Mądra Małgosia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Mądra Małgosia
Pochodzenie Królewna Gęsiarka i inne bajki
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Die kluge Gretel
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
MĄDRA MAŁGOSIA.

Była raz kucharka, imieniem Małgosia. Nosiła buciki z czerwonemi obcasami. Idąc ulicą, obracała się na wszystkie strony wesoła i mówiła sobie:
— Śliczna z ciebie dziewczyna.
Za powrotem do domu z wielkiej radości łyknęła zawsze wina, że zaś wino daje apetyt, przeto kosztowała obficie wszystkiego, co gotowała, wybierając najlepsze kęski i mówiła sobie:
— Kucharka musi wiedzieć, jaki smak mają potrawy.
Pewnego razu powiedział jej pan:
— Małgosiu, dziś wieczór przyjdzie do mnie gość. Przyrządźże dwie tłuste kury, a spiesz się dobrze!
— Dobrze, proszę pana! — odrzekła i wzięła się do roboty. Zarżnęła kury, sparzyła, oskubała, wsadziła na rożen, a gdy nastał wieczór, zaczęła piec przy ogniu. Kury zarumieniły się niebawem i były gotowe, ale gość nie nadchodził.
Małgosia powiedziała panu:
— Jeśli gość zaraz nie nadejdzie, muszę kury zdjąć z ognia. Szkoda wielka, że ich nie można zjeść właśnie teraz, kiedy są najsoczystsze.
— Pójdę sam po gościa! — rzekł pan i wyszedł coprędzej.
Gdy jej znikł z przed oczu, odłożyła na bok rożen i powiedziała sobie:
— Poty na człowieka uderzają, gdy długo stoi przy ogniu. Kto wie, kiedy przyjdą. Skoczę prędko do piwnicy i pociągnę winka.
Skoczyła, podniosła dzbanek do ust i powiedziała:
— Za twoje zdrowie, Małgosiu!
Potem pociągnęła spory haust.
— Człowiek nie chodzi na jednej nodze! — powiedziała znowu i pociągnęła jeszcze lepiej.
Wróciła do kuchni, przystawiła kury do ognia, oblała je masłem i zaczęła znowu kręcić rożen.
Pieczyste woniało ponętnie, przeto Małgosia powiedziała sobie:
— A może coś braknie tym kurom?
Potarła o nie palec, oblizała i rzekła:
— Wyśmienite! To grzech prawdziwy, że niema ich komu zjeść!
Pobiegła do okna, wyjrzała, a nie zobaczywszy nikogo, wróciła do ognia. Po chwili zauważyła, że jedno skrzydełko może się przypalić.
— Lepiej je odciąć, niżby się miało zmarnować, — rzekła, odcięła skrzydełko i zjadła.
Smakowało jej bardzo, pomyślała tedy:
— Muszę odciąć i drugie, inaczej pan spostrzeże, że czegoś brak.
Po zjedzeniu obu skrzydełek podeszła znowu do okna, ale nie dostrzegła nikogo.
— Któż wie, — przyszło jej na myśl — może całkiem nie przyjdą? Może gdzie wstąpili?
Rzekła tedy do siebie:
— Małgosiu, nie bójże się. Kura i tak napoczęta. Popij winka i skończ ją, a będziesz miała spokój! Czemuż ma iść na marne dar boski?!
Pobiegła do piwnicy, łyknęła jak się należy przed jedzeniem, potem zaś z wielkim smakiem zjadła kurę.
Gdy skończyła, a pana jeszcze nie było, Małgosia spojrzała na drugą kurę i powiedziała sobie: /
— Co Bóg złączył, niech człowiek nie rozłącza! Te kury stanowiły parę. Tam, gdzie jedna, musi pójść i druga! Myślę, że nie zaszkodzi mi jeden jeszcze łyk wina!
Wychyliła sporą porcję i zjadła drugą kurę.
Właśnie ją kończyła, gdy nadszedł pan i zawołał:
— Spiesz się, Małgosiu! Gość idzie zaraz za mną!
— Dobrze, proszę pana! Zaraz podam! — odrzekła pełna otuchy.
Pan spojrzał, czy stół nakryty, potem wziął wielki nóż, do rozcinania drobiu służący, wyszedł na ganek i zaczął go ostrzyć.
Tymczasem nadszedł gość i zapukał grzecznie do drzwi.
Małgosia wyjrzała, a zobaczywszy gościa, położyła palec na ustach i szepnęła:
— Cicho! Zmykaj pan co tchu! Mój pan zaprosił pana wprawdzie na kolację, ale zamiarem jego jest, obciąć panu uszy. Nieszczęście będzie, gdy mu pan wpadniesz w ręce! O... słuchajże pan... ostrzy właśnie wielki nóż.
Gość usłyszał odgłos ostrzenia noża i zbiegł coprędzej ze schodów. Małgosia nie leniąc się, pospieszyła do pana i zawołała, łamiąc ręce:
— Ślicznego gościa zaprosił pan na kolację!
— Cóż to znaczy, Małgosiu! — spytał pan.
— To znaczy, że mi porwał z półmiska obie kury, które właśnie niosłam na stół i uciekł z niemi.
— Coś niesłychanego! — zawołał pan, któremu żal było smacznych kur. — Czemuż mi przynajmniej nie zostawił jednej! Cóż teraz będę jadł?!
Zaczął wołać za gościem, by nie uciekał, ale gość udawał, że nie słyszy. Rzucił się tedy za nim w pogoń, trzymając w ręku wielki nóż i wołał:
— Tylko jedno! Tylko jedno!
Miał na myśli jedno kurczę, gość atoli był pewien, że idzie o odcięcie jednego ucha, zmykał tedy jeszcze prędzej, chcąc oba uszy donieść do domu.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Bracia Grimm i tłumacza: Franciszek Mirandola.