Królowa Śniegu (Andersen, przekł. Szczęsny)/Co było w zamku królowej śniegów i co się potem stało

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Królowa Śniegu
Pochodzenie Baśnie Andersena
Data wydania 1913
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Tłumacz Aleksander Szczęsny
Źródło Skany na Commons
Inne Cała baśń
Pobierz jako: Pobierz Cała baśń jako ePub Pobierz Cała baśń jako PDF Pobierz Cała baśń jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


7. CO BYŁO W ZAMKU KRÓLOWEJ ŚNIEGÓW I CO SIĘ POTEM STAŁO.

Zamek królowej śniegów miał ściany śniegowe, a drzwi i okna tworzyła w nim nieustanna zadymka. Było tam mnóstwo sal, a największa miała wiele mil długości. Wszystko oświecała zorza północna, a było tam strasznie pusto i zimno. Nie było tam ani ciężkich śladów łap niedźwiedzich, jakie widać około opuszczonych, północnych chat. Nie prowadziły tam nigdzie ostrożne ślady białych lisów, które ledwo od śniegu odróżnić można. Promienie zorzy świeciły tylko nieprzerwanie, spokojnie, prawidłowo, tak, że można było każdą smugę policzyć osobno. W środkowej sali stało wielkie, zamarznięte jezioro, potrzaskane w tysiące kawałeczków, z czego tworzyła się jakby ogromna łamigłówka klockowa.
Pośrodku jeziora zasiadała królowa śniegów, gdy była w domu; mówiła wtedy, że siedzi pośród luster rozsądku, co jej sprawiało największą przyjemność.
Teraz był tam tylko Janek, ale jakże niepodobny do dawnego. Siny, prawie czarny z zimna, nie czuł jednak tego, bo pocałunek królowej pozbawił go czucia, układał uważnie ostre bryłki lodu w różne figury, układał ciągle i mozolnie, a serce lodowate, które miał, kazało mu upatrywać w tej zabawie najmądrzejszą pod słońcem rozrywkę. Janek z figur układał litery, a miały one utworzyć słowo — wieczność, — bo królowa obiecała mu, jeśli tego dokaże, podarować cały świat i w dodatku parę nowych saneczek. Ale słowo dotąd się jakoś nie złożyło.
Królowa odleciała teraz do cieplejszych krajów. Muszę dojrzeć tam moich garnków, — mówiła na odjezdnem mając na myśli wulkany Etnę i Wezuwjusza. — Muszę je trochę pobielić.
Janek więc siedział teraz sam śród ciszy lodowego pałacu.
I wtedy zdarzyło się, że Zosia weszła do pałacu, a na jej wejście z modlitwą na ustach, uciszyły się wiatry i śnieżyce. Zosia dostrzegła Janka, pobiegła do niego, objęła za szyję i zawołała: Janku drogi, kochany Janku! Wreszcie cię znalazłam!
Lecz Janek ani się poruszył. Wtedy Zosia zapłakała, a łzy jej padły zmarzłemu na pierś, przeniknęły do lodowatego serca i spłukały odrobinę djablego szkła. Janek spojrzał teraz na Zosię, a ta zaśpiewała:

„Różyczki kwitną i wonieją,
Dzieciom się młode serca śmieją“.

A wtedy i Janek zapłakał, ze łzami wypłynęło mu szkiełko z oka, bo były to łzy szczęścia.
Płacząc, Janek wykrzyknął uradowany: Zosiu, maleńka Zosiu! Gdzieś tak długo była? Potem chłopiec obejrzał się wkoło. Jak tu mroźnie — rzekł i przytulił się do Zosi, a ta śmiała się i płakała z radości.
Było to tak wesołe, że nawet kawałki lodu zaczęły skakać, gdy zaś się uspokoiły, ułożyły się w upragniony przez Janka wyraz.
Zosia pocałowała go jeszcze raz w czoło, a Janek nie mógł znaleźć słów z uciechy. Teraz mogła nawet wrócić sama królowa, bo słowo wolności Janka było już ułożone.
Potem dzieci udały się w drogę. Gdy przybyły do krzewu z czerwonemi jagodami, stał tam już ren z drugim, młodym, a ten poczęstował oboje ciepłem mleczkiem, bo była to pani renowa.
Janek z Zosią wrócili do Finki, potem do Laponki, reny je wiozły aż do krańców swego kraju. A za niemi świergotały już ptaki, pączki ukazały się na drzewach, zaś z pomiędzy nich wyjechała na pięknym koniu młoda rozbójniczka z pistoletami za pasem.
— Ładny z ciebie kawaler, że trzeba za tobą biegać aż na koniec świata — powiedziała do Janka. Zosia zapytała ją o księcia i księżniczkę. — Wyjechali do dalekich krajów — odparła rozbójniczka. — A co się stało z wronami — pytała dziewczynka dalej. I dowiedziała się, że mąż wrony umarł, a wdowa dotąd nosi czarną opaskę na nodze na znak żałoby. — A teraz opowiedzcie mi swoje przygody — dodała rozbójniczka. Dzieci opowiedziały jej o lodowych krainach.
Potem Zosia i Janek pożegnali ją i szli sobie dalej śród kwitnących drzew i śpiewających ptaków. Dzwony jakieś dzwoniły, a dzieci poznały ich głosy. Oto już wieże ich miasta. Dzieci poszły ulicą do mieszkania babci, gdzie wszystko było tak, jak dawniej, zegar szeptał: tik-tak — posuwając wskazówki.
Dopiero, gdy dzieci weszły do pokoju, zobaczyły, że są dorosłymi ludźmi, tak długo trwały ich przygody. Róże na dachu znów kwitły, oboje usiedli na swych krzesełkach dziecinnych i wzięli się za ręce. Wszystko, co było, wydało im się dalekim, ciężkim snem. Bo teraz babka, siedząc w słońcu, przeczytała im głośno z biblji:
— Jeśli nie będziecie, jako dziatki niewinne, nie dostaniecie się do królestwa Bożego.
Więc Janek i Zosia spojrzeli sobie w oczy i pojmując, co mówiła biblia, zanucili:

„Różyczki kwitną i wonieją,
Dzieciom się młode serca śmieją“.

I tak siedzieli oboje jak dzieci, choć już byli dorośli, a naokoło było lato, ciepłe, cudne lato...

Aleksander Szczęsny - Baśnie Andersena koniec rozdziału.jpg




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Aleksander Szczęsny.