Kronika tygodniowa (Sienkiewicz)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Kronika tygodniowa
Pochodzenie Pisma Henryka Sienkiewicza (wyd. Tygodnika Illustrowanego), Tom LXXXI
Data wydania 1906
Wydawnictwo Redakcya Tygodnika Illustrowanego
Drukarz Piotr Laskauer i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Indeks stron
Kronika tygodniowa.
I.
Koniec starego roku. Złe czasy. Otucha. Działalność publiczna. Dawny przykład. Skutki zaburzeń. Projekt Prusa. Środki ratunku, miłosierdzie i kredyt. Pomyślniejsze wróżby. Pogłoski, legendy ludowe. Niewytłumaczone powody. Co najprawdopodobniej wywołało ruch ostatni. Szara Bera i wieści o zemście. Potrzeba zapobieżenia wieściom. Gazeta świąteczna. Ostatnia klęska. Pożar. Zbieg okoliczności. Życzenia.

Stary rok zakończył życie, jak dobijany, dziki zwierz, szarpiąc ludzi kłami i pazurami. Zaburzenia, pożary i hekatomby ludzkie — oto o czem muszą być zapisane ostatnie stronnice kroniki rocznej. Wśród tych ciemnych wspomnień jedynem światłem jest gwiazda miłosierdzia, ku której wyciągają ręce nieszczęśliwi, między nami jest ich najwięcej, dlatego też i to błogosławione światło świeci najsilniej. Tę gotowość w kraju i w mieście do niesienia pomocy wszystkim bez względu na wyznanie i narodowość, to poczucie obowiązku niesienia pomocy i tę hojność w datkach, zapisać możemy w rachunkach naszych jako „credit” społeczne. Jest to zarazem odpowiedź niechętnym, którzyby chcieli oskarżać nas, iż nie jesteśmy lepsi od innych i że napróżno tem chwaliliśmy się do niedawna. Napewno nie jesteśmy gorsi, bo nigdzie nadużycia nie wywołały tak jednomyślnego protestu i nigdzie szkód nie starano się tak skwapliwie naprawić. Możnaby nawet powiedzieć, że czas na smutek jeszcze nie nastąpił, bo poświęcono go na ratunek. Rozpamiętywania na potem. Owóż w ten sposób postępują tylko takie społeczeństwa, w których żywotność jeszcze nie zamarła i złe instynkty nie wzięły góry. Nie uczyniliśmy dotąd wszystkiego, wiele jeszcze zrobić należy — ale też nikt rąk nie opuszcza. Składki płyną, komitety działają, opinia piętnuje warchołów. Pewien stary kronikarz niemiecki, pisząc o oblężeniu jednego ze znaczniejszych miast polskich, tak mówi: „nie mogliśmy zdobyć na nich onego miasta, bo gdy uczyniono wyłom w murach, zaraz oni zasłaniali go ciałami swemi, a gdy jedni polegli, drudzy z największą skwapliwością na ich miejsce spieszyli, dając odpór tak silny, iż ze wstydem musieliśmy ustąpić”. Oby tak ze wstydem ustąpiły wszystkie biedy i klęski alarmujące od niejakiego czasu do naszego miasta, ustąpią zaś z pewnością, jeśli będziem dawać odpór tak silny, jak dawni nasi rycerze, i jeżeli wytrwamy. O to najtrudniej, bo nie wszystkie biedy dadzą się naprzód wyrachować i nie wiemy dokładnie, co nas czeka.
W każdym razie nie na różach spać będziemy. Klęska wywołuje drugą klęskę i złe fale rozchodzą się coraz szerzej.
Moralnie może nie ponieśliśmy tak wielkiej porażki, jak się naprzód zdawało, a mianowicie dlatego, że na tle nagannych i haniebnych objawów zarysowała się większość spokojna, pełna ludzkości i zamiłowania do porządku. Ale ekonomicznie rzecz inna. Zaburzenia zrujnowały kilkaset rodzin, zachwiały zaufanie, brak zaufania odbije się w drożyźnie i w braku roboty. Niechby burzę zbierali ci tylko, co siali wiatr, ale na nieszczęście odbije się ona przedewszystkiem na ludności robotniczej i rzemieślniczej, to jest na ludności pracowitej, która w warcholstwach udziału nie brała. Bolesław Prus w „Kuryerze Warszawskim”, przewidując ciężkie czasy dla robotników, a nawet zaznaczając, iż już nadeszły, wzywa właścicieli domów, by tymczasem ludziom bez roboty dali miejsce drugich stróżów. Dobrzeby to było, gdyby nie to, że w domach, w których pilniejsza straż szczególniej jest potrzebną, sami właściciele ponieśli znaczne straty. Jedni muszą naprawiać schody, drudzy nie doliczą się zwykłych dochodów, bo lokatorowie ich są Żydzi, albo zrujnowani, albo zachwiani przez ruinę współbraci, albo nakoniec właśnie robotnicy, którzy czasowo nie mogą znaleźć roboty. Jest w tem coś z błędnego koła. Za projektem Prusa mogliby pójść tylko zamożniejsi właściciele domów przy głównych ulicach, tym zaś niebezpieczeństwo wydaje się usunięte i w przyszłości nie groźne. Wedle naszego zdania ratunek powinien być dwojaki: natychmiastowy w formie wsparć dla pozbawionych chleba i ratunek kredytu. Pieniądze płyną i będą płynąć obficie. Składaliśmy na Ślązaków, na Zagrzebian, na kasy pożyczkowe, złóżmy jeszcze i teraz tyle, ile będzie trzeba.
W chwili, gdy to piszemy, w samym tylko „Kuryerze Warszawskim” składki dochodzą do kilkunastu tysięcy rubli, nie licząc innych pism, których szpalty są przepełnione nazwiskami ofiarodawców, i nie licząc ofiar bezpośrednich. Być może, iż następnie ów potok będzie płynął słabiej, ale będzie płynął jeszcze długo. Dotychczas prowincya mały tylko w ofiarach mogła wziąć udział, należy się zaś spodziewać, że nie da w tem szlachetnem współzawodnictwie uprzedzić się miastu. Owóż po zaspokojeniu najpierwszych potrzeb, część a może i znaczna część zebranych funduszów może być rozdzieloną w formie pożyczek długoterminowych uboższym rzemieślnikom i robotnikom, co zasłoni ich przed lichwą i pozwoli przetrwać pierwsze najcięższe chwile stagnacyi.
Ze wszystkiego wnosić można, że niepokoje nie powtórzą się więcej. Ci, którzy je wzniecali z umysłu, policzyli się, że ich zbyt mało, aby mogli zginąć w tłumie, — ci, którzy brali w nich udział z chwilowego popędu, przez zemstę lub ciemnotę... ochłonęli. Ogólny głos potępienia zrobił swoje. Doskonałe także wrażenie wywarła na ludność odezwa oberpolicmajstra, który w najniższych nawet warstwach cieszy się i powagą i popularnością. Natomiast legendy rosną między ludem jak grzyby. Dziś jest faktem zupełnie niemal pewnym, że już w chwili samego wybuchu krążyły natychmiast między ludem niestworzone historye, jedne potworniejsze od drugich, obecnie zaś miasto trzęsie się od przypuszczeń i domysłów. Następnie popłoch u św. Krzyża dotychczas jeszcze nie jest wyjaśniony. Mówiono, że wzniecili go złodzieje, tymczasem nie jest to stwierdzone dotychczas. Potem, kto pierwszy na placu wyrzekł słowo: Żyd? Kto rozszerzył tę, jak się pokazało, fałszywą wieść między ludem? Jest w tem wszystkiem coś niewytłumaczonego i tajemniczego. Gdyby bowiem rzecz była ukartowaną poprzednio i przygotowaną z planem, trudno przypuścić, aby aż do niedzieli ukryła się w absolutnej tajemnicy. Nie planowali jej w żadnym razie ludzie inteligentni, umiejący zachowywać środki ostrożności, byłaby więc krążyła między ludem i dostała się w formie ostrzeżeń lub głuchych pogłosek do uszu policyi albo do samych Żydów, albo do prasy. Tymczasem wszystko wybuchnęło nadzwyczaj niespodzianie. Z drugiej strony można w tym ruchu dopatrzyć objawy wyprężonych i niebezpiecznych stosunków, ale niepodobna go przypisywać istniejącej nie u nas partyi socyalnej. Mogą u nas istnieć umysły skłaniające się teoretycznie ku socyalizmowi, tak jak w każdem społeczeństwie istnieją wyznawcy wszelkich teoryi społecznych, ale zorganizowanej partyi socyalnej nie było i niema. Inteligentna ludność nasza zbyt wiele ma miłości do kraju, aby miała podawać ucha doktrynom z natury swej kosmopolitycznym, wszelkie zaś organizacye tylko w inteligencyi mogą powstawać. Być może, że mamy socyalistów importowanych, ale ci, nie znając ani ducha, ani języka mas, nie mogą mieć między niemi posłuchu. Na ruch ostatni u nas prawdopodobnie dwa głównie składały się żywioły, a mianowicie: pewna garstka pseudo-inteligentnych, albo zgoła ciemnych żydofobów i straszna katastrofa świętokrzyska. Zetknięcie się ich bezmyślnych podszczuwań z katastrofą kościelną wywołało iskrę. Co do prochów, tych szukać trzeba głębiej, bo w stosunku ludności żydowskiej do chrześcijańskiej, który to stosunek woła o reformę i którego uregulowaniem winna się zająć najbliższa przyszłość.
Tymczasem jedną ze spraw również pilnych jest zatamowanie i wyjaśnienie krążących między ludem pogłosek. Są między niemi i ekscentryczne, jak naprzykład urodzona przed paru dniami bajka o czarownicy, która nazywa się: „Szara Bera”. Kumowie i kumoszki szepcą sobie do ucha, że gdzie tylko „Szara Bera” się pojawi, lub gdzie tylko zamierzy przybyć, tam rodzą się klęski. Była — mówią — w Wiedniu, i zaraz parę tysięcy osób się spaliło, przybyła do Rosyi i także „złe” przyleciało natychmiast, ma przybyć do nas, i już zdarzyło się nieszczęście. Czytelnicy łatwo odgadną, że owa złowroga wiedźma, owa „Szara Bera”, nie jest kto inny, jak Sara Bernhardt, która w przyszłą sobotę ma przybyć do Warszawy. Nowonarodzona o niej legenda byłaby śmieszną, gdyby nie to, że powtarza się zbyt uparcie i że może dać powód do jakich nieprzyjaznych demonstracyi ulicznych, brzydkich i dla spokojności miasta niebezpiecznych.
Trzebaby koniecznie wytłumaczyć ciemniejszej ludności cały bezsens podobnych pogłosek, przedewszystkiem bowiem jątrzą one i utrudniają powrót normalnych stosunków.
Zadanie to spełnićby mogła najlepiej „Gazeta Świąteczna”. O dobrej woli zacnej Redakcyi nie wątpimy, środków zaś powinien dostarczyć jej inteligentny ogół. Możnaby poświęcić jeden cały numer wykazaniu naprzód strat bezpośrednich, jakie wskutek zaburzeń już poniosła i jeszcze poniesie właśnie chrześcijańska ludność robocza i rzemieślnicza, a powtóre sprostowaniu pogłosek i absurdów, jakie między ludem krążą. Numer taki, w którym należałoby prócz tego pomieścić odezwy duchowieństwa i oberpolicmajstra, powinien być w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy rozdany stróżom domów a następnie w fabrykach i zakładach rękodzielniczych. Chodzi tylko o fundusz potrzebny na nakład. Owóż we wszystkich pismach, prócz składek z celem oznaczonym, wpływają także składki do uznania redakcyi. Sądzimy, że byłoby rzeczą nader pożyteczną, gdyby redakcye uznały, iż takie użycie pewnych funduszów byłoby bardzo pożyteczne.
Ostatnie wypadki zajęły nam całą kronikę, ale w dzisiejszych czasach niepodobna prawie o niczem innem pisać. Ów rok nieszczęść, rok 1881, jeszcze w ostatniej chwili swego istnienia pragnął się upamiętnić klęską. Z soboty na niedzielę, około godziny 10-ej ogromna łuna zaświeciła nad miastem od strony Wisły. Na pierwszy rzut oka, po olbrzymich czerwonych kłębach, przewalających się gwałtownie i wybuchających w górę, można było poznać, że pożar jest wielki. Ludzie na ulicach stawali w małych gromadkach, a na ich twarzach, oświeconych złowróżbnym odblaskiem, malował się niepokój, troska i trwoga. „Czy to jeszcze co takiego?” pytali jedni. — „Kara boża!” — szeptały gdzieindziej wystraszone głosy robotników i kobiet z ludu. Tymczasem wybiła jedenasta i dwunasta, — pożar nie ustawał, paliła się fabryka Raua, od niedawna już po raz drugi. Fabryka ta przed pierwszym pożarem zajmowała tysiąc kilkuset robotników, później tylko siedmiuset, obecnie zapewne jeszcze liczbę ich zmniejszy. W innych czasach łatwiejby temu zaradzić, ale obecnie, gdy najbardziej chodzi o to, by jak najmniej ludzi było bez roboty, co za złośliwość i ironia losu, co za zbieg nieprzyjaznych okoliczności ze wszystkich stron! Albo nie byłoż i to złośliwością, że wybuch przeciw Żydom, rabunki i kradzieże wypadły w dniu narodzenia Chrystusa, który głosił przebaczenie nawet dla wrogów i nieprzyjaciół? Zaprawdę Nowy rok bierze po starym ciężką puściznę — ale też winien zaopatrzyć się w słowa: „i odpuść nam nasze winy!” Przebaczenia, wyrozumiałości i miłosierdzia potrzeba nam teraz tyleż, ile energii. Może też zawita wreszcie czas lepszy: czas zdrowia społecznego, cichej pracy, sprawiedliwości dla wszystkich. Musi w to wierzyć każdy, kto wierzy w słowa poety: „że ludy płyną w postęp jak łańcuch żórawi”. Bez takiego ideału i takiej wiary, byłoby nam bardzo ciemno, chyba łuny pożarne rozświecałyby ciemności. Spokoju i zdrowia życzymy przy Nowym roku naszym czytelnikom, a także i wytrwania w pracy, bo wedle słów dawnej piosenki: „niewolno nam marszczyć czoła, niewolno się smucić”.

Słowo. 1882 roku. № 1.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.