Kruszenie kamienia/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Kruszenie kamienia
Data wydania 1936
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo)
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII.

Nazajutrz, czując ciężar w głowie, Nesser obudził się późno. Nie pamiętał, w jaki sposób dostał się do domu po burzliwej nocy. Przy kawie, przerzucając dzienniki, w jednym z nich znalazł przedruk swego feljetonu; uśmiechał się pogardliwie i przewracał karty bezwiednie, nie czytając nawet. Nagle zatrzymał wzrok na dużem ogłoszeniu, zajmującem pięć kolumn.
— Wielka fabryka wytwornej bielizny „Astra“ — przeczytał.
— Marja Louge, drżąca przed samotnością hafciarka... — szepnął i ujrzał jak przez mgłę patrzące na niego z zachwytem duże, niebieskie oczy dziewczyny, zbyt jaskrawo ukarminowane usta i w nieładzie wymykające się z pod kapelusza kosmyki jej bezbarwnych włosów. Rzucił okiem na adres i, nie zdając sobie sprawy, natychmiast wyszedł z domu. Zawołał dorożkę i kazał wieźć się do fabryki „Astra“.
— Dwunasta dochodzi... — mruczał, patrząc na zegarek. — Może spotkam dziewczynę w przerwie obiadowej?
Stał przed gmachem i czekał. Z bramy wybiegały młode i stare kobiety, dziewczyny, nawet dzieci. Wszystko pędziło co tchu, aby po posiłku zdążyć na czas do warsztatów. Młode dziewczyny, wychodząc poza bramę, oglądały się, szukając kogoś. Do niektórych podbiegali młodzieńcy i, obejmując je, szli razem do pobliskiej „buvette“, gdzie przy ladzie wypijali filiżankę kawy lub szklankę piwa, zagryzając przyniesionym z domu kawałkiem chleba lub ciastkiem. Powracali, trzymając się za ręce, szepcąc sobie do ucha słowa miłosne i długo całując się na pożegnanie przy bramie fabrycznej.
Nesser napróżno wyglądał Marji Louge. Nie spostrzegł jej w tłumie wychodzących robotnic. Zbliżył się wreszcie do dwuch roześmianych dziewcząt i zapytał o swoją znajomą.
— Marja Louge? — zawołała jedna. — Hafciarka? Miała dziś przerwę w pierwszej zmianie, od jedenastej. Teraz jest już w pracowni.
— Może panie będą tak uprzejme i powiedzą swojej koleżance, że jej znajomy z pociągu będzie oczekiwał na nią wieczorem przy bramie. Robota się kończy o siódmej, nieprawdaż? — spytał.
— Tak, o siódmej! — odparła, przekornie spoglądając na niego, jedna z robotnic. — Powiemy pannie Louge... Ho! Ho! Jakiego wytrzasnęła sobie „wujka“... Taka mokra kura, patrzcie — no!
Nesser chciał zaprotestować, lecz dziewczęta z głośnym śmiechem już biegły, śpiesząc do pracy.
— Głupie gęsi, tylko chłopa mają na myśli! — mruknął reporter i zamierzał zakląć, lecz powstrzymał się i pomyślał:
— Marzą o protektorach i przyjaciołach, bo też napewno wolą to, niż samotność lub ulicę...
Poszedł do redakcji i zapukał do gabinetu redakcyjnego. Rumeur siedział przy biurku zatopiony w rachunkach.
— Szefie! — rzekł Nesser. — Chcę prosić, aby redakcja posłała mnie do Rosji. Będzie to pana mniej kosztowało...
— Jakto?! — zawołał przerażony redaktor. — A któż ma obsługiwać nasz front? Nie, to jest niemożliwe!
— Na naszym froncie prawdopodobnie przez czas dłuższy będzie się ciągnęła wojna pozycyjna. Można tam posłać którego z szeregowych współpracowników — powiedział Nesser. — Tymczasem z Rosji potrafiłbym wypompować rzeczy ciekawe! Tym krajem społeczeństwo nasze przecież żywo się interesuje.
Długo jeszcze trwała narada w gabinecie Rumeura. Wychodząc, reporter zatrzymał się przy progu i pożegnał swego szefa słowami:
— Do jutra! Dziękuję za zgodę pana na moją propozycję i przepraszam, że dziś już nie wpadnę do redakcji, panie Rumeur. Mam wieczorem spotkanie z...
— Ależ najzupełniej rozumiem! — zatrzepotał rączkami redaktor. — Po długim pobycie na froncie należy się panu...odciążenie, drogi przyjacielu!
Podniósł się na końcach palców i szepnął mu coś do ucha. Nesser zmierzył go pogardliwem spojrzeniem od stóp do spoconej łysiny i syknął przez zęby:
— Ciężki ma pan dowcip, redaktorze!
Zatrzasnął drzwi za sobą i zbiegł ze schodów. Zjadł naprędce śniadanie w dobrze mu znanej od lat restauracyjce i błąkał się potem bez celu po mieście. Stawał przed wystawami sklepów, wchodził do otwartych księgarń, przeglądał książki i broszury. Chciał skrócić czas oczekiwania i co chwila spoglądał na zegarek. Czas wlókł mu się nielitościwie wolno. Do siódmej pozostawało jeszcze całe cztery godziny!
Nie wiedział co ma z sobą robić. Czuł się zmęczony bezcelowym krążeniem po ulicach. Nie chciał jednak powracać do domu. W normalnym czasie bez określonego celu nigdy nie przechadzał się ulicami, co go drażniło, dając ciągle powody do złośliwych, budzących nienawiść i pogardę spostrzeżeń. Przypomniał sobie jednak park Luxemburski. Było to jedyne miejsce jego spacerów. Lubił bywać tam, gdzie się zbierały tłumy dzieci. Umiał nawiązywać z niemi rozmowę, bawił się, biegał i czuł się zawsze wyśmienicie i spokojnie. Dawniej przychodził do parku prawie codziennie. Stawało się to jego nałogiem, potrzebą życiową. Wypoczywał, otoczony roześmianą, przedsiębiorczą, ruchliwą gromadką dzieci. Kojąco działały na niego proste, szczere, niczem nie skrępowane myśli dzieciaków. Umiał przemawiać do nich i wzbudzał zaufanie do siebie. Dzieci znały go i z niecierpliwością oczekiwały przyjścia przyjaciela. Otaczały go natychmiast hałaśliwą, wesołą czeredą i wołały, skacząc i wykrzykując nazwy gier. Nesser, uczęszczający niegdyś do szkół angielskich w Kanadzie, gdzie zwracano uwagę na wychowanie fizyczne, uczył francuską dziatwę nowych zabaw i ćwiczeń na świeżem powietrzu.
Przypomniawszy sobie to wszystko, obejrzał się. Przechodził właśnie wielkie bulwary, wpobliżu redakcji „Matina“. Przebiegł jezdnię i wskoczył do dorożki.
— Park Luxemburski! — krzyknął furmanowi.
W alejach pięknego parku spostrzegł tłumy dzieci. Chłopaki, a nawet dziewczynki bawiły się w wojnę. Drewniane karabiny, szable, łuki, mosiężne hełmy gwardji republikańskiej, rewolwery, strzelające papierowemi kapiszonami, sztandary, opaski Czerwonego Krzyża widniały wszędzie.
— Ha! — uśmiechnął się Nesser. — Militaryzm i tu wkroczył zwycięsko!
Usiadł na ławce przy schodach, zbiegających ku basenowi z fontanną, i zapalił fajkę. Dzieci, nie poznając go, przebiegały, goniąc się z podniesionemi karabinami i pałaszami. Reporter przysłuchiwał się głośnym okrzykom.
— Jestem generał Foch! Ho, ho! On — najlepszy dowódca i powinien być mianowany marszałkiem, tak mi powiedział tatuś, a przecież tatuś wie, bo jest pułkownikiem!
— Nie! Marszałek Joffre tęższy od Focha! On pobił „boszów“ nad Marną! — rozległ się głos innego chłopca. — A generał Gallieni to zły? — zapytał trzeci. — O, Gallieni!
Chłopcy zaczęli sobie skakać do oczu, czego nigdy nie czynili prawdziwi Foch, Joffre i Gallieni i dlatego zapewne wygrali sławną bitwę na olbrzymim froncie.
— Zbierajcie się do kupy! — wołała mała, czupurna dziewczynka. — Idziemy na odsiecz Reimsowi...
Nesser zaśmiał się głośno na widok drobnej postaci malutkiej Joanny d’Arc.
— Nie! Na Berlin! Pokażemy „boszom“ naszą siłę! — krzyknął jakiś wątły chłopak o śniadej, oliwkowej twarzyczce.
— Racjonalnie patrzy na sprawę ten czarny bęben! — pomyślał reporter. — Ma poglądy takiegoż samego śniadego Jimmy Brice’a!
Skrzywił się nerwowo na to wspomnienie.
— Hurra! — rozległy się nagle krzyki dzieciaków, które pobiegły ku bramie parkowej, wymachując chorągiewkami i szablami. — Hurra!
Reporter spojrzał i znowu śmiać się zaczął. Główną aleją maszerowało pięciu chłopców, ubranych w szaro-zielone mundury i czapki angielskie. Długie, proste pałasze wlokły się z brzękiem po ziemi.
— Hurra! Przybywają angielskie posiłki! Niech żyje French! Hurra, Haig!
Zabawa rozpoczęła się z nowem ożywieniem. Jeden z przebiegających chłopców poznał Nessera i stanął przed nim.
— Monsieur! — rzekł, rumieniąc się. — Monsieur długo nie przychodził do parku...
— Byłem na wojnie, mój mały przyjacielu, — odpowiedział reporter.
— Pan się też bił?! — zawołał chłopak radosnym głosem. — Może pan otrzymał ranę i został udekorowany medalem?
— Nie, mój mały, byłem tam, aby opisać wojnę w dzienniku...
— O — o! — krzywiąc usta i pogardliwie wzruszając ramionami, szepnął chłopak, — to inna rzecz! A mój tatuś był na wojnie i został zabity!...
Wymówił to ze smutkiem, lecz i z dumą zarazem. Wysoko podniósł głowę i jakimś majestatycznym ruchem dotknął żałobnej opaski na rękawie kurteczki.
— Tatuś poległ na polu chwały podczas ataku na bagnety! — dodał z jarzącemi się oczami. — Jakie to piękne!
Nesser milczał. Przed oczami zamajaczyło mu pole, biegnące szeregi niebieskich strzelców... Kapitan Langlois. On też padł podczas ataku na bagnety. Nesser poczuł się bardzo małym i zmieszanym wobec tego dziecka z czarną opaską na ramieniu. Wreszcie wyrzekł niepewnym głosem:
— Byłem w niebezpiecznych miejscach — mogłem być zabity...
Chłopak odrazu wyczuł, że ten dorosły pan usprawiedliwia się przed nim; zrozumiał nawet, że jest zmieszany. Ponownie wzruszył ramionami i, obojętnie już patrząc na starego przyjaciela, odparł cicho:
— Bez karabina w ręku?... To się nie liczy...
Kiwnął głową i pobiegł krzycząc:
— René, Jerzy, Franciszku! Zróbmy atak na Berlin! Śmierć „boszom“! Niech żyje Francja!
— Poczekaj na Anglików — odpowiedział mu inny malec, uzbrojony w drewniany karabin. — Razem musimy zdobyć Berlin, bo taka umowa!
— Nie mamy chwili do stracenia! — zaprotestował pierwszy. — Musimy zemścić się na wrogach za śmierć naszych ojców i braci! Marszałek Joffre pozwolił mi poprowadzić wojska do szturmu. On tu jest wodzem!
Zmieszali się w tłumie. Siedząca obok Nessera staruszka złożyła ręce jak do modlitwy i rzekła:
— Takie maleństwo, a ile patrjotyzmu w tem drobnem serduszku! Nie! Francja nie zginie!
Reporter spojrzał na nią. Za grubemi szkłami okularów połyskiwały łzy wzruszenia.
— Tak... — mruknął zdawkowo, lecz w tej chwili przypomniał sobie swoje zmieszanie przed chłopakiem, usłyszał własny niepewny, usprawiedliwiający się głos i gniew go porwał.
— Nie, pani!... — zawołał. — Właśnie ten rozbudzony patrjotyzm może łatwo zgubić Francję. Tak! Tak! Zgubić, moja pani! Wybujałe instynkty wojownicze nie dadzą się bowiem wprowadzić w łożysko pokojowej pracy po wojnie. Czy pani pomyślała o tem, że trzy pokolenia zostały wciągnięte w wir wojny, pogardy dla śmierci — swojej i cudzej. Błahego powodu wystarczy, aby wybuchła nowa WOJNA, albo jeszcze straszliwsza od niej rewolucja! Cóż wtedy będzie z cywilizacją?
Staruszka uważnie przyglądała się mówiącemu. Zacisnęła wargi i niechętnym tonem odpowiedziała:
— Gdy się gasi pożar w domu, któż myśli o tem, jak będą wyglądały poparzone ręce na najbliższym balu? Przeżyliśmy już jedną wojnę z Niemcami, a czyż zagroziła ona naszej cywilizacji, mój panie? Czytałam, że nastąpił po niej niezwykły wybuch umysłowego życia... Zresztą...
Umilkła i opuściła oczy, jakby w obawie przed tym nieznajomym człowiekiem. Nesser podniósł głowę i pytająco spojrzał na nią.
— Zresztą... — powtórzyła, — może pan ma rację, że to straszne: trzy pokolenia, myślące jedynie O WOjnie! A przecież jest to konieczne, jeżeli nie chcemy zginąć i stracić miejsca na świecie... Wiem dobrze, że wojna dopiero teraz — po Marnie staje się popularną... Przedtem nie chcieliśmy wojny... nie wierzyliśmy w możliwość poważnego zwycięstwa nad „boszami“, którzy tak starannie przygotowali się do zbrojnego sporu... Te małe dzieci, udające Focha, Frencha, Joffra, oni są fermentem, działającym na starsze pokolenia. Ich żądza zwycięstwa, duma z odważnych czynów ojców i braci, ich oczy, pełne zachwytu lub wyrzutu. O, panie!... któż się ostoi przed tem?!
Reporter nic już nie odpowiedział. Czuł się nieswojo przy tej staruszce, tak mądrze patrzącej na toczące się przed nią zjawiska. Nie odchodził, aby nie wydać się śmiesznym, nie przyznać się do porażki. Staruszka, czując, że słowa jej wywarły wrażenie, rozgadała się:
— Wojna, to jak oględziny rekrutów. Mój nieboszczyk mąż był wojskowym lekarzem...
Zaśmiała się nagle chytrze, cichutko.
— Opowiadał mi nieboszczyk, że czasem stawali eleganccy panowie, zdobywcy serc niewieścich, a gdy się rozebrali, ukazywali wszystkie swoje wady, niczem już nie sfałszowane i nieprzykryte... chi! chi! I odwrotnie! Staje niezgrabny, pokraczny prostak w szerokich, zawalanych wapnem i gliną portkach, w bluzie robotniczej, lub spadającej z ramion kurcie, uszytej przez matkę na wsi, i o, dziwo! Wyłania się z tych nieforemnych szmat postać jakiegoś bożka greckiego... Bywa tak, bywa! Tak też i na wojnie... Wszystkie fałsze giną... A ileż tych fałszów dokoła nas!
Nesser uważnie słuchał, laską rysując zawiłe znaki na piasku. Odezwał się wreszcie:
— Podług mnie, wojna jest właśnie najstraszniejszym, najbezczelniejszym fałszem! Tchórz w życiu codziennym w obłędzie przerażenia staje się w bitwie bohaterem; prawo zakazuje rozlewu krwi i nieraz za zadanie drobnej rany wrzuca na kilka lat do więzienia; podczas wojny to samo prawo zmusza ludzi do mordu; krzyż przyświeca „cichym w duchu“, a niech się tylko rozlegną pierwsze strzały, i — już ten krzyż świeci nad głowami tych, którzy strzelają do innych, wbijają w brzuchy bagnety; rząd rozżala się nad ciężkim losem bezrobotnych, robotników i nędzarzy, których bez wahania posyła w kilka dni później w objęcia niechybnej śmierci; społeczeństwo troszczy się o podniesienie moralności, o złagodzenie obyczajów i zwalczanie instynktów pierwotnych i to samo społeczeństwo nazywa zdrajcami i zbrodniarzami tych, którzy nie mają chęci wypuszczać wnętrzności sąsiadom ani też sami poddać się tej operacji; wynosimy na szczyty sławy i uwielbienia naszych genjalnych ludzi, lecz oto wybiła godzina wojny, i z całą obojętnością spoglądamy, jak zwłoki tego genjusza wrzucają do jednego dołu z zabitemi wyrzutkami społeczeństwa!
Umilkł i nerwowym ruchem ściągnął rękawiczki. Był zły teraz, że wdał się w rozmowę z jakąś starowiną i to na tak poważny temat. Staruszka, niezmieszana zbyt porywczą mową sąsiada, cichutko się śmiała i szeptała:
— Właśnie! właśnie! Wojna odmiata wszelkie fałsze, wszystko, co nie jest prawdziwem życiem... Odmiata, odrzuca twardą i pewną ręką wszystkie obłudy i wszystkich kłamców... Zmusza społeczeństwo do ukazania swej duszy, nagiej i nie zawsze pociągającej; zniewala chociażby na krótki tylko okres czasu mówić szczerze, myśleć nietylko o sobie, lecz o kompanji swojej, pułku, armji, o całym narodzie! Naród! Jego to pragnienia i jego życie ustalają moralność i prawo... Ludzie są twórcami praw, a nie odwrotnie... Tchórz może być rozpaczliwym szaleńcem, lecz nie bohaterem...
— Niechże pand nie mówi o tem, czego nigdy nie widziała! Znałem kaprala Mollin, anarchistę, wroga Wojny, który umarł bohaterską śmiercią... widziałem innych, setki innych, którzy nigdy o wojnie nie myśleli, a jednak umierali, jak prawdziwi bohaterowie: taki kapitan de Langlois, pułkownik Jimmy Brice, rudy Wells! Co pani może o tem wiedzieć?!
Staruszka jednak nie dała za wygraną, westchnęła i odparła cicho:
— Mój ojciec brał udział w bitwie pod Sedanem... Tak, mój panie! Opowiadał mi nieraz o różnych wypadkach z wojny. Twierdził, że bohaterem jest ten, którego czyny zmieniają nastrój i poglądy towarzyszy, tchórzostwo przekształcają na odwagę, zwątpienie bezsilne — na stanowczość niezłomną...
Poprawiwszy kapelusz, pożegnała sąsiada i odeszła zgarbiona, spokojna. Nesser został sam, pogrążony w myślach. Powtarzał sobie w duchu słowa staruszki i zadawał pytanie:
— Langlois, Brice, rudy John Wells, generał Foch, pod huraganowym ogniem Niemców donoszący spokojnie, że wszystko idzie jaknajlepiej, czy oni są bohaterami? Czy ich czyny zmieniły nastrój i poglądy jego — Nessera, korespondenta „Hałasu Ulicy“?
— Nie! — szepnął. — Myślę tak, jak myślałem przed miesiącem, przed rokiem i jak będę myślał!
W tej samej chwili ujrzał przed sobą wynurzającą się z nieznanej mgławicy głęboką wyrwę od granatu i leżącego nad jej krawędzią olbrzyma o rudej głowie, nurzającej się w kałuży krwi... Któż to, blady i drżący, stąpa śladami motocyklu, i wzrokiem obłąkanym, wbitym w ziemię, szuka miejsca i chwili nagłego zgaszenia czyjegoś życia? Któż to nie może oczu oderwać od zakrwawionej kurty angielskiego pułkownika o śniadej, pięknej twarzy?...
Wpatrywał się uważnie w zjawy, majaczące w pamięci, i nagle szepnął:
— To ja... to ja!...
Przypomniał sobie swój pełen ognistego porywu artykuł, zatytułowany „Pamięci bohaterskiego kapitana de Langlois“, i drugi — „It’s a long, long way to Tipperary“. Pamiętał dobrze, że w oczach czytających go oficerów sztabowych widział łzy.
— Czyżbym łgał tak podle, nikczemnie? — spytał siebie na głos.
— Nie! — odpowiedział natychmiast z siłą i przekonaniem, a nagła radość zalała mu serce.
Z rozrzewnieniem obejrzał się za staruszką, która już dochodziła do bramy. Wstał i poszedł w stronę straszliwie hałasujących dzieci, zdobywających dużą kupę piasku. Był to — „Berlin“. Smagły chłopak z żałobną krepą na rękawie kurtki wbiegł właśnie na szczyt pagórka i zatknął na nim flagę francuską.
— Hurra! — rozległy się krzyki dzieci. — Hurra! Zwycięstwo! Zwycięstwo!
Dzieci zaczęły się rozpraszać. Zabawa była skończona. Nesser podszedł do chłopaka i rzekł poważnie:
— A nie zapomnijcie dla obrony zdobytego Berlina pozostawić bohaterskiego i mądrego generała, bo nieprzyjaciel niezawodnie będzie usiłował odebrać wam swoją stolicę.
Chłopak zwrócił na niego płonące odwagą i podnieceniem oczy i spytał:
— Może Focha? On — najlepszy!
— A może Gallieni? Sarraila? Mannoury? Weyganda? Mangina? Petaina! Franchet d’Espérey? — rozległy się inne głosy.
— Wszyscy oni są bohaterami, bo nie dla siebie walczą i zmieniają nastroje i poglądy innych. Bohaterowie! — szepnął Nesser.
— Tedy musimy wylosować! — zawyrokowała wiotka dziewczynka z opaską Czerwonego Krzyża na czapeczce.
— Doskonale! — rzekł Nesser i poszedł ku bramie.
Bezprzyczynna radość nie opuszczała go. Szedł z uśmiechem na twarzy i błyskami w oczach. Postukiwał laską i pogwizdywał nawet.
— Taki piękny dzień! — rzekł do siebie i spojrzał na niebo.
Zdziwił się. Chmury — szare, postrzępione i ciężkie — nisko zwisały nad ziemią. On jednak widział potężny blask słońca, skrzący się na nagich kasztanach i na starych posągach w alejach parku.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.