Ludwik Lambert/4 listopad

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoriusz Balzac
Tytuł Ludwik Lambert
Pochodzenie Komedya ludzka
Data wydania 1924
Wydawnictwo Biblioteka Boya
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

4 listopad.

„Jestem niezawodnie pochłonięty poważnemi myślami, idę ku pewnym odkryciom, niezwyciężona siła pociąga mnie ku światłu, które wcześnie rozbłysło w ciemnościach mego duchowego życia; ale jak nazwać potęgę, która mi wiąże ręce, zamyka mi usta i ciągnie w kierunku przeciwnym memu powołaniu? Trzeba opuścić Paryż, pożegnać się z bibljotekami, z temi pięknemi ogniskami światła, z uczonymi tak życzliwymi, tak przystępnymi, z tymi młodymi duchami, z którymi sympatyzowałem. Kto mnie odpycha? Przypadek, czy Opatrzność? Dwa pojęcia, zawarte w tych słowach, są nie do pogodzenia. Jeżeli przypadek nie istnieje, trzeba przyjąć fatalizm lub też konieczne współdziałanie rzeczy, poddanych ogólnemu planowi. Czemuż tedy się opierać? Jeżeli człowiek nie jest wolny, co się stanie z rusztowaniem jego ducha? A jeżeli może tworzyć swój los, jeżeli może swoją wolną wolą powstrzymać spełnienie się ogólnego planu, cóż stanie się z Bogiem? Pocom tu przybył? Kiedy się zastanowię, wiem: znajduję w sobie treść do rozwinięcia; ale w takim razie na co posiadam ogromne zdatności bez możności użycia ich? Gdyby moja męka służyła do jakiegoś przykładu, rozumiałbym. Ale nie, cierpię pokątnie. Wynik ten jest równie opatrznościowy, jak los nieznanego kwiatka, umierającego w dziewiczym lesie, gdzie nikt nie poczuł jego zapachu, ani nie zachwycił się jego barwą. Tak samo jak on wydziela daremnie w samotności swoje wonie, tak samo ja rodzę tu na poddaszu myśli, których nikt nie pozna. Wczoraj wieczór jadłem przy oknie chleb i winogrona z młodym lekarzem nazwiskiem Meyraux[1]. Rozmawialiśmy jak ludzie, których nieszczęście uczyniło braćmi; rzekłem doń:
— Ja odchodzę, ty zostajesz, weź moje myśli i rozwiń je!
— Nie mogę, odparł z gorzkim smutkiem, zdrowie moje, zbyt wątłe, nie wytrzyma moich prac: umrę młodo, walcząc z nędzą.
Spojrzeliśmy w niebo, ściskając sobie dłonie. Spotykaliśmy się na kursie anatomji porównawczej i w gabinecie Muzeum, sprowadzeni obaj tem samem studjum: jednością składu geologicznego. U niego było to przeczucie genjuszu, zesłanego aby wytyczyć nową drogę w ugorach myśli; u mnie była to dedukcja z ogólnego systemu. Moją ideą jest określić realne stosunki mogące istnieć między człowiekiem a Bogiem. Czyż to nie jest konieczność epoki? Bez wzniosłych pewników niepodobna nałożyć wędzidła owym społeczeństwom, rozpętanym przez zmysł dociekania i powątpiewania, i krzyczącym dziś: „Czy wiedziecie nas na drogę, którą będziemy zdolni iść, nie spotykając przepaści?“ Spytasz mnie, co ma wspólnego anatomja porównawcza z kwestją tak ważną dla przyszłości społeczeństw. Czyż nie trzeba nabrać przekonania, że człowiek jest celem wszystkich środków ziemskich, aby się zapytać, czy nie będzie środkiem do jakiegoś celu? Jeżeli człowiek jest związany ze wszystkiem, czyż niema nic ponad nim, z czemby się on znowuż wiązał? Jeżeli on jest kresem niewytłómaczonych przemian, które sięgają aż do niego, czyż nie musi być węzłem pomiędzy naturą widzialną a niewidzialną? Działanie świata nie jest niedorzeczne; zmierza do celu, a celem tym nie może być społeczeństwo takie jak nasze. Istnieje straszliwa luka między nami i niebem. W obecnym stanie nie możemy ani wciąż czuć rozkoszy, ani wciąż cierpieć; czyż nie trzeba ogromnej zmiany, aby dojść do nieba i do piekła, dwóch pojęć, bez których Bóg nie istnieje w oczach tłumu? Wiem, że wyplątano się z kłopotu, stwarzając duszę; ale mam jakąś odrazę do tego, aby czynić Boga odpowiedzialnym za ludzkie podłości, za nasze rozczarowania, wstręty, za nasz upadek. Przytem w jaki sposób przyjąć w nas zasadę boską, którą przemóc może parę kieliszków rumu? Jak sobie wyobrazić niematerjalne zdatności, na które materja oddziaływa, których działanie może być zawieszone granem opjum? Jak wyobrazić sobie, że będziemy czuli jeszcze wówczas, gdy będziemy odarci z warunków czucia? Czemu Bóg miałby zginąć przez to, że materja jest myśląca? Czyż ożywienie substancji i jej niezliczone odmiany, objaw jej instynktów, są mniej niewytłómaczone niż objawy myśli? Czy ruch wdrożony światom nie wystarcza aby dowieść Boga, bez niedorzeczności spłodzonych przez naszą pychę? Że ze znikomego istnienia przechodzimy, po wielu próbach, do lepszego bytu, czyż to nie dosyć dla stworzeń, które różnią się od innych jedynie pełniejszym instynktem? Jeżeli nie istnieje w świecie moralnym zasada, któraby nie prowadziła do absurdu lub nie kłóciła się z oczywistością, czyż nie czas puścić się na szukanie dogmatów wypisanych w samej istocie rzeczy? Czy nie trzebaby wywrócić na nice wiedzy filozoficznej? Bardzo mało zajmujemy się rzekomą nicością która nas poprzedziła, a grzebiemy się w rzekomej nicości która nas czeka. Czynimy Boga odpowiedzialnym za przyszłość, a nie żądamy odeń żadnego rachunku z przeszłości. A przecież równie potrzebnem jest wiedzieć, czy nie tkwimy jakimś korzeniem w przeszłości, co wiedzieć, czy jesteśmy spojeni z przyszłością. Byliśmy dotąd deistami lub ateuszami tylko z jednej strony. Czy świat jest wieczny? Czy świat jest stworzony? Nie pojmujemy nic pośredniego między temi dwoma twierdzeniami: jedno jest fałszywe, drugie prawdziwe, wybierajcie! Jakkolwiek padnie wasz wybór, Bóg, taki jak go nasz rozum sobie wyobraża, musi zmaleć, co jest równoznaczne z jego zaprzeczeniem. Uczyńcie świat wiecznym: upada wszelka wątpliwość, Bóg musiał go przyjąć. Przypuśćcie, że świat jest stworzony, Bóg nie jest możebny. W jaki sposób spędziłby całą wieczność, nie wiedząc, że poweźmie myśl stworzenia świata? W jaki sposób nie przewidziałby z góry następstw? Skąd zaczerpnął jego istotę? nieodzownie z siebie. Jeżeli świat jest z Boga, w jaki sposób przyjąć zło? Jeżeli zło wyszło z dobra, popada się w absurd. Jeżeli niema zła, czem stają się społeczeństwa ze swemi prawami? Wszędzie przepaści! wszędzie otchłań dla rozumu! Trzebaby tedy przebudować z gruntu wiedzę społeczną. Posłuchaj, wuju: póki jakiś wspaniały genjusz nie uświadomi oczywistej nierówności między inteligencjami, póty ogólny sens ludzkości, słowo Bóg, będą wciąż podawane w wątpliwość; społeczeństwo będzie się wznosiło na ruchomym piasku. Tajemnicę rozmaitych stref moralnych, w których wędruje człowiek, znajdzie się w analizie świata zwierzęcego. Do dziś rozpatrywano świat zwierzęcy jedynie w jego różnicach, a nie w jego podobieństwach; w jego kształtach organicznych, a nie w jego zdatnościach. Zdatności zwierzęce doskonalą się krok po kroku, wedle praw które należałoby zbadać. Właściwości te odpowiadają siłom które je wyrażają, a te siły są nawskroś materjalne, podzielne. Zdatności materjalne! Zważ te dwa słowa. Czyż to nie jest kwestja równie nie do rozwiązania, jak kwestja udzielania ruchu materji, niezgłębiona jeszcze otchłań, której trudności system Newtona raczej przemieścił, niż rozwiązał? Wreszcie stała kombinacja światła ze wszystkiem co żyje na ziemi, wymaga nowego zbadania globu. To samo zwierzę niepodobne jest do siebie w tropikach, w Indjach, a na Północy. Między promieniami słonecznemi prostopadłemi a skośnemi rozwija się natura, różna zarazem i jednaka, która, tażsama w swojej istocie, odmienna jest tu i tam w swoich wynikach. Objaw, który bije w oczy w świecie zoologicznym, kiedy porównujemy motyle bengalskie z europejskiemi, jest jeszcze o wiele jaskrawszy w świecie moralnym. Trzeba pewnego określonego kąta twarzowego, pewnej ilości zwojów mózgowych, aby otrzymać Kolumba, Rafaela, Napoleona, Laplace’a lub Beethowena; dolina bez słońca wydaje kretynów: wyciągnijcie stąd konkluzje. Skąd te różnice zależne mniej lub więcej korzystnego wnikania światła w człowieka? Te wielkie cierpiące masy ludzkie, mniej lub więcej czynne, mniej lub więcej syte, mniej lub więcej oświecone, stanowią trudności nie do rozwiązania i krzyczące przeciw Bogu. Dlaczego w najwyższej radości chcemy zawsze opuścić ziemię, skąd ta chęć wzlotu, która ogarnęła, która będzie ogarniać wszelkie stworzenie? Ruch jest wielką duszą, której związek z materją jest równie trudny do wytłómaczenia, jak wytwarzanie się myśli w człowieku. Dziś wiedza jest jedna; niepodobna tknąć polityki, nie zajmując się kwestją moralną; kwestja zaś moralna wiąże się ze wszystkiemi kwestjami naukowemi. Zdaje mi się, że jesteśmy w przededniu wielkiej bitwy ludzkiej; siły są, nie widzę jedynie generała...“

Przypisy

  1. Stracone złudzenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.