Liść pokrzywy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Liść pokrzywy
Podtytuł Urywek z romansu kryminalnego à la Walery Przylasowski.  Rozdział CLXXXVII
Pochodzenie „Kolce“, 1876, nr 9
Redaktor J. M. Kamiński
Wydawca A. Pajewski i F. Szulc
Data wydania 1876
Druk Aleksander Pajewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


LIŚĆ POKRZYWY.
Urywek z romansu kryminalnego à la Walery Przylasowski.
Rozdział CLXXXVII.





. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W tem miejscu protokulista kichnął. Zanim inspektor policji zdołał wymówić — na zdrowie! dwie świece stearynowe zgasły.
Kopalski kichał silnie...
Ciemność zaległa izbę, w której prowadzono śledztwo.
Sołtys zawołał: baczność!, i dwaj stróże nocni pilnujący aresztowanych, skrzyżowali we drzwiach dwie pałki celem przeszkodzenia możliwej ucieczce podejrzanych indywiduów.
Ohydna ciemność panowała w stancji, potworne milczenie powiększało okropność chwili.
W atmosferze izby czuć było zbrodnię, ciemność powiększała zgrozę.
Kopalski sięgnął do kieszeni:
Przypomniał on sobie, że kiedyś nosił zapałki.
Tym razem nie włożył do kieszeni pudełeczka, w którem zwykł je nosić.
Ale nieprzewidziane są zrządzenia losu.
Protokulista szukał zapałek.
Macał po stołach i po stołkach, pragnął znaleźć choćby jeden kawałek fosforu.
Gdyby miał pod ręką pakę z dynamitem, nie wahał by się uderzyć w nią pięścią, aby rozjaśnić potworne cienie izby...
Sołtys byłby skrzesał ognia krzesiwkiem, ale w tej chwili zażywał tabakę.
Trudno było pogodzić dwie czynności tak sprzeczne...
Protokulista wciąż macał.
Nareszcie, jakiś przedmiot mięki i lekki nasunął mu się pod rękę....
Uczuł kłucie w palcach, i zdawało mu się, że schwycił nitkę zawikłanego kłębka zbrodni.
Nie widział co trzyma w ręku, ale trzymał, — a im mocniej ściskał, tem przypuszczenia jego przybierały wyraźniejsze kształty.
Nie była to logika, nie był dowód, ale było przeczucie.
On znał ważność przeczucia.
Wiedział, że w każdej zbrodni, należy szukać kobiety.
Teraz zdawało mu się, że trzyma tę kobietę za suknię.
Zdawało mu się, że chociaż przedmiot który trzymał w ręku, był kolący i niepodobny do sukni.
Trzymał w palcach ślad, wyraźny ślad zbrodni okropnej, której sprawcę, bądź co bądź, postanowił odszukać.
Ten ślad parzył go.
Ale protokulista był dzielny.
Pomimo bólu nie wypuszczał z rąk śladu...
— Ognia! krzyknął z wściekłością.
Dwóch gajowych pilnujących podwórza wypaliło z gwintówek — jednocześnie do izby wpadły dwie zasmolone dziewczyny, z kagankami w dłoniach.
Zapalono świece.
Protokulista zbliżył się do stołu.
— Już go mam! szepnął do inspektora policji.
Inspektor spojrzał znacząco.
Protokulista złożył na stole liść.
Patrzył długo na zieloną jego powierzchowność, i marzył o tem, jak nieraz małe rzeczy prowadzą do wielkich odkryć.
— Będę wielkim jak Lecoq, myślał sobie, a autor, który opisze moje odkrycie, wsławi się bardziej niż Gaboriau.
— Poprosić doktora, rzekł.
Po chwili lekarz wszedł do izby.
— Czy panu znanym jest liść tej rośliny?
— Bardzo dobrze.
— Nie wątpiłem o tem, rzekł Kopalski, spoglądając na inspektora, a potem zwrócił się do lekarza:
— Czy nie byłbyś pan łaskaw, zadyktować do protokułu swe zdanie o tym liściu nieszczęsnym, uprzedzam pana jednak, że zdanie to jest niesłychanie ważnem, jesteśmy na tropie.... przed nami jest ciemny Labirynt — przedewszystkiem więc, rzekł maczając pióro, co to jest za roślina?
— Należy do rodzaju pokrzywowatych, Urtica urens, pokrzywa parząca...
Protokulista zamyślił się.
— Przysięgam, rzekł, że zbrodnia nie mogłaby się ukryć w fijołku — obrzydliwą pokrzywę owiał ohydny oddech przestępstwa.
— Co więcej panie konsyljarzu?
— Zdaje się, że to już wszystko, co mogłem o tym liściu powiedzieć — są jeszcze pokrzywy jawańskie i indyjskie, Urtica urentissima, crenulata, stimulans...
— Dosyć — jak dawno ten liść może być zerwany?
— Przypuszczam, że nad ranem.
— Akurat w godzinę zbrodni — kto tu był o piątej rano? zapytał protokulista sołtysa.
— Magda, odrzekł stanowczo zapytany.
— Zawołać tę dziewczynę.
Do izby weszła dziewczyna silnie zbudowana, wejrzenie miała niepewne, oczy spuszczała ku ziemi, czerwone jej ręce mogłyby zamordować atletę.
— Jak się nazywasz? zapytał protokulista.
— Magda.
— Ale nazwisko twoje?
— Po matce Chrabąszczanka.
— Ale jak się twój ojciec nazywał?
— A tatulo, to się przezywał Jędruch Pędrak.
— Więc Magdaleno Pędrak, ile masz lat?
— Będzie na Gody dwadzieścia...
Tak młoda i już zbrodniarka, pomyślał protokulista.
— Coś robiła w tej izbie o godzinie piątej rano?
— A dyć dopraszam się łaski prześwietnego sądu, to bez tę Pietrową gospodynię musiałam...
— A więc byłaś namówioną do tego...
— Ale namówioną! kiedy mi ta Pietrowa gospodyni pięściami wygrażała.
— Więc działałaś pod przymusem?
— Nie przymusem prześwietny sądzie, ino sprawiedliwie siekacem.
— Jakto siekaczem! takim tępem narzędziem zamordowałaś człowieka?
— O la Boga Świętego, a dyć ja siekałam zielsko dla wieprzka, bo mi gospodyni tak kazała...
Inspektor policji uśmiechnął się znacząco — protokulista wpadł w głęboką zadumę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Klemens Junosza.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.