Kronika tygodniowa (Sienkiewicz)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Kronika tygodniowa
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza (wyd. Tygodnika Illustrowanego), Tom LXXXI
Data wydania 1906
Wydawnictwo Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Drukarz Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Kronika tygodniowa.
X.
List pana Z. G. do prawników. Łamigłówka. Milczenie. Pociecha filozoficzna i sposoby używane prywatnie. Smutne żarty. Tragikomedya w Miechowie. Wójt i sąd. Spór o kancelaryę. Pojedyńcze akta tragikomedyi. Uroczyste wystąpienie. Skutki wymowy. Ustąpienie. Posępna karawana. Koniec legendy. Obiad składkowy. Ilość jarmarków. Zagadki. Ptaki przelotne. Modrzejewska. Szolc Rogoziński. Pożegnalny odczyt. Wrażenia. Julian Brun. Mój sekretarz. Pobłażliwość czytelników. Co było ciekawego w „Niwie“. Dziwne zestawienia p. Kasznicy. „Słowo“ i oportunizm. „Niwa“ i oportunizm. Nasze przekonania. Wyjaśniona sprawa, w czem „Niwa“ czyni krzywdę pannie Czaki. Sława Merkucya. Poważniejsze zadania. Ideał dziennika. Zdanie, na które mogą się zgodzić zachowawcy i postępowcy.

Pan Z. G. zamieszcza w jednem z pism tutejszych list następujący:
Zapytanie do panów prawników. Ponieważ nieraz ostrzegany byłem przez sąd gminny, że podług prawa niewolno jest brać żadnego fantu od szkodnika lub złodzieja, czyli że np. kradnącemu drzewo w lesie nie można zafantować jego siekiery, pasącemu bydlę w cudzem zbożu nie można tem samem przytrzymać jego bydlęcia, ładującemu cudze zboże na wóz nie można zafantować tymczasowo wozu, — zapytuję zatem panów prawników, których dobro społeczne i egzystencya rolnictwa obchodzi: Jak postępować w wypadkach najczęściej się zdarzających, gdy leśnik napotka w boru złodzieja, ścinającego drzewo, a nieznanego mu z nazwiska, lub polowy dostrzega nieznajomego człowieka, zbierającego w polu skoszoną koniczynę, siano lub zboże. Co winien uczynić rolnik, gdy widzi obcego człowieka, pasącego bydlę w jego pszenicy lub łące, albo zabierającego bez ceremonii żerdzie z płotu? O świadkach mowy być nie może, gdyż rzecz dzieje się zawsze na odosobnieniu, w polach, łąkach, lasach, a nie na wsi czy w mieście, gdzie łatwo o takowych, i mowa tu o rolnikach, których pół miliona w Królestwie nie posiada pilnowaczów i czeladzi, mowa o folwarkach, gdzie zwykle strzeże od szkody jeden polowy i leśnik, zabrać tymczasowo fantu, co doprowadziłoby do wyjawienia nazwiska, nie mają prawa? Kwestya, którą poruszyłem, posiada niepospolitą doniosłość, bo od niej zależy prawie możliwość lub niemożliwość postępu rolniczego i rozwoju kultury, czyli materyalna i duchowa przyszłość kraju. Odwołujemy się przeto do panów prawników z prośbą o radę i odpowiedź: co robić ze spotkanym, a nieznajomym złodziejem lub szkodnikiem w lesie lub polu? w jaki sposób otrzymać wynagrodzenie zrządzonej przez niego szkody? Wszak w kraju, którego podstawę bytu stanowi rolnictwo, muszą być prawa, zastosowane do rolników“.
Na tem kończy p. Z. G. Zadał on prawnikom łamigłówkę nielada, to też, o ile wiemy, żaden z nich nie dał odpowiedzi. Orzech to twardy do zgryzienia, bo istotnie, co robić z nieznajomym złodziejem, jeśli nie można zatrzymać jego siekiery, wozu lub bydlęcia? Czy przedstawić mu się, czekając, by z kolei wymienił własne nazwisko? czy prosić go na obiad i między pieczenią a deserem spytać: kogo mam przyjemność mieć u siebie? czy przemawiać do jego uczuć słowiańskich, czy nakoniec nosić ze sobą przenośny aparat fotograficzny — i fotografować na poczekaniu? Ten ostatni sposób zapełniłby niewątpliwie fizyognomiami pełnemi wyrazu albumy szlacheckie, ale prawdopodobnie okazałby się nie dość skutecznym, jako ochrona lasów, zbóż i płotów. Wszystkie zresztą pożywne środki nie mają nic wspólnego ze sferą prawniczą, widocznie zaś osobiste sposoby nie wystarczają, skoro pan Z. G., pukając do podwoi prawa, mówi: „U drzwi twoich stoję, panie — czekam na twe zmiłowanie“. Ciekawiśmy tylko, jak długo będzie p. Z. G. czekał na odpowiedź i radę skuteczną — i czy zanim ją dostanie, nie porozbierają mu płotów, nie wytną drzewa, nie spasą koniczyny. Utinam sim falsus vates! — bo dotychczas prawnicy milczą, choć wogóle lubią mówić. Nam się wydaje, że, jak niegdyś „miasto zostawiono miastu“, tak obecnie gmina fara da se... Z naszej strony moglibyśmy udzielić i pytającemu i innym poszkodowanym pociechy tylko filozoficznej, to jest polecić im rozmyślanie nad znikomością rzeczy doczesnych. Na szczęście jednak odebraliśmy pewien list z Lubartowskiego, który nam ukazuje skuteczne sposoby w świetle właściwem. Co to jest wójt? Ktoś odpowiedział dawno, że jest to dodatek do łańcucha i medalu, czyli istota bierna. A co to jest istota bierna? Autor listu odpowiada: jest to istota, która bierze. Jeżeli złodzieje po cudzych, mokrych łąkach przechodzą suchą nogą, to zapewne dlatego, że umieją posmarować wiejską władzę wykonawczą, a wiejska władza wykonawcza smaruje im buty. W ten sposób ręka rękę myje. noga nogę wspiera. Czy więc nie mogliby z jednej strony szkodnicy, a z drugiej poszkodowani urządzić małej licytacyi in plus na względy wójtowskie. Ktoby kogo przelicytował, tenby względów używał. Wówczas także niektóre urzędy stałyby się prawdziwie obywatelskie, bo opłacaliby je obywatele.
Mają jednak te żarty smutną stronę, bo zaiste na pytanie p. Z. G. niema odpowiedzi. Między sędziami gminnymi są ludzie oświeceni, pełniący ciężkie obowiązki z wytrwałością godną tak ważnej sprawy, ale pytam, co zrobi, najlepszy i najsprawiedliwszy sędzia, jeśli ktoś, przyszedłszy do niego, powie mu: Sędzio! Oto pewien człowiek kradł mi drzewo w lesie, nie znam go i siekiery mu zabrać nie mogłem, nie wiem także, jak się nazywa, — domyślam się tylko, że musi to być Słowianin ze wsi, leżącej na prawo, ale może i na lewo, albo może i z miasta! Prawdopodobnie wówczas on sprawiedliwy sędzia odpowie, że skarga taka nie jest z tego świata, gdyż złodziej jest idealny, a poszkodowany pójdzie do domu nietylko bez satysfakcyi, ale jeszcze z sękiem w głowie: jak idealny złodziej mógł kraść realnie... Tak to łączą się ze sobą niepodobieństwa, a w gminach dzieją się rzeczy, o których naprawdę nie śniło się filozofom.
Zresztą i sądy gminne nie sypiają na różach. Za dowód niech posłuży ten sam list z Lubartowskiego. Tragikomedya rozpoczyna się w sposób następujący: „Sąd gminny 2-go okręgu, pow. Lubartowskiego, mając do rozpatrzenia kilkadziesiąt spraw z gmin Chuda Wola, Rudno, Wielkie i innych sąsiednich wsi, nie chcąc dla złej drogi ściągnąć kilkuset ludzi do swej rezydencyi, na mocy służącego mu prawa postanowił odbyć parę posiedzeń w Michowie, jako mniej więcej środkowym punkcie wspomnianych gmin. Ponieważ jednak na kilkanaście godzin trudno byłoby wynaleźć mieszkania, a w Michowie jest duży dom, będący własnością gminy Chuda Wola, w której mieści się wójtowska kancelarya, sąd więc postanowił odbyć posiedzenia w tym właśnie domu i zawiadomił o tem wójta“. Tak odbył się prolog. W akcie pierwszym oznaczają tedy termin spraw, wzywają strony, skarżących, poszkodowanych, obwinionych, świadków, biegłych, wydają polecenie, by policya dostawiła oskarżonych o kradzież i szkody — słowem: przygotowują wszystko, co jest potrzebne do odbycia posiedzeń w Michowie. Tymczasem cóż się dzieje? Oto wójt zawiadamia, że „pan naczelnik“ nie pozwala mu udzielić kancelaryi na posiedzenie sądu. Zapytany naczelnik odpowiada, że o niczem nie słyszał i że nie ma nic przeciw temu. Sąd tryumfuje. Na tem kończy się akt pierwszy.
Akt II. Przygotowania. W wigilię spraw zjeżdża do Michowa sekretarz sądu, z woźnym, ze stróżem i z „całą bryką utensylii sądowych“, „a więc — pisze autor listu — przywieziono ukaz Piotra W. (ziercało), ustawy sądowe, kodeksy, akta spraw, druki i t. p., skończywszy na zielonem suknie i dzwonku. Na drugim wozie mieściły się skradzione przedmioty, jako corpus delicti do spraw; przybyli też i ludzie z dalszych stron i oskarżeni pod konwojem. Widok wspaniały i nauczający. Nazajutrz (28-go lutego) przybywa sąd, zbierają się gromady ludzi, sprawiedliwi się cieszą, niesprawiedliwi drżą — dzwonek się odzywa, posiedzenie rozpoczęte, gdy nagle...
Nagle rozpoczyna się akt III. Drzwi otwierają się narozcież i do sali wkracza wójt na czele ciała prawodawczego Chudej Woli. Kronika milczy, czy w tej chwili za oknem ozwała się posępna fanfara na nutę: „ach, wybiła godzina!“ — ale choćby się taka muzyka ozwała, musiałaby zapewne umilknąć, gdyż wójt zaczął do sądu świetną i pełną godności przemowę od słów: „Pocośta się tu przywlekli!“
Następnie w kilkunastu okresach, nie pozostawiających pod względem stylu nic do życzenia, wójt wytłumaczył sądowi, że w Michowie jest jarmark, że zatem kancelarya będzie potrzebna, i zakończył praktyczną uwagą, że wprawdzie nie może odstąpić kancelaryi michowskiej, ale natomiast posiedzenie może pójść... do kaduka.
Wiemy, co to jest prawdziwa wymowa, zwłaszcza przy dodatku i innych argumentów, łatwo zatem zgadniemy, co się stało... Oto tegoż samego dnia widziano na drodze, prowadzącej z Michowa w inne strony Europy, długą karawanę, opuszczającą niewdzięczne miasto. jeźdźcy mieli głowy pospuszczane... Nie potrzebuję objaśniać, że byli to: sędzia, pisarz, woźny, stróż, oskarżyciele, świadkowie, utensylia etc.
Co się z nimi stało dalej, nie wiem. Starosłowiańskim obyczajem złożonoby może roki pod cieniem jakiego olbrzymiego dębu, gdyby nie to, że dębów niema, bo je posprzedawali Żydzi, a choćby dęby były, to w zimie nie dają cienia....
W Michowie za to wspaniała radość. Jarmark trwał. Dokonywano poważnych obrotów handlowych, bito się w łapy przy układach, przytem, że użyję stylu handlowego: tendencya zwłaszcza w kierunku okowity była nader mocna. Legenda mówi jeszcze, że oskarżeni, których większość spodziewała się pójść do kozy, a których odjazd sądu uwolnił od kłopotów, wydali sobie obiad składkowy, na którym spełniano liczne toasty na cześć wójta i miejscowego parlamentu.
Koniec. Należy to już nie do bajek, ale do faktów, że Michów ma dwadzieścia sześć jarmarków rocznie. Dlaczego jednak ma dwadzieścia sześć jarmarków, skoro ma pozwolenie na sześć, to znowu jest zagadką, podobną do tej, jaką zadał prawnikom pan Z. G... Ale, zaiste, w naszym poczciwym świecie tyle jest zagadek, tyle rozmaitych: dlaczego? że „ktoby chciał rozumem wszystkiego dochodzić“.... Dalej wiecie.
Trzeba nam teraz pozostawić „gminę gminie“ i od tych spraw wiejskich wrócić na grunt warszawski. Chcę mówić o ptakach przelotnych. Najpotężniejszy z tych ptaków — Modrzejewska — bawi jeszcze w Warszawie, ale maluczko, a nie ujrzymy jej. Z pod naszego nieba, które od pewnego czasu dziwnie jest pogodne, ulatuje ten ptak we mgły londyńskie, a potem otrząśnie świetne pióra na pociechę Amerykanów aż za oceanem. Drugi ptak — Szolc-Rogoziński — odleciał już z Warszawy i wkrótce poszybuje do Afryki, szukać jezior i... sławy. Bodaj nie znalazł nic innego... W piątek odbył się jego pożegnalny odczyt, który wkrótce czytelnicy nasi znajdą w Słowie. Odczyt zaczyna się od geografii, przechodzi do wspomnień podróżniczych, a kończy się serdecznem: bądźcie zdrowi i pamiętajcie!... Młodego podróżnika, gdy to mówił, wzruszenie ścisnęło za gardło, głos mu drżał... Może za parę miesięcy, wśród jakiejś bezsennej nocy w lasach afrykańskich przypomni mu się ta sala zalana światłem i te zasłuchane spokojne twarze, które wydadzą mu się kochane bardzo. Żegnano go, wołając: do widzenia! do widzenia!... Trochę go było żal, może gdzie spadła jaka cicha łza, może pod niejednym kapelusikiem przesunęła się myśl, że są inne nie tak odległe kraje, których prelegent nie widział — kraje hymenu, gdzie niema ani lasów, ani lampartów, ale co najwięcej maleńkie boba, które nie kąsają, bo nie mają ząbków... dziwny ten jednak człowiek woli widać zęby lamparcie. De gustibus non est disputandum. Przykładem tego p. Julian Brun, który wczoraj miał francuski odczyt o Wiktorze Hugo. Pan Brun nosi grzywkę, jest sekretarzem Mario Ucharda i ładnie deklamuje, twierdzi zaś, że niezbyt podoba się mężczyznom, ale natomiast miewał „sukcesy“ między kobietami. Nie myślimy temu przeczyć, bo przychodzi nam do głowy co innego. Oto czy Mario Uchard jest ślepy, czy też literaci francuscy są tak szczęśliwi, że mogą mieć swoich sekretarzy. Co do mnie, mam wprawdzie sekretarza, którego pseudonim znajdą czytelnicy na końcu niniejszej kroniki, ale tak leniwego, tak opieszałego w spisywaniu tego, co moja literacka głowa obmyśli, że chętniebym go zmienił na innego, gdyby moje środki na to pozwalały. Muszę jednak wyznać, że jestem nader pobłażliwy dla jego lenistwa i że wogóle mam dla niego pewną słabość, której nie radzę podzielać czytelnikom.
Albowiem i czytelnicy są pobłażliwi. Znajdują się, naprzykład, ludzie, utrzymujący, że „Niwa“ nie jest nudna. Co do mnie, nie zgodziłbym się nigdy na zdanie tak ryzykowne, gdyby nie to, żem w ostatnim jej numerze znalazł coś, co mnie jednak nieco zainteresowało. Oto p. Kasznica umieścił tam artykuł pod tytułem „Nasi oportuniści“, w którym rozbiera broszurę p. t. „Dziennikarstwo warszawskie“, w końcu zaś obrzuca zarzutami oportunizmu i „Słowo“, twierdząc, że się w niem program autora broszury odbija. Przedewszystkiem broszura jest bezimienna i wyszła w Krakowie, skądże więc domysł o łączności między broszurą i „Słowem“, które według p. Kasznicy ma być „jakoby urzeczywistnieniem ostatniego słowa“ autora broszury. Zaiste przenikliwość dziwna. Na granicy jej rozpoczyna się kraina insynuacyi, ale człowiek tak poważny, jak p. Kasznica, nie powinien tej granicy przekraczać i robić tak dziwnych zestawień. Nasze pismo, tak jak wszystkie inne, podpisują: redaktor i wydawca i są za nie odpowiedzialni; naszym współpracownikom wolno pisywać, gdzie chcą i jak chcą, to pisma naszego nie obchodzi. Wszakże wolno było i panu Kasznicy w różnym czasie pisać i podpisywać różne artykuły i nie-artykuły, co bynajmniej nie obowiązuje „Niwy“ i nie obarcza jej żadną odpowiedzialnością.
Co do nas, w miarę możności nie taimy naszych przekonań. Wypowiedzieliśmy je z powodu ostatnich wypadków, z powodu walki kulturalnej w Niemczech i z powodu stanowiska Polaków i centrum, z powodu kwestyi irlandzkiej itd. itd. Zapewniamy przytem p. Kasznicę i „Niwę“, że wypowiadać je będziemy i na przyszłość z równą otwartością, nie powodując się nigdy osobistymi powodami, ani obrażoną miłością własną, ani „szarą pyszką“, na którą narzekał już wielki Skarga.
Zaiste zarzut oportunizmu z „Niwy“ jest trochę za ryzykowny, bo pozwólcie sobie powiedzieć, moi panowie, że jednym z bardziej oportunistycznych dzienników była i jest „Niwa“, a jednym z bardziej oportunistycznych publicystów — p. Kasznica. A przytem... nie zmuszajcie mnie, bym wypowiedział wyraźniej skąd „irae“ do „Słowa“, bo mogłoby się okazać, że są one natury więcej prywatnej, niż publicznej i więcej oportunistycznej, niż się może wydawać osobom trzecim.
Szanowny autor robi nam jeszcze zarzut, że w programie „Słowa“ mieszczą się zdania, które mogłyby być podpisane „przez t. zw. zachowawców i t. zw. postępowców“.
I to ma być zarzut?
Ależ mógłbym sz. autorowi przytoczyć całe dziesiątki takich zdań, na które podpiszą się wszyscy postępowcy i zachowawcy, tacy nawet, którzy jak najmniej podpisywali w swojem życiu.
Czyby np. cała „Niwa“ nie podpisała zdania, że, gdy idzie o sprawę publiczną, należy stłumić niechęci prywatne? Ja pierwszy namawiałbym ją do podpisania...
Jest jeszcze wzmianka w artykule p. Kasznicy „o nieupoważnionych przez ogół partyach“. W swoim czasie sprawę tę poruszała w sposób nadzwyczaj szczery i szlachetny „Biblioteka Warszawska“, dodaliśmy też jej równie szczere objaśnienie, po którem kwestya ta stała się jasną. Teraz, gdy p. Kasznica na nowo ją poruszył, doprawdy moglibyśmy tylko odpowiedzieć jemu i „Niwie“, że naiwne role należy pozostawić pannie Czaki.
Wogóle o zarzutach, którymi nas obarczono, powiemy, że jeśli nie są — według słów Merkucya — tak głębokie, jak studnia, ani tak szerokie, jak drzwi kościoła, to jednakże dowodzą pewnego rozdrażnienia, któremu ze względu na sprawę publiczną radzibyśmy koniec położyć.
Zapewniamy, że potrafimy się bronić i nie oszczędzać napadających, jeśli nas do tego zmuszą, ale sądzimy, że i my i „Niwa“ i każde inne pismo ma przed sobą o wiele podnioślejsze zadania, które winny być syntezą wszelkich różnic, niechęci i niesnasek. Nie walka o prenumeratorów, nie forytowanie miłych na koszt niemiłych, nie prywatne sympatye lub antypatye mają nam być gwiazdą przewodnią. Ma nią być dobro publiczne. To, co mówię, jest zarówno proste, jak obowiązujące. Jest także dobrze znane, ale na nieszczęście ludzie o tem zapominają. Dla mnie ideałem byłoby pismo, któreby potrafiło zostać, według słów poety: „arką przymierza między dawnemi a nowemi laty“, i spodziewam się, że na taki kierunek zgodzićby się mogli zachowawcy z p. Kasznicą, jak i postępowcy bez niego.

Słowo. R. 1882. № 53.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.