jego nieobecności zrobiono: budowy San-Galla, roboty Bramanta, alfreska Rafaela. Michał-Anioł, zawsze sprawiedliwy, nawet względem swoich nieprzyjaciół, nie mógł się odchwalić. Przechodzą przez plac św. Piotra. Ogromne bryły karraryjskie są jeszcze tam, oczekując, prosząc prawie o, dłóto wielkiego snycerza.
Nakoniec, przebiegłszy w całém znaczeniu kościół, ogrody, pałac, Juljusz II i Michał-Anioł Wstępują do kaplicy Syxtyńskiej. Dzień miał się ku schyłkowi.
Papież zatrzymał się pośród tej ogromnéj kaplicy, i wznosząc rękę ku sklepieniu, wymówił te kilka wyrazów, jakby rzecz zupełnie prostą!
„Od czasu śmierci mego stryja, ozdobienie tego pięknego pomnika zostało niedokończone w większéj połowie. Chcę, żeby powiedziano: Juljusz II skończył to co Syxtus IV był zaczął. Oto robota, którą ci przeznaczam. Będziesz zarazem budowniczym, malarzem, dekoratorem. Do ciebie należy to sklepienie niezmierne; zapełnij je treskami i ozdobami, zaludnij potokiem postaci. Dotąd znano tylko jedną stronę twego genjuszu, chcę ażeby świat się dowiedział, uwielbiając strop kaplicy Syxtyńskiéj, że Michał-Anioł jest równie wielkim malarzem, jak snycerzem nienaśladowalnym.“
Michał-Anioł patrzał w oczy Papieżowi, aby się przeświadczyć, czy prawdę mówi.
— Sądzę, że nie dobrze zrozumiałem, odparł artysta zdziwiony.
— Wybrałem ciebie do odmalowania al-fresko stropu kaplicy Syxtyńskiéj; czyś zrozumiał tym razem?
— Wasza Świątobliwość żartuje ze swego biednego sługi.
— Jakto, mistrzu Buonarroti?
— Moje powołanie jest robić dłótem i młotem, nie malowałem nigdy w życiu, nie znam nawet mechanicznego sposobu postępowania z al-fresko. Prawda, żem rysował karton dla sali obradowéj we Florencyj; ale to był tylko rysunek, nic więcéj. Jak W. Ś. chcesz, ażebym ja, w moim wieku, zmieniał nagle swój zawód? Jeszcze raz, to nie mogło być powiedziane na prawdę, i W. Ś. chce mnie tylko doświadczyć.
— Powiedziałem: chcę tego, twoją, rzeczą jest być posłusznym.
— A ja Wam powiadam, Ojcze Święty, że ta myśl nie przyszła, że ona nie mogła przyjść Waszéj Świątobliwości. Jest to sieć bezczelna, zastawiona przez moich wrogów. Jeżeli odmówię, pozostanę tam, w kącie, bez roboty i wpadnę w niełaskę; jeżeli przyjmę, to upadnę niechybnie, i stracę tę małą sławę, jaką nabyłem w swojéj sztuce. A więc! nie, wolę jeszcze znieść gniew Waszéj Świątobliwości, aniżeli wystawić się na pewne pohańbienie. Jużem postanowił. W tej chwili odjeżdżam do Florencyj.
— Tym razem lepiéj poradziemy sobie! zawołał Juljusz II i oddalił się nagle, pozostawiając artystę oddanego swojéj nieméj rozpaczy.
Co się wówczas działo w duszy Michała-Anioła, Bóg tylko jeden i on wiedzą o tém. Dzieje nie mają przykładu podobnych katuszy. Jeżeli nie uległ pod tym ciosem, to dla tego, że istotnie był obdarzony siłą nadludzką.
Wystawcie sobie człowieka, który ma już czterdzieści posągów w głowie, który potrzebuje tylko uderzyć w marmur, ażeby wyprowadzić i ożywić swoje utwory olbrzymie, który przybywa szczęśliwy i pełen ufności do zaczęcia dzieła, wystawcie sobie tegoż człowieka, przez usiłowanie szczytne, niesłychane, pełne rozpaczy, zmieniającego nagle plan, cel, środki, zapominającego o swoim ludzie kamiennym i wywołującego całe królestwo cieniów i świateł, przechodzącego z jednéj sztuki do drugiéj — w przeciągu jednéj nocy.
Nazajutrz, Juljusz II znalazł artystę na témże miejscu, gdzie go zostawił wczoraj; miał głowę pochyloną ku ziemi, wzrok nieruchomy, ręce skrzyżowane na piersiach i zdawał się być pogrążonym w dumania głębokiém. Cierpienia téj nocy długiéj zostawiły bez wątpienia niejakie ślady na jego policzkach zwiędłych, na jego oczach czerwonych i suchych, ale ogień genjuszu opromieniał jego czoło.
„I cóż? rzekł Papież.
— Przyjmuję, odpowiedział Michał-Anioł.
— Byłem tego pewny. Wierzaj mi Michale-Aniele, twoi nieprzyjaciele, w mniemaniu że ci zaszkodzą, przyczynią ci nowego tryumfu.
— Niech natychmiast przyjdzie Bramante do wzniesienia rusztowania.
Ujęty w swoje własne sidła, zawistny budowniczy, chciał przynajmniéj to sprawić, ażeby roboty około sklepienia podzielone były między Michałem-Aniołem i Rafaelem, jego synowcem. Ale Juljusz II był niewzruszony. Bramant odebrał suchy rozkaz przygotowania desek i sznurów potrzebnych dla postawienia rusztowania.
Co do Michała-Anioła, ten ze wściekłością w sercu, z gorączką w głowie, zamknął się był i nie chciał się widzieć z nikiém w święcie.
Gdy wszystko było gotowe, artysta popędliwy pokazał swoje rysunki, i co do otaxowania pracy, chciał się zdać na sąd Juljana dc San-Gallo, jednego z swoich najzaciętszych wrogów. Lecz tym razem nienawiść i zazdrość zawstydziły się także. San-Gallo oznaczył wysokość summy na piętnaście tysięcy czerwonych złotych, i targ był bezpośrednio zawarty.
Poczém Michał-Anioł skierował swe kroki ku kaplicy Syxtyńskiéj, i po raz piérwszy odzywając się do Bramanta, rzekł mu w obec Papieża, tonem wyższości i ironii wzgardliwéj.
„Jak się weźmiesz mistrzu Bradamante, do zbudowania dla mnie tego rusztowania?
— Ha... podług prawideł sztuki, odrzekł Bramant z niemniejszą dumą.
— To jest....
— Tb jest, ponieważ Pan zdajesz się niewiedziéć o piérwszych zasadach rzemiosła, za które się bierzesz, każę wydrążyć w sklepieniu otwory, z tych otworów spuszczę kołowroty, te kołowroty będą utrzymywać deskę, ruchomą, na któréj Pan będziesz pracował.
— Cudownie, mistrzu Bramante; ale pozwól zadać sobie proste pytanie.
— Proszę.
— Jak pozatykasz te otwory, skoro ja skończę malowanie?
— Już się temu zaradzi,“ odpowiedział kwaśno Bramant.
Michał-Anioł wzruszył ramionami, i wołając na głos mistrza ciesielskiego.
„Mistrzu, rzekł, zabierz wszystkie te sznury, oddaję ci je, możesz je sprzedać na swoją korzyść: to będzie posag dla twoich dwóch córek ubogich.
Potém wytłumaczył Papieżowi zdziwionemu, przez jak prosty i pomysłowy mechanizm zamierzał postawić rusztowanie, za pomocą podpór odstawionych od muru, i na model, jakiego odtąd stale używano w podobnych wielkich robotach.
Następnych dni sprowadził z Florencyj Jakóba Sandro, Anioła Donnino, Bujiardini, Granani’ego, słowem malarzy najzawołańszych w wykonywaniu alfresków. Pozaprowadzał ich na rusztowanie, wydzielił część muru, i kazał pracować przy sobie. Dwie lub trzy godziny wystarczyły do wydoskonalenia się w mechanizmie, którego nie znał. Zapłacił im szczodrze zniszczył co zrobili, zamknął się sam w kaplicy, i nie chciał widzieć nikogo.
Bez pomocy, bez robotników i uczniów, on sam moczył wapno, przyrządzał tynk, rozcierał farby. Ile go musiało kosztować pracy uporczywéj i cierpliwości nieskończonéj, w pokonaniu trudnostek materjalnych, które zależą li od wprawy w sztuce, to wyrachowanym być niemoże i istotne wzbudza podziwienie. Często cokolwiek mniéj lub więcéj wody, warstwa cieńsza albo grubsza, najmniejsza wreszcie bagatela zaprowadzały pleśń do fresków, i te na pół ukończone odpadały. To, co dla biédnego Michała-Anioła stanowiło kłopot prawdziwy i prawie niepokonalny, było tylko igraszką dla uczonego San-Gallo i innych wielkich genjuszów jego hartu, i gdyby tylko chciał się udać do ich wysokiego doświadczenia i światła głębokiego, wytłumaczyliby po doktorsku własności granitu i traverlino, ile potrzeba użyć wody dla należytego rozczynienia tynku, ile nieodzownie czasu dla rozpuszczenia i wysuszenia wapna i t. p. Tak to na świecie! A więc cokolwiek by na to powiedział stary Buonarroti, Michał-Anioł był nader miernym tylko mularzem.
Ale genjusz tak mało dba o wielkie jak i małe trudności. Już farba i wapno posłusznymi były mistrzowi potężnemu, jak mu uległy marmur i bronz. Po zwyciężeniu materyj, pozostawało mu tylko rozwinąć swoję epopeę biblijną, ułożoną w przeciągu jednéj nocy! Myśl Danta, poety boskiego, w innéj wcieloną postaci, artysta boski wydatnił w malaturze. Taż oryginalność pomysłu, taż wielkość stylu, tenże popęd silny ku szczytnéj jedności.
Obydwa w zakresie obszernym zajęli całe stworzenie, porządek i następstwo czasów, od upadku aniołów zbuntowanych aż do sądu ostatecznego. Nie zatrzymam się nad opisywaniem kaplicy Syxtyńskiéj dla tych, którzy jéj nie widzieli, jak nie tłumaczyłbym epopei Danta dla tych, którzy jéj nie czuli; znaczyło by to mówić o muzyce do głuchych i o kolorach do ślepych.
Michał-Anioł potrzebował tylko dwudziestu miesięcy do swego dzieła niezmiernego. Wówczas, kiedy zstępował z rusztowania, jego oczy tak się przyzwyczaiły do patrzenia w górę, że ich nie mógł więcéj zwrócić ku ziemi, Rzewny i bolesny to symbol genjuszu, zmuszonego jeszcze do odbywania drogi z ludźmi wtedy, kiedy przez niejaki czas zamieszkiwał krainy niebieskie.
Do udręczeń wszelkiego rodzaju, jakie podczas tej wielkiéj próby napastowały Michała-Anioła, trzeba nadto zaliczyć niecierpliwość, nudę, pogróżki wrzącego kapłana. Chociaż stary i skołatany, ten człowiek niepokonany wstępował co chwila na rusztowanie, wkradał się pod sklepienie, łajał, radził, naglił biednego artystę, który oddałby chętnie resztę swojego życia, gdyby mu pozwolono pracować w spokoju.
Jednego dnia były robione uwagi o użyciu zbyt wstrzemięźliwym kolorów jasnych i pozłoty.
Artysta odpowiedział:
„Ojcze Święty, których tam w górze odmalowałem, nie nosili złota w swoim czasie; były to święte osoby, zamiłowane w ubóstwie i wzgardzające bogactwami.
Innym razem sypały się użalania i wykrzykniki na powolność artysty.
„Kiedyż przecie skończysz? wołał Papież.
— Kiedy będę zadowolony,“ odpowiadał Michał-Anioł.
Nakoniec, przed nadejściem dnia Wszystkich Świętych, Papież wszedł po raz ostatni na rusztowanie i w krótkich wyrazach dał do zrozumienia malarzowi, że on, Juljusz II, któremu nikt się nie opierał, chce tego dnia mieć mszę w swojéj kaplicy.
„Ale gdybym na ten dzień nie skończył, odpowiedział malarz z równą niecierpliwością.
— Jeżelibyś nie skończył... jeżelibyś nie skończył, kazałbym cię zrzucić z ego rusztowania.
— Ten człowiek gotów tak zrobić, jak mówi, pomyślał Michał-Anioł. I tegoż wieczora rusztowanie było zdjęte.
Nie będę. się nawet kusił opisywać wrażenia piérwszego, jakie wywołało to arcydzieło, po wystawieniu jego na uwielbienie publiczności. Wówczas, jak dzisiaj, kopuła kaplicy Syxtusa była uważana za cud najwięcéj zdumiewający sztuki ludzkiéj. Michał-Anioł miał 37 lat życia kiedy kończył malować.
We dwa lata, umarł Papież i Michał-Anioł gorzko jego śmierć opłakiwał. Dwa te charaktery były zupełnie jeden dla drugiego. Juljusz II nie mógł się więcéj obchodzić bez Michała-Anioła. Opowiadają, że na krótki czas przed śmiercią, między nim i Michałem-Aniołem miało miejsce bardzo żywe zajście, z powodu że ten ostatni prosił o uwolnienie, w celu udania się na uroczystość świętego Jana do Florencyj; zajście, które jak zwykle zakończyło się podwojeniem przyjaźni i względów.
Twierdzą nawet, że biedny starzec, czując może swój zgon bliski, i nie chcąc zostawić gorzkiego wspomnienia w sercu artysty, którego najbardziéj szanował, kazał się przed nim tkliwie usprawiedliwić, i posłał mu w darze 500 czerwonych złotych, ażeby się zabawił podczas święta.
Nareście Juljusz II jest jednym człowiekiem, który odważył się strofować Michała-Anioła, grozić mu, źle się z nim obchodzić; dopuścił się nawet pewnego dnia podnieść laskę na niego. A jednak wielki artysta nie mógł się nigdy pocieszyć po jego stracie, a jednak, po swoim służącym Urbinie, Juljusz II jest niezaprzeczenie człowiekiem, którego Michał-Anioł najwięcej kochał na téj ziemi!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: Alojzy Kuczyński.