Książka z obrazkami bez obrazków/Dwudziesty czwarty wieczór

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Książka z obrazkami bez obrazków
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Jadwiga Przybyszewska
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Dwudziesty czwarty wieczór.

Słuchaj, co księżyc opowiadał: „Przed wielu laty zajrzałem raz tu, w Kopenhadze, przez okno do ubogiej izdebki. Ojciec i matka spali, ale mały chłopak nie spał; widziałem, jak perkalowa, kwiecista firanka u łóżka poruszyła się, i wychyliła się główka dziecka. Myślałem zrazu, że patrzy na bornholmski, pokojowy zegar; był przecież tak barwnie pomalowany, czerwono i zielono, u góry siedziała kukułka, ciężkie ołowiane wagi zwieszały się nizko, a wahadło z błyszczącą mosiężną tarczą poruszało się „tik, tak, tik, tak.“ Ale nie w tym kierunku patrzył chłopak, tylko na kołowrotek matki, który właśnie stał pod zegarem. To był dla chłopaka najulubieńszy sprzęt w całym domu, ale nie wolno mu było poruszać go, bo dostawał po palcach; kiedy matka przędła, mógł całemi godzinami siedzieć i patrzeć na warczące wrzeciono i świszczące koło, a przytem snuły mu się po główce takie dziwne myśli. Ach, gdyby jemu wolno było też prząść na kołowrotku! Ojciec i matka spali; spojrzał na nich, potem na kołowrotek, chwilkę potem wystawił z łóżka jedną, małą, gołą nóżkę, potem jeszcze jedną, dwie bose nogi pokazały się i bums, stał na podłodze. Jeszcze raz się oglądnął, czy ojciec i matka śpią; tak, spali. Podszedł cicho, cichutko, tylko w krótkiej koszulce do kołowrotka i zaczął prząść; rzemień spadł z koła, i koło tem szybciej się obracało. Całowałem jego żółte włosy i jasnoniebieskie oczy, był to śliczny obrazek. Teraz zbudziła się matka, zasłona poruszyła się, wyjrzała i sądziła, że to kobold, albo jakieś inne, małe straszydło. „W imię Boże!“ rzekła i trąciła przestraszona swego męża; ten otworzył oczy, przetarł je dłonią, spojrzał na małego, pilnie pracującego chłopca. „To przecież nasz Bertel,“ odrzekł spokojnie.
„A moje oczy odwróciły się od ubogiej izby — widzę przecież tak daleko naokół! Spojrzałem w tej samej chwili do sal Watykanu, gdzie stoją marmurowe bóstwa; rzuciłem promienie swe na grupę Laokoona, kamień zdawał się wzdychać; wycisnąłem cichy pocałunek na piersi Muzy, zdawało mi się, że się podniosła. Ale najdłużej zatrzymały się moje promienie przy olbrzymim bogu, na grupie Nilu. Wsparty na sfinksie, leżał tak pełen głębokiej zadumy, jakby myślał o upływających latach; naokół niego igrały małe amorki z krokodylami; w rogu obfitości siedział z założonemi rękoma, patrząc na bożka Nilu, mały Amor, wierny obraz małego chłopca przy kołowrotku, były to te same rysy. Żywy i pełen wdzięku stał mały chłopak z marmuru, a przecież więcej jak tysiąc lat bieg czasu zakreślił, odkąd powstał z kamienia. Właśnie tyle razy, ile razy chłopak w ubogiej izdebce swój kołowrotek obracał, obróciło się, warcząc, wielkie koło czasu, i jeszcze warczy, zanim jakieś stulecie stworzy podobnych tym bogów z marmuru.
„Uważaj, to wszystko było przed wielu laty. Wczoraj,“ ciągnął dalej księżyc, „spojrzałem na jedną zatokę, na północnym wybrzeżu Zelandyi, na wspaniałe lasy, na wysokie nasypy, na stary zamek z czerwonymi murami i łabędziami w fosach wodą napełnionych i na małe miasto z jego kościołem wśród owocowych sadów. Mnóstwo łodzi, wszystkie z pochodniami, snuło się po cichej powierzchni wody; ale nie dla połowu węgorzy płonęły pochodnie, nie, była to uroczystość. Muzyka rozbrzmiewała, śpiewano pieśni, a w pośrodku jednej łodzi stał ten, któremu składano hołd: wysoki, silny mężczyzna, w szerokim płaszczu, o niebieskich oczach i długich białych włosach; znałem go i myślałem o Watykanie z grupą Nilu i o wszystkich marmurowych bóstwach, myślałem o małej, ubogiej izdebce, zdaje się w ulicy Grönnen, gdzie mały Bertel siedział w krótkiej koszulce i prządł. Koło czasu obróciło się; nowi bogowie z kamienia powstali. Z łodzi rozległ się okrzyk: „Niech żyje Bertel Thorwaldsen!“



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Jadwiga Przybyszewska.