Małe kobietki/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louisa May Alcott
Tytuł Małe kobietki
Data wydania 1930
Wydawnictwo Księgarnia F. Hoesicka
Druk Zakłady Graficzne „Zjednoczeni Drukarze“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Zofia Grabowska
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
PIELGRZYMKI.

— Co mi za Boże Narodzenie bez podarków! — mruknęła Ludka leżąc na dywanie przed kominkiem.
— To strasznie być ubogą! — westchnęła Małgosia spoglądając na swą starą suknię.
— Bardzo jest nieładnie, że niektóre dziewczęta mają mnóstwo pięknych rzeczy, a inne nie mają nic, — dodała Amelka z gniewną minką.
— Mamy przecież ojca, mamę i siebie nawzajem, — z zadowoleniem odezwała się Eliza ze swego kącika.
Ich cztery młode twarzyczki oświecone ogniem z kominka, rozjaśniły się na te wesołe słowa, lecz sposępniały znowu, gdy Ludka rzekła:
— Nie mamy teraz ojca, i długi czas nie będziemy go miały. — Wprawdzie nie powiedziała „może nigdy“, ale wszystkie dodały to w duchu, ponieważ był daleko na wojnie.
Milczały przez chwilę, poczem Małgosia odezwała się innym tonem.
— Wiecie, że mama dlatego radzi, byśmy sobie tym razem nie dawały podarków, że zima będzie sroga; więc jej zdaniem, nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, kiedy nasze wojsko tak cierpi. Prawda, że nie zdołamy wiele uczynić, ale małe poświęcenia są w naszej możności, i wypada nam ich dokonać z dobrej woli. Mam jednak obawę, że się na to nie zdobędę, — mówiła potrząsając główką, jak gdyby z żalem myślała o wszystkich ładnych rzeczach, które jej były potrzebne.
— Nie przypuszczam, żeby nasze małe oszczędności przydały się na co; dałybyśmy po dolarze, więc jakaż stąd ulga dla wojska? Zgadzam się na to, by nic nie dostać od mamy i od was, alebym chciała sobie kupić „Rusałkę“, bo już tak dawno mam na nią ochotę, — rzekła Ludka zamiłowana w książkach.
— Ja na nuty przeznaczałam swoje pieniądze, — rzekła Eliza z cichem westchnieniem, usłyszanem tylko przez miotełkę i rączkę od tygielka.
— A mnie są potrzebne ołówki Fabera, i muszę ich sobie kupić ładne pudełko, — odezwała się Amelka stanowczo.
— Mama nie miała na myśli naszych pieniędzy, i nie chciałaby, żebyśmy się wszystkiego wyrzekły. Niech każda kupi co jej potrzebne, żeby sobie zrobić przyjemność. Spodziewam się, że zasługujemy na to, pracując tak ciężko! — zawołała Ludka, oglądając sobie obcasy u bucików z miną chłopaka.
— Ja z pewnością zasługuję, ucząc te nieznośne dzieci prawie cały dzień, kiedy sama chciałabym się bawić w domu, — odezwała się znowu żałosnym tonem Małgosia.
— Moja praca dwa razy uciążliwsza od twojej; jakby ci było, gdybyś siedziała godzinami zamknięta z nerwową, kapryśną, starą jejmością, która się tobą posługuje, ze wszystkiego jest niezadowolona i tak cię męczy, że wyskoczyłabyś chętnie oknem, albo dałabyś jej policzek.
— Przykro jest, jak nas kto drażni, ale zdaje mi się, że zmywanie talerzy i pilnowanie porządku jest najgorszą pracą na świecie. Dlatego jestem kwaśna i tak mi sztywnieją palce, że nie mogę grać, — rzekła Elżbietka spoglądając na szorstkie rączki z westchnieniem, które tym razem mogło być usłyszane przez wszystkich.
— Nie wierzę, by która z was cierpiała tyle co ja! — zawołała Amelka, — nie jesteście zmuszone chodzić do szkoły z niegrzecznemi dziewczętami, które was prześladują, gdy nie umiecie lekcji; wyśmiewają wasze ubranie, pogardzają waszym ojcem, jeżeli nie bogaty, i znieważają was za brzydki nos.
— Czy nie chciałabyś mieć tych pieniędzy Ludko, co papa stracił, gdyśmy były małe? Ach mój Boże! Jakżebyśmy były szczęśliwe i dobre, gdyby nie te troski! — powiedziała Małgosia, pamiętająca lepsze czasy.
— Mówiłaś parę dni temu, żeśmy daleko szczęśliwsze od dzieci państwa King, bo one ciągle się biją i kłócą, chociaż mają pieniądze.
— Prawda Elżbietko, mówiłam to i sądzę, że tak jest, bo choć musimy pracować, obmyślamy sobie też rozrywki i wesołą stanowimy kupkę, jakby się wyraziła Ludka.
— Ona używa takich gminnych słów, — zauważyła Amelka, rzucając gromiące spojrzenie na długą postać rozciągniętą na dywanie. Ludka w tej chwili usiadła, włożyła ręce w kieszenie od fartuszka i zaczęła gwizdać.
— Daj pokój, Ludko, to przystoi chłopcu.
— Dlatego też gwiżdżę.
— Nic cierpię ordynarnych, nieeleganckich dziewcząt.
— A ja nienawidzę przesadnych i wymuszonych dzieciaków.
— Ptaszki w swoich gniazdkach żyją w zgodzie, — zaśpiewała pojednawczo Elżbietka z taką zabawną minką, że oba szorstkie głosy wybuchnęły śmiechem, i na ten raz ustało „dziobanie się ptasząt“.
— Doprawdy, moje dziewczęta, obie zasługujecie na połajanie, — rzekła Małgosia zaczynająca gromić tonem starszej siostry. — Ty, Ludko, jesteś już w tym wieku, żeś nie powinna dokazywać jak chłopiec, i wypada ci już inaczej się zachowywać. Pókiś była małą dziewczynką, to uchodziło, ale teraz kiedyś tak wyrosła i upinasz już włosy, należy pamiętać, że jesteś słuszną panną.
— Nie jestem nią! i jeżeli upinanie włosów czyni mię doroślejszą, to będę nosiła warkocze do dwudziestu lat! — zawołała, zrzucając siatkę i rozwieszając ciemno blond grzywę. — Nie cierpię tej myśli, że dorosnę, zostanę panną March, będę nosić długie suknie i wyglądać tak sztywno jak astra chińska. Dosyć biedy, że jestem dziewczyną, kiedy lubię męskie zabawy, zajęcia i sposób życia. Nie mogę się uspokoić z żalu, żem nie chłopiec, a teraz gorzej mi jak kiedykolwiek, bo umieram z chęci walczenia przy boku papy, a muszę siedzieć w domu z robotą na drutach, jak zniedołężniała baba. — Mówiąc to, pociągnęła tak mocno niebieską skarpetkę, że druty zadzwoniły jakby kastaniety, a kłębek upadł na ziemię.
— Biednaś ty Ludko! co za szkoda! lecz niema na to rady; staraj się więc poprzestać na odgrywaniu roli naszego brata, — rzekła Eliza głaszcząc ostre włosy na głowie wspartej o jej kolana, rączką przyjemną w dotknięciu, pomimo zmywania talerzy i okurzania sprzętów.
— Ty zaś, Amelko, — mówiła dalej Małgosia, — jesteś zbyt wykwintna i wymuszona. Te pretensjonalne miny są teraz zabawne, ale jak się ich nie będziesz wystrzegać, to wyrośniesz na przesadzoną gąskę! Lubię twój ładny układ i delikatne wysławianie się, jak się nie sadzisz na elegancję, ale twoje niedorzeczne wyrazy na równi stawiam z gminnemi słowami Ludki.
— Kiedy Ludka jest chłopakiem, Amelka gąską, czemże ja jestem, jeżeli łaska? — rzekła Eliza chcąc przyjąć swoją część połajania.
— Ty jesteś pieszczotką i niczem więcej, — odpowiedziała Małgosia z zapałem, i żadna z sióstr nie zaprzeczyła, bo „myszka” była ukochaną całej rodziny.
Ponieważ młode czytelniczki lubią wiedzieć „jak kto wygląda”, skorzystamy z tej chwili, żeby dać lekki szkic tych czterech dziewczynek, siedzących o szarej godzinie z robotą na drutach, podczas gdy śnieg grudniowy pada cicho na dworze, a ogień trzeszczy wesoło na kominku. Był to miły pokój, pomimo spłowiałego dywanu i bardzo prostych mebli; wisiało bowiem na ścianach parę dobrych obrazów, książek było dużo na półkach, w oknach kwitły hjacynty i cierniki, i napełniała go przyjemna atmosfera domowego spokoju.
Małgorzata, najstarsza z dziewcząt, miała lat szesnaście; była bardzo ładna, pulchna i biała. Oczy miała duże, włosy gęste ciemno blond, usta kształtne i rączki białe, któremi się trochę pyszniła. Piętnastoletnia Ludka była bardzo wysoka, szczupła i smagła; zawsze jej zawadzały długie członki, i nie wiedziała co z niemi robić. Miała stanowcze usta, komiczny nos, bystre szare oczy, które zdawały się wszystko widzieć i bywały to gwałtowne, to śmiejące się, to zamyślone. Gęste, długie włosy stanowiły jej główną ozdobę, ale je zazwyczaj zwijała w siatkę, żeby nie przeszkadzały. Ramiona miała szerokie, ręce i nogi duże, ubranie wisiało na niej bez wdzięku, i we wszystkiem miała niezgrabną minę dziewczynki, która prędko wyrasta na kobietę i jest z tego niezadowolona. Elżbietka była to trzynastoletnia dziewczynka, różowa, z główką zawsze ładnie uczesaną i z jasnemi oczkami. Miała nieśmiałe obejście, lękliwy głos i spokojną fizjonomję, którą rzadko co wzburzyło. Ojciec nazywał ją „cichą“ i to miano przypadało do niej wybornie, bo zdawała się żyć we własnym, szczęśliwym świecie, odważając się obcować tylko z tą małą garstką osób, które posiadały jej ufność i przywiązanie. Amelka, chociaż najmłodsza, miała wielkie znaczenie, przynajmniej w swojem przekonaniu. Była to dzieweczka kształtna, biała jak śnieg, z niebieskiemi oczami, i z główką w złocistych loczkach. Była blada, szczupła i zawsze zachowująca się jak dorosła panna, dbała o swe maniery. Co się tyczy charakterów tych czterech sióstr, to je każdy sam pozna.
Zegar wybił szóstą, a Elżbietka wyczyściwszy kominek postawiła pantofle, żeby się ogrzały. Widok tego starego obuwia sprawił jakieś miłe wrażenie na dziewczętach, bo matka miała nadejść, a wszystkim było pilno ją przywitać. Małgosia przestała gromić i zapaliła lampę; Amelka wstała z fotelu, chociaż jej nikt o to nie prosił, a Ludka zapomniała o swem znużeniu, gdy usiadła bliżej ognia, żeby trzymać i wygrzewać pantofle.
— Zupełnie już zniszczone, i mama koniecznie potrzebuje nowych.
— Kupię jej za mego dolara, — rzekła Eliza.
— Nie, ja kupię! — wykrzyknęła Amelka.
— Ja jestem najstarsza. — odezwała się Małgosia, ale Ludka przerwała stanowczym tonem:
— Odkąd papa wyjechał, ja jestem jedynym mężczyzną w naszej rodzinie, i sama zaopatrzę ją w pantofle, bo odjeżdżając powierzył ją moim szczególnym staraniom.
— Powiem wam co zrobić, — rzekła Eliza; niech jej każda co ofiaruje na kolendę, a sobie zato nic już nie kupujmy.
— To pomysł godny ciebie, moja droga! i cóż jej damy?
Przez chwilkę zastanawiały się pilnie, poczem Małgosia oznajmiła: „Ja dam parę ładnych rękawiczek;“ jak gdyby jej własne śliczne rączki nasunęły tę myśl.
— Ja najpiękniejsze pantofle, jakie tylko znajdę! — wykrzyknęła Ludka.
— Ja kilka obrąbionych chustek do nosa, — rzekła Eliza.
— Ja flaszeczkę wody kolońskiej, bo ją lubi; nie drogo będzie kosztować, więc jeszcze sobie co kupię — dodała Amelka.
— W jaki sposób ofiarujemy te rzeczy? — zapytała Małgosia.
— Położymy je na stole, potem wprowadzimy mamę i będziemy patrzeć, jak roztwiera paczki. Nie pamiętasz, że tak zawsze bywało w nasze urodziny? — odparła Ludka.
— Tak się lękałam, ile razy przyszła na mnie kolej usiąść w fotelu z koroną na głowie, a wyście mię obstępowały z podarkami i całusami. Prezenty i pieszczoty sprawiały mi przyjemność, ale mię to straszyło, że się przyglądacie, jak odwijam paczki, — powiedziała Eliza; przypiekając razem twarzyczkę i grzanki do herbaty.
— Zostawmy mamę w przekonaniu, żeśmy to wszystko dla siebie kupiły, a potem zrobimy jej niespodziankę. Musimy przejrzeć sklepy jutro po południu, Małgosiu, i mnóstwo mamy jeszcze przygotowań do zabawy na wieczór Bożego Narodzenia, — rzekła Ludka, przechadzając się po pokoju z rękami założonemi wtył i z nosem do góry.
— Ostatni raz to robię; już jestem za stara na takie rzeczy, — odezwała się Małgosia, która nie przestała być dzieckiem, gdy szło o obmyślenie zabawy.
— Wiem, że się tego nie wyrzekniesz, póki będziesz mogła występować w białej sukni, z rozpuszczonym włosem i w klejnotach ze złotego papieru. Nie mamy lepszej aktorki nad ciebie, i wszystko przepadnie, gdy zejdziesz ze sceny — rzekła Ludka i dodała potem: — Trzeba zrobić próbę dziś wieczorem; chodź Amelko, odegrać scenę zemdlenia, boś w niej sztywna jak pień.
— Niema na to rady; nigdy nie widziałam jak się mdleje, a nie mam ochoty zsinieć, zczernieć i paść nawznak, jak ty. Jeżeli będę umiała rzucić się swobodnie na ziemię, to dobrze — a jeżeli nie, to padnę z wdziękiem na krzesło. Nic sobie nie będę z tego robiła jak Hugo przystąpi z pistoletem — odezwała się Amelka, która wcale nie miała talentu dramatycznego, i wybrano ją tylko dla małego wzrostu, by ją mógł wynieść ze sceny bohater sztuki, gdy się rozkrzyczała.
— Zrób w ten sposób: załam tak ręce i przejdź przez pokój chwiejnym krokiem, wołając przeraźliwie: „Rodrygu, ratuj mię! ratuj mię!“ I dla przykładu wyszła Ludka z melodramatycznym i prawdziwie przenikającym krzykiem.
Amelka starała się ją naśladować, ale ręce trzymała przed sobą sztywno, szła jakby na sprężynach i taki wydała wrzask, jakby od ukłucia się szpilką, nie z trwogi i przerażenia. Ludka rozpaczliwie jęknęła, Małgosia roześmiała się na całe gardło, a Eliza przypaliła bułkę, wpatrzywszy się z zajęciem w tę zabawną scenę.
— Nic nie pomaga; odegraj to jak zdołasz najlepiej, ale jak cię publiczność wygwiżdże, to nie miej żalu do mnie! Teraz chodź ty, Małgosiu.
Odtąd szło gładziej, bo Don Pedro wyzywał świat jednym tchem w dwustronicowej mowie, czarownica Agara z olśniewającym efektem odśpiewała uroczyste zaklęcie nad patelnią smażących się grzanek, Rodryg zerwał swe więzy z prawdziwie męską siłą, a Hugo dziko krzycząc ha! ha! skończył życie w mękach trucizny i wyrzutów sumienia.
— Pierwszy raz tak się nam powiodło, — rzekła Małgorzata, gdy zmarły złoczyńca usiadł i rozcierał sobie łokcie.
— Nie pojmuję jak możesz pisać i grać tak wspaniale, Ludko. Prawdziwy Szekspir z ciebie! — zawołała Eliza, silnie przekonana, że jej siostry są we wszystkiem genjalne.
— Niezupełnie, — odparła skromnie Ludka, wprawdzie „klątwa“ czarownicy i liryczna tragedja są to ładne rzeczy, ale chciałabym spróbować Makbeta, gdybyśmy miały spust w podłodze dla Banka. Zawsze pragnęłam roli z zabijaniem. „Czy miecz widzę przed sobą?“ wyrzekła, przewracając oczy i dysząc jak pewna artystka, którą widziała na scenie.
— Nie, to widelec włożony w mamy pantofel zamiast w grzankę. Oto Elizy popisy sceniczne! — zawołała Małgosia, i próba skończyła się ogólnym śmiechem.
— Cieszy mię to, żeście tak wesołe! — odezwał się ożywiony głos we drzwiach, a publiczność i aktorowie obrócili się, by powitać wysoką panią z macierzyńską fizjonomją i z tak lubym wyrazem twarzy, jakgdyby każdego pytała: Czy mogę ci być pomocną? Nie była to szczególnie piękna osoba, ale matki zawsze się swoim dzieciom podobają; dziewczętom zdawało się też, że jej szary płaszczyk i niemodny kapelusik okrywają najwspanialszą kobietę w świecie.
— Jakeście spędziły dzień, moje drogie? Tak wiele było do roboty z przysposabianiem wysyłek na jutro, że dlatego nie przyszłam na obiad do domu. Czy był tu kto, Elizo? Jak z twoim katarem Małgosiu? Ludwisiu, zdajesz się na śmierć umęczona. Dziecię, chodź mię pocałować.
Zadając te macierzyńskie pytania, pani March zdjęła z siebie przemokłe rzeczy, włożyła ogrzane pantofle, i usiadłszy w fotelu wzięła Amelkę na kolana, ciesząc się na najmilszą godzinę w swym pracowitym dniu. Dziewczęta krzątały się; każda chciała jej oddać jakąś przysługę i zapewnić wygodę. Małgosia przyrządziła stół do herbaty; Ludka przyniosła drzewa i ustawiła krzesła, wylewając i przewracając z hałasem wszystko czego tknęła; Eliza cicho i gorliwie kręciła się między pokojem a kuchnią, Amelka zaś wydawała im rozkazy siedząc sama z założonemi rękami.
Gdy się zebrały wokoło stołu, pani March rzekła ze szczególnie uszczęśliwioną twarzą:
— Mam przysmak, który dostaniecie po kolacji.
Żywy, wesoły uśmiech przebiegł dokoła jak promień słońca. Eliza klasnęła w ręce, nie uważając na to, że trzyma gorący biszkopt; Ludka podrzuciła w górę serwetę z okrzykiem „list! list!“
— Tak, długi i miły list. Zdrów jest i lepiej przebywa zimową porę, jakeśmy przypuszczały. Przesyła serdeczne życzenia na Boże Narodzenie i wyłączną odezwę do was, dziewczęta, — rzekła pani March, trzymając się za kieszeń, jakgdyby w niej miała skarb.
— Pośpieszmy się z jedzeniem. Nie obracaj tak delikatnie palcami i nie pieść się z talerzem, Amelko! — wykrzyknęła Ludka, i z wielkiego pośpiechu do „przysmaku“ wylała swą herbatę i upuściła na dywan kawałek chleba ze strony posmarowanej masłem.
Eliza przestała jeść i usunęła się do swego kącika, zgóry ciesząc się na rozkosz, jaka je miała spotkać, gdy wszystkie będą gotowe.
— Ojciec wydaje mi się tak wielkim, że poszedł na wojnę jako kapelan, będąc za starym na żołnierza! — powiedziała Małgosia z zapałem.
Jakżebym ja chciała pójść na dobosza, wiwan — jakże się to nazywa? albo na dozorującą rannych, żeby razem być i czuwać nad nim!
— To musi być bardzo nieprzyjemnie sypiać w namiocie, jadać różne niesmaczne rzeczy i pić z cynowego kubka, — westchnęła Amelka.
— Mamo, kiedy ojciec wróci? — spytała Eliza drżącym nieco głosem.
— Niejeden miesiąc jeszcze upłynie, moja droga; chyba gdyby zachorował. Póki tylko zdoła, będzie wiernie pełnił obowiązki, a my nie będziemy go zniewalać prośbą, żeby skrócił swój pobyt choćby o jeden dzień, kiedy tam jest potrzebny. Chodźcie teraz wysłuchać listu.
Przysunęły się wszystkie do kominka, matka w fotelu z Elizą u nóg, Małgosia i Amelka uczepione na poręczach, a Ludka wsparta o grzbiet jego, żeby nikt nie widział jej wzruszenia, jeżeliby list był czuły.
W owych ciężkich czasach mało który list nie był czuły, zwłaszcza też przesyłane przez ojców rodziny. Pan March nie wiele wspominał o swych trudach i niebezpieczeństwach, ani nawet o tęsknocie do kraju, z którą walczyć musiał. List ten był wesoły, ufny, pełen ożywionych opisów obozowego życia, marszów i wojennych nowin; tylko przy końcu wyrwały się z serca słowa, zdradzające miłość ojcowską i tęsknotę do córeczek i do domu:
„Obdziel je pozdrowieniem i uściskiem. Powiedz, że o nich myślę codzień, i modlę się za nie co wieczór, a w każdej chwili czerpię największą pociechę w ich przywiązaniu. Rok czekania na zobaczenie się z niemi wydaje mi się bardzo długim czasem, ale im przypomnij, że możemy wszyscy pracować nad tem, aby te ciężkie dni nie zostały zmarnowane. Wiem, że wszystko co piszę utkwi im w pamięci, że będą dla ciebie kochającemi dziećmi, że będą wiernie pełnić obowiązki, mężnie walczyć z wewnętrznym nieprzyjacielem i pokonywać siebie tak pięknie, abym gdy powrócę, mógł jeszcze bardziej kochać moje małe kobietki i więcej chlubić się niemi.“ W tem miejscu wszystkie rozczuliły się; Ludka nie wstydziła się wielkiej łzy, która jej spadła na nos; Amelka zaś nie uważając że psuje sobie loki, ukryła twarzyczkę na ramieniu matki i ze łkaniem rzekła:
— Jestem samolubną świnką, ale będę się szczerze starała poprawić, żeby się ojciec nie zawiódł kiedyś na mnie.
— Wszystkie się poprawimy! — wykrzyknęła Małgosia. — Ja, za wiele myślę o mojej powierzchowności i nie cierpię pracy; ale już tego nie będzie, jeżeli mi się powiodą usiłowania.
— Ja będę się starała być „małą kobietką“ jak mię ojciec lubi nazywać, i przestanę być szorstką i dziką; będę pełnić tutejsze obowiązki, zamiast ich szukać gdzieindziej, — rzekła Ludka, dodając w duchu, że pokonywanie swego temperamentu jest daleko cięższem zadaniem, jak wzięcie do niewoli paru buntowników.
Eliza nic nie mówiąc obtarła oczy niebieską skarpetką i zaczęła coprędzej obracać drutami, aby bez straty czasu pełnić obowiązek, znajdujący się najbliżej. W głębi cichej duszy postanowiła przytem, że taką będzie, jaką ojciec spodziewa się ją zastać, gdy za rok wróci szczęśliwie do domu.
Pani March przerwała milczenie, panujące po słowach Ludwisi, mówiąc swym wesołym głosem:
— Czy pamiętacie jakeście się bawiły w pielgrzymki, będąc małemi dziewczynkami? Nic was tak nie cieszyło jak kiedy każdej uwiązałam na szyi worek na ładunki, dałam kapelusz, kij i zwitek papieru, i pozwoliłam wędrować po całym domu — od piwnicy, która była „Grodem zniszczenia“ aż do dachu, gdzie składałyście wszystkie swe ładne rzeczy, aby stworzyć „Gród niebiański.“
— Jakież to było zabawne, zwłaszcza kiedyśmy się wybierały na lwy, na walkę z Apollyonem i z wilkołakami, które znajdowały się w dolinie — rzekła Ludka.
— Lubiłam miejsce, gdzieśmy zdejmowały ładunki i ciskały ze schodów, — odezwała się Małgosia.
— A dla mnie najlepsza chwila była, kiedyśmy wychodziły śpiewając z radości wśród promieni słońca, na płaski dach, gdzie były kwiaty, krzewy i inne ładne rzeczy — powiedziała Eliza z uśmiechem, jakgdyby te lube czasy powróciły dla niej.
— Ja niewiele pamiętam prócz tego, żem się bała piwnicy i ciemnego wejścia, ale zato lubiłam ciastka i mleko, któreśmy znajdowały na dachu. Gdyby nie to, żem za duża na takie rzeczy, chętniebym się jeszcze w to bawiła, — rzekła Amelka, która zaczynała mówić o porzuceniu dziecinnych rozrywek w poważnym wieku lat dwunastu.
— Nie jesteśmy na to nigdy za duże, moja droga, bo w ten lub w inny sposób zawsze się w to bawimy. Nasze ładunki są tu, droga jest przed nami, a dążenia do doskonalenia się i do szczęścia są to przewodnicy, którzy nas wiodą przez liczne troski i pomyłki do spokoju, stanowiącego prawdziwy „Gród Niebiański.“ A więc moje małe pielgrzymki, rozpocznijcie to znowu nie żartem lecz serjo, a zobaczymy jak daleko zajdzie każda zanim ojciec wróci do domu.
— Mamo, ale gdzie są naprawdę nasze ładunki? — spytała Amelka, biorąca rzeczy bardzo ściśle.
— Oprócz Elizy, każda z was powiedziała jaki teraz dźwiga ładunek; ona zapewne nie ma żadnego.
— Owszem: talerze, kurze, zazdrość względem dziewczynek, posiadających ładne fortepiany, i lękanie się ludzi.
Elizy ładunek był tak zabawny, że wszystkim chciało się śmiać, ale się powstrzymały, żeby jej nie obrazić.
— Zróbmy tak, — rzekła Małgosia, zamyślając się, — będzie to tylko inna nazwa doskonalenia się, i zabawa ta może nam być pomocną; bo chociaż chcemy być dobre, ciężka to praca, zapominamy się, i nie robimy wszystkiego co jest w naszej mocy.
— Byłyśmy dziś wieczorem w Otchłani Rozpaczy, ale mama przyszła i wydobyła nas. Więc cóż nam wypada teraz czynić? — zapytała Ludka uradowana myślą, że coś romantycznego osłodzi jej nudne obowiązki.
— Zajrzyjcie pod poduszki w poranek Bożego Narodzenia, to znajdziecie książki, które wam posłużą za przewodników, — odpowiedziała pani March.
Podczas gdy stara Anna sprzątała ze stołu, mówiły o tym nowym planie; następnie wydobyły cztery koszyczki do robót, i igły przemykały się po prześcieradłach, które dziewczęta szyły dla ciotki March. Było to niezajmujące szycie, ale żadna nie narzekała tego wieczora. Przyjęły plan Ludki, żeby podzielić długie szwy na cztery części, i nazwać je Europą, Azją, Afryką i Ameryką; w ten sposób poszło im doskonale, zwłaszcza gdy rozmawiały o różnych krajach, wyszywając sobie drogę po nich.
O dziesiątej przestały pracować i jak zwykle śpiewały przed pójściem spać. Jedna tylko Eliza zdołała wydobywać tony ze starego fortepianu, i delikatnie dotykając zżółkłych klawiszów, przyjemnie wtórowała ich prostym śpiewom. Małgosi głos przypominał flet, i ona, wraz z matką kierowała tym małym chórem; Amelka odzywała się jak świerszczyk, a Ludka przeskakiwała z nuty na nutę według upodobania, — to się popisywała zgięciem głosu w niewłaściwem miejscu, to zrobiła tryl w najsmutniejszych tonach. Śpiew ten stał się domowym zwyczajem od ich najwcześniejszych lat, bo matka była z natury śpiewaczką. Jak skowronek śpiewem zaczynała dzień, i kończyła go również, bo dziewczęta nigdy się nie uznawały zbyt duże na tę domową kołysankę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louisa May Alcott i tłumacza: Zofia Grabowska.