Królowa Śniegu (Andersen, przekł. Szczęsny)/Laponka i Finka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Królowa Śniegu
Pochodzenie Baśnie Andersena
Data wydania 1913
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Tłumacz Aleksander Szczęsny
Źródło Skany na Commons
Inne Cała baśń
Pobierz jako: Pobierz Cała baśń jako ePub Pobierz Cała baśń jako PDF Pobierz Cała baśń jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


6. LAPONKA I FINKA.

Ren zatrzymał się przed niewielkim domkiem, wyglądającym dość ubogo. Dach sięgał prawie ziemi, a wejście było tak nizkie, że wchodzić trzeba było prawie na czworakach. Wewnątrz była tylko stara Laponka, która siedziała przy lampie z tranu i jej opowiedział ren historję Zosi. Przedtem jednak wtrącił coś z dumą o własnem pochodzeniu, bo to uważał za najpilniejsze.
— O, biedne stworzenie! — zawołała kobieta. — Przecież musicie jeszcze dalej wędrować. Musicie się dostać o sto mil stąd na granicę Finlandyi, bo tam mieszka królowa śniegów i pali co wieczór bengalskie ognie. Napiszę wam parę słów na suszonym sztokfiszu, które tam oddacie pewnej Fince, mojej znajomej, a ta już wam powie, jak postąpić będzie można.
I skoro się Zosia nieco ogrzała, Laponka wręczyła jej list sztokfiszowy i przywiązała dziewczynkę z powrotem do rena, który ruszył galopem.
— Huk, puk! — wybuchały ciągle pod niebem kolorowe ognie zorzy północnej, ren pędził całą noc, aż wreszcie przybiegł do Finlandji, gdzie trzeba było zapukać w komin, wskazanego przez kobietę domu, bo nie miał on drzwi.
Wewnątrz było tak gorąco, że gospodyni Finka siedziała zupełnie naga. Była ona maleńka i usmolona. Przedewszystkiem rozebrała Zosię i zdjęła jej ciepłe trzewiki, a renowi dla ochłody położyła kawałek lodu na głowie. Potem Finka zabrała się do czytania listu. Przeczytała trzykrotnie, a gdy już zapamiętała dobrze, włożyła go do kotła, gdzie się gotowała zupa. A wtedy ren opowiedział jej swoją, a później Zosi historję, a Finka przez ten czas błyskała sprytnemi oczkami.
— Jesteś bardzo mądra — mówił jej ren — potrafisz wiatry wiązać jedną nitką i czynić pogodę lub burzę, czyż więc nie możesz pomódz tej maleńkiej i dać jej napój, aby uzyskała siłę dwunastu mężów i zwyciężyła królowę śniegów? — Tak, siła dwunastu mężów jest wielką — odrzekła Finka, poszła do kąta, rozwinęła wielką skórę, zapisaną tajemnemi literami i czytała tak pilnie, aż jej pot ściekał z czoła. A ren tymczasem prosił dalej i Zosia patrzyła na nią błagalnemi oczami, aż wreszcie Finka zawołała rena w kąt i powiedziała mu na ucho, kładąc świeży lód na głowę zwierzęcia:
— Mały Janek czuje się u królowej śniegów dobrze, bo wpadły mu do ucha i serca dwa ździebełka złego szkła. Nic się nie poprawi, dopóki Janek tych szkiełek się nie pozbędzie.
— Ale czyż nie może mu w tem Zosia pomódz, czyż nie chcesz jej dodać sił do tego? — pytał ren.
— Większej siły dać jej nie mogę — odparła kobieta. — Czyż nie widzisz, jak już jest silną? Jej, małej dzieweczce, służą ludzie i zwierzęta. Cała potrzebna siła leży w jej serduszku. O dwie mile stąd zaczyna się ogród królowej śniegów; zanieś tam Zosię i zostaw ją przy krzaku, pokrytym czerwonemi jagodami, a sam wracaj zaraz.
Więc Zosia siadła na rena, a ten popędził z całych sił. Nagle Zosia spostrzegła, że w pośpiechu nie wzięła ciepłych trzewików i rękawiczek. Mróz szczypał porządnie, ale ren nie chciał zawracać i trzeba było marznąć. Wreszcie dotarli do krzaku z czerwonemi jagodami. Tam Zosia zsiadła mu z grzbietu, pocałowała go w pyszczek, a zwierzę, jak człowiek, rozpłakało się z żalu.
Ren zawrócił, już go nie było widać, a Zosia została boso i bez rękawiczek, sama wśród pustej fińskiej równiny.
Wtedy pobiegła przed siebie, jak mogła najprędzej, a na jej spotkanie niewiadomo skąd, posypały się płatki śniegowe. Ale nie były to zwykłe płatki. Przybierały one różne, straszne postacie, rosły i olbrzymiały, bo były to straże królowej śniegów, broniące dostępu do jej ogrodu. Więc Zosia wystraszona zaczęła mówić „Ojcze nasz“. Oddech, wychodzący z jej ust, marzł na powietrzu i w miarę, jak gęstniał, tworzyły się z niego postacie małych aniołków z mieczami i tarczami. Aniołki te walczyły z strażami śniegu, a jednocześnie ogrzewały zziębłe nóżki i ręce dzieweczki, tak, że gdy skończyła modlitwę, szła spokojnie, nie czując mrozu.
A teraz zobaczymy, co porabiał Janek, który pewno nie myślał tymczasem wcale o dzielnej, poświęcającej się dla niego Zosi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Aleksander Szczęsny.