Małe kobietki/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XIV.
TAJEMNICE

Ludka wiele pracowała na poddaszu, październikowe dni zaczynały bowiem być chłodne, a popołudnia krótkie. Przez dwie lub trzy godziny palące promienie słońca zaglądały do wysokiego okna, ukazując ją piszącą gorliwie na starej sofie. Przed nią leżały papiery rozrzucone na kufrze, a ukochany szczur przechadzał się po górnych belkach wraz z najstarszym synem, pięknym młodzieńcem, widocznie dumnym ze swych wąsów. Ludwisia, zupełnie oddana swej pracy, skończyła nareszcie ostatnią stronicę, podpisała z zakrętem nazwisko i rzuciła pióro, wołając:
— Ukończyłam najlepsze me dzieło! jeżeli publiczność w niem nie zasmakuje, to będzie musiała długo czekać, żebym się zdobyła na udatniejsze.
Leżąc na sofie, pilnie czytała rękopis, wykreślała to i owo i dodawała mnóstwo wykrzykników, wyglądających jak baloniki. Potem związała arkusze czerwoną wstążeczką i patrzyła na nie chwilę surowem, zamyślonem okiem, co jasno dowodziło, jaką ważność przywiązuje do swego dzieła. Za biurko służyła jej stara skrzynka; w niej trzymała papiery i kilka książek starannie schowanych przed szczurem, który będąc również literackiego usposobienia, lubił robić ruchomą księgarnię z napotykanych tomów i zjadać kartki. Z tej to skrzynki Ludka wydobyła drugi rękopis, i włożywszy oba do kieszeni, zeszła cicho ze schodów, pozwalając swym przyjaciołom, by jej pogryźli pióra i skosztowali atramentu.
Ubrała się w kapelusz i kaftanik, jak mogła najciszej, i przez tylne okno wymknęła się na dach niskiego portyku; następnie zsunęła się po odarnionej pochyłości i poszła krętą ścieżką ku drodze. Tam ochłonęła, wsiadła w omnibus i pojechała do miasta z miną bardzo wesołą i tajemniczą.
Gdyby jej się kto przyglądał, wydałaby mu się bardzo dziwaczną; wysiadłszy, szła wielkim krokiem, póki nie znalazła pewnego numeru na pewnej ruchliwej ulicy. Potem z niejaką trudnością weszła w korytarz, spojrzała na brudne schody, i postawszy chwilkę, — nagle wyskoczyła znów na ulicę i uciekała równie prędko jak przyszła. Powtarzało się to kilka razy, ku wielkiej uciesze czarnookiego młodzieńca, który się przyglądał z przeciwległego okna. Za trzecim powrotem zapanowała nad sobą, nasunęła na oczy kapelusz i weszła na schody z taką miną, jakgdyby jej miano wyrwać wszystkie zęby.
Przy wejściu, pomiędzy innemi znakami, był napis dentysty, i ów młody gentleman, popatrzywszy chwilę na parę sztucznych szczęk, które się zwolna otwierały i zamykały, żeby ściągnąć uwagę na szereg pięknych zębów, ubrał się w płaszcz, wziął kapelusz, zeszedł na dół i stanął naprzeciwko w korytarzu, myśląc sobie z uśmiechem, chociaż go dreszcz przechodził.
— Jakże to na nią podobne, że przyjechała tu sama! ale jeżeli się ból da we znaki, to będzie potrzebowała kogo, coby ją odwiózł do domu.
W dziesięć minut, Ludka zbiegła ze schodów bardzo zaczerwieniona i widoczne było, że przeszła jakąś ciężką próbę. Zobaczywszy młodego gentlemana, wcale się nie ucieszyła i minęła go z ukłonem; ale on przystąpił, pytając ze współczuciem:
— Czy to była wielka przykrość?
— Nie bardzo.
— Prędko się załatwiłaś.
— Dzięki Bogu.
— Czemuś przyjechała sama?
— Nie chciałam, żeby kto wiedział.
— Dziwne z ciebie stworzenie! Ilu się pozbyłaś?
Ludka spojrzała na przyjaciela, jakgdyby nie rozumiejąc go; lecz po chwili parsknęła śmiechem.
— Chciałam się pozbyć dwóch, ale muszę zaczekać jeszcze tydzień.
— Czego się śmiejesz? Spłatałaś jakiegoś figla, Ludwisiu! — rzekł zaciekawiony.
— To prędzej ty, mój panie. Cóżeś tam robił w bilardowej sali?
— Przepraszam panią, to nie bilardowa sala, tylko gimnazjum, i brałem lekcję fechtunku.
— Cieszy mię to.
— Dlaczego?
— Bo mię nauczysz tej sztuki, a potem będziemy mogli grywać Hamleta. Ty będziesz Laertesem, i pięknie przedstawimy scenę z bronią.
Artur wybuchnął tak serdecznym i młodym śmiechem, że kilku przechodniów uśmiechnęło się mimowoli.
— Nauczę cię w każdym razie, czy będziemy grać Hamleta lub nie, bo to bardzo zabawne i znakomicie wzmacnia siły; ale nie sądzę, żebyś z tej tylko przyczyny powiedziała w tak stanowczy sposób: „cieszy mię to“; przyznaj prawdę, czy nie miałaś innej?
— Ucieszyłam się, żeś nie był na bilardzie, bo się spodziewałam, że nie chodzisz w takie miejsca. Czy chodzisz?
— Nie często.
— Chciałabym, żebyś wcale nie chodził.
— Niema w tem złego, Ludko. Mam przecież bilardy w domu; ale to bawi wtenczas tylko, gdy się ma dobrych graczy. Ponieważ lubię grać, przychodzę czasem na partję z Nedem Moffatem lub z inną młodzieżą.
— Ach, mój drogi, tak mi przykro, bo zaczniesz to coraz bardziej lubić, będziesz tracił czas i pieniądze, i taki się zrobisz jak ci szkaradni chłopcy. Miałam nadzieję, że cię będą mogły szanować i kochać osoby, które blisko obchodzisz, — rzekła, potrząsając głową.
— Alboż młody chłopiec nie może czasem używać trochę niewinnej rozrywki bez utraty szacunku? — zapytał Artur z urażoną miną.
— Zależy od tego, w jaki sposób i w jakiem miejscu jej używa. Nie lubię Neda i jego towarzyszy i chciałabym, żebyś się od nich usunął. Mama nie życzy sobie, żeby u nas bywał, chociaż on tego pragnie, więc jeżeli się wykierujesz tak samo, to nam nie pozwoli bawić się z tobą.
— Nie pozwoli? — spytał się Artur niespokojnie.
— Z pewnością; mama nie znosi modnych paniczów, i zamknie nas raczej w pudełkach nim przystanie, byśmy się z nimi zadawały.
— Nie potrzebuje wydobywać tych pudełek, bo nie jestem modnym światowcem, i nie myślę nim zostać; ale czasem lubię pohulać nieszkodliwie.
— Ja także; niema w tem nic złego, hulaj sobie, ale nie zdziczej, — dobrze? bo inaczej będzie koniec naszym zabawom. Bądź naturalnym, uczciwym, zacnym chłopcem, to cię nigdy nie odstąpimy. Nie wiem coby się ze mną stało, gdybyś tak postępował jak syn pana Ringa. Miał dużo pieniędzy, a nie umiał ich używać; pił, grał, — a nareszcie uciekł, podobno sfałszował nazwisko ojca i shańbił się zupełnie.
— Czy myślisz, że byłbym zdolnym do takich rzeczy? Bardzom obowiązany.
— Ach mój drogi! nie myślę tego, ale słyszę od ludzi, że pieniądze są taką pokusą! Czasem chciałabym, żebyś był ubogi, bo wówczas nie troszczyłabym się.
— Troszczysz się o mnie, Ludko?
— Trochę, — gdy cię widzę smutnym lub niezadowolonym, jak to bywa czasami, bo z taką siłą chwytasz się złego, że mam obawę, iż byłoby cię trudno powstrzymać.
Artur szedł w milczeniu przez kilka minut, ona zaś spoglądała na niego, żałując, że nie poskromiła języka, bo oczy miał gniewne, chociaż usta uśmiechały się jeszcze jakgdyby z jej przestróg.
— Czy przez całą drogę do domu będziesz prawić morały? — zapytał nagle.
— Ma się rozumieć że nie; czemu?
— Jeżeli masz ten zamiar, to wsiądę do omnibusu, a jeżeli nie, — chętnie pójdę z tobą i powiem ci bardzo zajmującą rzecz.
— Nie będę prawić kazania, i ogromnie ciekawam nowiny.
— Bardzo dobrze, idźmyż. Jest to tajemnica, i jeżeli ci ją powiem, musisz mi także udzielić swojej.
— Nie mam żadnej, — odezwała się, lecz nagle umilkła, przypomniawszy sobie jedną.
— Owszem, masz. Nie możesz jej ukryć, więc wyznaj, bo inaczej nic nie powiem.
— Czy twoja tajemnica jest przyjemna?
— Ale jak! dotyczy osób, które znasz, i taka zabawna! powinnaś wiedzieć o niej, i oddawna pragnąłem odkryć ją przed tobą. Zacznij-że.
— Nie powiesz w domu?
— Ani słowa.
— I nie będziesz mię dręczył potajemnie?
— Nigdy cię nie dręczę.
— Owszem; wydobywasz wszystko co chcesz. Nie wiem jakie masz sposoby, ale doskonały z ciebie zwodziciel.
— Dziękuję! Wystrzel-że już raz.
— A więc zostawiłam dwie powieści u redaktora gazety, i obiecał mi odpowiedź w przyszłym tygodniu, — szepnęła do ucha swemu powiernikowi.
— Niech żyje panna March! słynna amerykańska autorka! — wykrzyknął Artur, to podrzucając to chwytając kapelusz, ku wielkiej uciesze dwóch psów, czterech kotów, pięciu kur i pół tuzina małych Irlandczyków — byli bowiem za miastem.
— Ucisz się; powiadam ci, że z tego nic nie będzie; ale nie miałam pokoju, póki nie spróbowałam, i umyślnie milczałam, żeby nikt nie doznał zawodu.
— Ależ to nie chybi! Wszakże twoje powieści są szekspirowskie w porównaniu z ramotami drukowanemi codziennie. Jak to będzie miło widzieć tę książkę, i jacy będziemy dumni z autorki!
Ludce oczy błyszczały z radości, że ktoś w nią wierzy; zresztą pochwała przyjaciela zawsze milsza od tuzina gazeciarskich pufów.
— Teraz kolej na twoją tajemnicę; dotrzymaj zobowiązania, Arturze, bo inaczej nigdy ci wierzyć nie będę, — rzekła, usiłując stłumić świetne nadzieje, rozbudzone jego słowem zachęty.
— Mogę narobić sobie kłopotu; ale nie przyrzekałem milczenia, więc powiem, bo dopóty nie mam spokoju, póki się z tobą nie podzielę wszystkiem, co dochodzi moich uszu. Otóż — wiem gdzie jest rękawiczka Małgosi!
— Nic więcej? — odezwała się Ludka z zawiedzioną miną.
Artur skinął głową i mrugnął tajemniczo, mówiąc:
— To wystarczy jak na teraz, sama przyznasz jak ci powiem, gdzie się znajduje.
— Powiedz że.
Artur pochylił się i szepnął jej trzy słowa do ucha, co wywołało komiczną zmianę. Przez chwilę patrzyła na niego zdziwiona i nierada, potem przyskoczyła, pytając ostro:
— Skąd wiesz o tem?
— Widziałem.
— Gdzie?
— W kieszeni.
— Cały ten czas?
— Tak; czy to nie romantyczne?
— Raczej szkaradne.
— Nie lubiłabyś tego?
— Ma się rozumieć, to śmieszne. Nie pozwoliłabym nigdy; ale zobaczymy jak się znajdzie Małgosia.
— Nie powiesz nikomu? pamiętaj.
— Nie obiecywałam wcale.
— To się miało rozumieć, zaufałem ci.
— Nie chciałabym powiedzieć nikomu, za nic w świecie; ale jestem zrażona i żałuję, żem się dowiedziała.
— Myślałem, że ci sprawię przyjemność.
— Tem, że ktoś przyjdzie zabrać Małgosię? Dziękuję ci.
— Wolałabyś, żeby przyszedł po ciebie?
— Chciałabym widzieć, żeby kto spróbował! — wykrzyknęła gniewnie.
— Ja także, — powiedział Artur i parsknął śmiechem na tę myśl.
— Widać, że mi tajemnice nie przypadają do smaku; jestem do niczego odkąd mi to powiedziałeś, — rzekła niewdzięczna.
— Zbiegnij z pagórka na wyścigi ze mną, to przyjdziesz zupełnie do siebie.
Nikogo nie było widać, gładka droga rozwijała się zachęcająco przed nią, pokusa była nie do zwalczenia, więc się puściła w bieg, i wkrótce zgubiła kapelusz, grzebień i szpilki od włosów. Artur pierwszy dotarł do celu i zupełnie był zadowolony ze swego lekarstwa, bo Ludka nadbiegła zdyszana, roztargana, z wesołym wzrokiem, czerwoną twarzą i bez śladu rozdrażnienia.
— Żałuję, że nie jestem koniem, bo przebiegałabym całe mile w tem rozkosznem powietrzu, nie tracąc oddechu. Doskonale mi teraz, ale patrz co się ze mną zrobiło! Idź, cherubinku, i pozbieraj moje rzeczy, — rzekła Ludka, padając pod klonem, zaścielającym stoki wzgórza czerwonym liściem.
Artur chętnie poszedł po zgubione rzeczy, ona zaś plotła warkocze, pewna, że nikt nie przejdzie póki sobie nie uporządkuje głowy. Tymczasem przeszła pewna osoba, a była to Małgosia, wyglądająca zupełnie na dorosłą pannę w swej poważnej świątecznej sukni, wracała bowiem z odwiedzin.
— Co ty tu robisz? — zapytała, patrząc na roztargnioną głowę siostry, z zadziwieniem właściwem pannie dobrzej wychowanej.
— Zbieram liście, — pokornie odpowiedziała Ludka, układając różową wiązkę, którą podjęła z ziemi.
— I szpilki do włosów, — dodał Artur rzucając ich pół tuzina na kolana Ludce. — One to rosną na drodze, Małgosiu, niemniej jak grzebienie i kapelusze z ciemnej słomy.
— Pewno biegałaś! jakżeś mogła? kiedyż ty przestaniesz dokazywać? — rzekła Małgosia z naganą w głosie, poprawiając sobie mankietki i gładząc włosy, z którymi wiatr ośmielił się igrać.
— Jak zesztywnieję, zestarzeję się i chodzić będę o kiju. Nie próbuj zrobić ze mnie przed czasem dorosłej panny. Dosyć złego, żeś się sama tak nagle zmieniła, a mnie dozwól zostać jak najdłużej dziewczynką.
Mówiąc to, wzięła się Ludka do swej roboty, żeby ukryć drganie ust, czuła bowiem w ostatnich czasach, że Małgosia wyrasta na kobietę, — a tajemnica Artura groziła rozstaniem, które wprawdzie musiało nastąpić prędzej lub później, lecz wówczas zdawało się bardzo bliskie. Zobaczywszy zmieszanie na jej twarzy, Artur odwrócił uwagę Małgosi, pytając żywo.
— Gdzieżeś chodziła tak wystrojona?
— Do Gardinerów; Salusia opowiadała mi o weselu Belli Moffat; odbyło się bardzo wspaniale, i pojechali na całą zimę do Paryża. Cóż to za rozkosz być musi!
— Zazdrościsz jej, Małgosiu? — zapytał Artur.
— Podobno.
— Cieszę się, — mruknęła Ludka, szarpiąc kapelusz, który zawiązywała.
— Dlaczego? — spytała z zadziwieniem Małgosia.
— Jeżeli tak bardzo dbasz o bogactwo, to nie pójdziesz za ubogiego, — odrzekła Ludka mrugając na Artura, który znakami ją ostrzegał, żeby ostrożną była w słowach.
— Za nikogo nie pójdę, — powiedziała Małgosia, odchodząc z wielką godnością; tamci dwoje szli za nią, śmiali się, szeptali, ciskali kamieniami, zupełnie „jak małe dzieci“, przynajmniej tak myślała Małgosia. Chociaż ją coś ciągnęło do nich, nie mogła jednak ulec pokusie, mając na sobie najładniejszą suknię.
Przez parę tygodnie zachowanie Ludki było tak szczególne, że siostry nie mogły się wydziwić. Biegła żywo do drzwi, ile razy listonosz zadzwonił; szorstko odzywała się do pana Brooke; przyglądała się Małgosi z rozżaloną twarzą; czasem przyskakiwała, żeby ją szarpnąć, to znów całowała jakoś tajemniczo. Z Arturem dawali sobie znaki, zamieniali niezrozumiałe słowa, aż nareszcie zawyrokowały dziewczęta, że oboje stracili rozum. Drugiej soboty, po owym dniu, kiedy Ludka wyszła oknem, Małgosia siedząc nad szyciem zgorszyła się, że Artur gonił Ludkę po całym ogrodzie i wreszcie schwytał ją w altanie Amelki. Co się tam działo, nie mogła widzieć, ale dochodziły ją wybuchy śmiechu, potem szmer głosów i szeleszczenie gazetami.
— Co tu począć z tą dziewczyną? ona się nigdy nie zechce zachować, jak przystoi panience, — rzekła Małgosia z westchnieniem, przyglądając się wyścigom z niezadowoloną twarzą.
— Cieszy mię ta nadzieja, że się nie zmieni, bo taka wesoła i miła! — powiedziała Eliza nie zdradzając przykrości, iż Ludka ma tajemnice z kimśkolwiek prócz niej.
— To bardzo nieprzyjemne, ale jej nigdy nie uczynimy comme il faut, — dodała Amelka, zajęta szyciem nowych fryzek i uczesana w pięknie upięte warkocze, a z tych dwóch powodów uważała się za bardzo elegancką i dorosłą osobę.
W kilka minut wpadła Ludka i położyła się na sofie udając, że czyta.
— Czy masz coś zajmującego? — spytała Małgosia łaskawie.
— Tylko powieść; zdaje mi się, że będzie nieszczególna, — odparła, pilnie ukrywając gazety.
— Czytaj głośno, to my się zabawimy, a ty się powstrzymasz od figlów, — rzekła Amelka tonem dorosłej panny.
— Jaki tytuł? — spytała Eliza mocno zaciekawiona, czemu Ludka chowa twarz za gazetę.
— Współzawodnictwo malarzy.
— To dobrze brzmi, czytaj, — powiedziała Małgosia.
Ludka odchrząknęła głośno i zaczęła czytać z wielkim pośpiechem. Dziewczęta słuchały ciekawie tej romantycznej i nieco patetycznej powieści, bo większa część osób umarła przy końcu.
— Podobają mi się tu świetne obrazy, — pochlebnie odezwała się Amelka, gdy siostra ucichła na chwilę.
— Ja wolę miłosną stronę. Viola i Angelo są twoje ulubione imiona, czy to nie dziwne? — rzekła Małgosia obcierając oczy, bo „miłosna strona“ była tragiczną.
— Kto to napisał? — spytała Eliza, która spostrzegła nagły błysk w oczach Ludki.
Czytelniczka szybko wstała, odrzuciła gazetę, ukazując zarumienioną twarz i z zabawną mieszaniną uroczystej powagi i zgorączkowania rzekła donośnym głosem:
— Wasza siostra!
— Ty! — wykrzyknęła Małgosia, upuszczając robotę.
— To coś bardzo dobrego, — powiedziała Amelka tonem krytyka.
— Ja odgadłam! odgadłam!! ach, moja Ludko, takam dumna! — zawołała Eliza, biegnąc uściskać siostrę i powinszować jej świetnego powodzenia.
Boże mój jakież były uradowane. Małgosia nie chciała wierzyć, póki nie zobaczyła słów „miss Ludwika March“ wydrukowanych rzeczywiście w gazecie. Amelka łaskawie rozbierała artystyczne ustępy i częstowała uwagami względem dalszego ciągu, które na nieszczęście nie mogły być spożytkowane, z powodu iż bohaterowie poumierali. Eliza skakała i śpiewała z radości. Anna wydawała okrzyki z wielkiego zadziwienia, że to „Ludka zrobiła“. Pani March przejęta była dumą. Ludka śmiała się ze łzami w oczach, mówiąc, że wyjdzie na zarozumiałego pawia, — a gazeta przechodziła z rąk do rąk.
— Powiedzże nam co o tem! kiedy ci przysłano? Co też ojciec powie? To się Artur uśmieje! — wołały wszystkie razem cisnąc się wkoło Ludki, bo dla tych szalonych, kochających istot każda domowa uciecha stawała się uroczystością.
— Przestańcie szczebiotać, dziewczęta, to wam opowiem wszystko, — rzekła Ludwisia, pytając siebie w duchu czy panna Burney czuła się wyższą po swej „Ewelinie“, jak ona po „Współzawodnictwie malarzy“. Opowiedziawszy, jak się rozporządziła powieściami, dodała: „skoro poszłam po odpowiedź, pan redaktor objawił mi, że obie są dobre, ale że nie płaci początkującym osobom, tylko pozwala, by drukując w jego piśmie obznajmiały publiczność ze swymi utworami“. — To korzystna praktyka, — rzekł, a gdy początkująca osoba nabierze wprawy, wówczas jej się zaczyna płacić. Zostawiłam więc obie prace i dziś mi tę jedną przysłano; Artur zastał mię z nią w ręku i uparł się, żeby mu ją pokazać. Bardzo ją chwalił, zachęcał mię do dalszego pisania, i obiecał postarać się, żeby za następną zapłacono. Ach takam szczęśliwa, bo z czasem będę mogła utrzymywać siebie i dopomagać dziewczętom.
Tu zabrakło Ludce tchu, i chowając głowę w gazetę, zrosiła szczeremi łzami to krótkie opowiadanie, gdyż najdroższem życzeniem jej serca była niezależność i uznanie ukochanych osób, — a ta chwila wydawała jej się pierwszym krokiem ku wymarzonemu celowi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.