Listy z więzienia (do Roberta Ross’a)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Oscar Wilde
Tytuł Listy z więzienia
Podtytuł (do Roberta Ross’a)
Pochodzenie De Profundis
Data wydania 1922
Wydawnictwo „Vita Nuova”
Druk „Oświata“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe Listy...
Pobierz jako: Pobierz Całe Listy... jako ePub Pobierz Całe Listy... jako PDF Pobierz Całe Listy... jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
I.
6 stycznia 1896 r.

Rozważ teraz moją sprawę, drogi mój R. — Nie wątpię, że żona moja, którą cechuje tak szlachetna wspaniałomyślność w sprawach pieniężnych, zwróci wyłożone za mnie 75 funtów. Propozycja musiałaby jednak wyjść ode mnie, a wiesz dobrze, jak przykro mi jest przyjmować od niej cośkolwiek po za rentą; mogę przyjmować to, co dają mi ludzie, powodowani miłością dla mnie lub serdeczną przyjaźnią; nie mógłbym wszakże zdecydować się na przyjęcie czegoś, ofiarowanego mi niechętnie lub z rozmaitemi zastrzeżeniami. Wolałbym raczej zupełnie uwolnić żonę moją od wszelkich zobowiązań względem mnie. Mogłaby w takim razie wyjść powtórnie za mąż, gdyby chciała. Mam w każdym razie nadzieję, że, będąc wolną, pozwoliłaby mi od czasu do czasu widywać dzieci. Tego jedynie pragnę. Przedewszystkiem jednak chcę zwrócić jej wolność. Powinienem to zrobić, jak robi człowiek uczciwy: z poddaniem i pokorą.
Zastanów się raz jeszcze, do czego doprowadził twój nieopatrzny krok, i, po dojrzałym namyśle, napisz mi, do jakich doszedłeś co do tego wniosków ty sam, i co mówią o tem inni. Intencje twoje były, rozumie się, jaknajlepsze, pogląd twój wszakże był zupełnie fałszywy. Mogę powiedzieć szczerze i uczciwie, że utrwala się we mnie coraz bardziej przekonanie o pożytku wszystkiego, co przynosi nam życie. Może jest to filozofja złamanego serca, może religja, a może tępa obojętność rozpaczy. Wszystko mi jedno, co jest źródłem tego uczucia, wiem tylko, że tkwi ono we mnie głęboko i silnie. Niesprawiedliwością byłoby z mojej strony przykuwanie do siebie żony wbrew jej woli. Pragnie ona wolności nie bez powodu. Czułbym się też szczęśliwym, gdybym mógł się obejść bez jej pomocy pieniężnej. Być na jej utrzymaniu jest hańbą. Poradź się co do tego M. Powiedz mu, ażeby ci pokazał list, który napisałem do niego. Poproś też w mojem imieniu o radę brata twojego, Alecka. Wierzę w jego praktyczny rozum.
A teraz przejdźmy na inny temat. Nie miałem możności podziękowania ci za książki, na które czekałem z takiem upragnieniem. Zabroniono mi czytania gazet. Możesz sobie wyobrazić, jak boleśnie to odczułem; zachwycony byłem natomiast powieścią Meredith‘a. Jaka zdrowa natura artystyczna! Zgadzam się z nim zupełnie, kiedy broni zdrowia, jako podstawowej cechy beletrystyki, dotychczas bowiem — zarówno w życiu jak w literaturze — górowała anomalja. Listy Rosetti‘ego są ogromnie przejrzystem naśladownictwem brata jego. Bądź co bądź, zaciekawiła mnie wyczytana z nich wiadomość, że Melmoth“ mojego stryjecznego dziadka i Sydonia“ matki mojej, należały w młodości do najulubieńszych jego książek. Co się tyczy spisku, jaki miał być utworzony w następstwie przeciw niemu, przypuszczam, że utworzony był on istotnie i że funduszów na ten cel dostarczył jeden z banków. Zachowanie się drozda w alei w Cheyge Walk wydaje mi się mocno podejrzanem, jakkolwiek i William Rossetti mówi: „nie mogłem dopatrzeć się w śpiewie drozdów niczego nadzwyczajnego“.
Listy Stevensona rozczarowały mnie. Czytając je, doszedłem do niezłomnego przekonania, że niema gorszego środowiska dla pisarza romantyka, aniżeli okolica romantyczna. Gdyby Stevenson mieszkał przy ulicy Gower, mógłby napewno napisać książkę w rodzaju Trzech Muszkieterów“, natomiast, zamieszkując wyspę Samoa, pisał do Times‘a listy o Niemcach. Dostrzegam też wyraźne wskazówki, jakich ciężkich walk wymaga życie naturalne. Kto rąbie drzewo, na własny lub cudzy użytek, nie jest obowiązany umieć opisywać to. Bowiem życie naturalne jest w zasadzie życiem podświadomem...

∗             ∗

Smutna ta książka nauczyła mnie niejednego; gdybym też resztę mojego życia spędził w kawiarni przy czytaniu Baudelaire‘a, byłby ten sposób życia naturalniejszym, aniżeli, gdybym zabrał się do naprawiania płotów lub sadzenia drzew kakaowych w mule nadbrzeżnym.
En Route“ Huysmans‘a stanowczo jest przechwalone. To tylko dziennikarstwo. Nie słyszę ani jednego dźwięku z całej tej opisywanej przez niego muzyki. Temat czarujący, ale styl pozbawiony wszelkich walorów artystycznych, pospolity, martwy. Język gorszy jeszcze niż Ohnet‘a, który usiłuje przynajmniej być banalnym, co mu się najzupełniej udaje. Huysmans, natomiast, stara się nie być banalnym — i nie udaje mu się to...
Powieść Tomasza Hardy czytałem z prawdziwą przyjemnością, a powieść Haralda Fryderyka daje dużo ciekawego materjału...
W więziennej bibljotece brak zupełnie powieści, które mogliby czytać biedni moi towarzysze zamknięcia. Chciałbym też dostarczyć im chociażby tuzina dobrych książek, takich jak: Stevenson‘a, (niema tutaj nic, oprócz Czarnej Strzały“), Jacka Austin‘a (niema także), kilka powieści Thackeray‘a (niema ich wiele), kilka dobrych rzeczy w stylu Dumas‘a ojca, jak np. Stanley Veyman‘a oraz innych współczesnych młodych pisarzy. Mówiłeś mi o jakimś protegowanym Hunley‘a. Może dołączyć do tego zbioru kogoś z koła Antony Hope‘a? Po Wielkiejnocy mógłbyś sporządzić całkowity spis, mniej więcej około 14-u tomów i postarać się, aby mi je przysłano. Będą się one podobały tym niewielu, którzy nie przypisują wielkiego znaczenia dziennikowi Goncourt‘ów.
Pamiętaj jednak, że chcę sam zapłacić za te książki. Z przerażeniem myślę o tem, że, po powrocie do świata, nie będę miał na własność ani jednego dzieła. Czy zechce każdy z przyjaciół moich obdarzyć mnie dwoma lub trzema tomami? Wiesz, naturalnie, o jakich książkach myślę: Flaubert, Stevenson, Baudelaire, Maeterlinck, Keats, Dumas-ojciec, Marlowe Chatterton, Coleridge, Anatole France, Gautier, Dante i cała o nim literatura, Goethe i cała literatura o Goethe‘em i t. d. Uważałbym za największy dowód przyjaźni z waszej strony, gdyby książki te mogły być przygotowane dla mnie; byłbym rad, gdyby się okazało, że mam jeszcze przyjaciół, którzy chętnie wyświadczą mi tę przysługę.
Możesz mi odpowiedzieć długim listem, w którym będzie mowa o sztukach teatralnych i książkach. Twój sposób pisania w ostatnim liście był straszny, jak gdybyś pisał trzytomową powieść o niepokojącem szerzeniu się ideałów komunistycznych wśród bogaczów, lub też jak gdybyś marnotrawił w inny sposób młodość twoją, która była zawsze tak obiecującą i jest nią w dalszym ciągu. Gdybyś uważał, że jestem niesprawiedliwym względem ciebie, przypisz to chorobliwemu rozdrażnieniu mojemu, spowodowanemu długiem odcięciem od świata. Ale, proszę cię, pisz wyraźniej, mogłoby bowiem zdawać się, że coś ukrywasz.
W liście tym jest pewnie dużo rzeczy ohydnych. Muszę jednak nagadać na ciebie trochę przykrych prawd przed tobą samym, a nie przed innymi. Daj mój list do przeczytania M. Spodziewam się, że G. odwiedzi mnie w sobotę. Pokłoń się ode mnie A. K. i żonie jego, w której znajduję dużo podobieństwa do żony Rossetti‘ego: ma te same przepiękne włosy, ale posiada, rozumie się, daleko więcej czaru, chociaż i żona Rossetti‘ego jest pełna wdzięku, tak samo jak jej poemat: „Ia“.

Zawsze twój
Oscar.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Oscar Wilde i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.