Królewska miłośnica/Część III/Rozdział XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Królewska miłośnica
Podtytuł Dalsze losy pani Dubarry
Rozdział Z pamiętnika pani Rohan de Rochefort
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1928
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XVI.
Z pamiętnika pani Rohan de Rochefort.

W tym romansie, przez oszczędność miejsca przeobrażanym nieraz w kronikę, różniącą się od prawdziwych kronik jeno drobnym rysem, tem, że... nie jest ona suchą (i bodaj innym jeszcze, iż mówi do wyobraźni czytelnika symbolicznemi faktami, przekładając je nad martwą prawdę ścisłości, obowiązującej historyka, nie beletrystę) — w tym romansie staję teraz w obliczu faktu, który jest niewątpliwy, a zakrawa na straszliwą bajkę, stworzoną przez najokrutniej wymyślną fantazję.
Niema bodaj na całym świecie pióra, które potrafiłoby oddać w pełni zgrozę, która przejęła duszę pani Dubarry wobec popełnionej na jej sercu katowskiej zbrodni, opisanej poniżej.
Pozwolę sobie podać ją w formie wypisu z kart (nie wiem, czy... znanego komukolwiek z moich czytelników) pamiętnika 70-letniej księżny Rohan de Rochefort, matki 50-letniego księcia de Rohan, który nadaremnie starał się ocalić swego przyjaciela. Księżna Rohan de Rochefort — była to osoba czcigodna i nabożna, acz z bogatą w przygody miłosne przeszłością, na schyłku życia żyjąca jedynie macierzyńską miłością dla syna, którego śmierć na gilotynie wywołała jej zgon z własnej ręki.
Cóż można dodać do łych kartek, które przytaczamy poniżej? Wszelkie rozdłużenia wykwintnej prostoty oryginalnego opisu byłyby grzechem.
Oto co pisze czcigodna staruszka, nieodrodna córa XVIII stulecia.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Czy może jeszcze istnieć piekło po za ziemią, skoro Francja stała się piekłem?!... Nieszczęśliwej pani Dubarry wczoraj ci ludzie — bo nazywają się ludźmi — przesłali na drwinę kosz z napisem: „Od ogrodnika z Wersalu dynia dla pieknej pani Dubarry“.

Otworzyła go. W koszu znalazła głowę nieszczęsnego księcia de Brissac. Zemdlała. Co się z nią stało potem, nie wiem...
Kiedy syn mój przyszedł do niej, powiedziano mu, że hrabina już od pięciu godzin z zamkniętemi oczyma klęczy przed ową głową, złożoną na poduszce, obejmując ją rękoma i nie dając sobie jej wydrzeć. Ma usta zaciśnięte, pokryte pianą. Nic nie mówi.
Syn mój podjął się bolesnej operacji. Wydarł jej ten okropny skarb, chociaż kąsała mu ręce, i zawiózł na cmentarz Montmartre do rodzinnego grobu de Brissac‘ów, gdzie teraz ta głowa ma wieczny odpoczynek — sama jedna. Bo co się ze zwłokami stało — nikt nie wie. Ci złoczyńcy spuścili je pewnie do kanału.
Oto są proste skutki tego, że król pozwolił, aby za natchnieniem tego Mirabeau stan trzeci włożył w Jego obecności kapelusz na głowy, co od wieków było przywilejem tylko naszym — warstw dobrze urodzonych i duchowieństwa. A prostym wynikiem tego, że król ścierpiał, iż panowie ministrowie z sankiulotów weszli do niego w trzewikach bez sprzączek, jest to, że dziś Monarcha Francji siedzi w więzieniu, oczekując sądu nad sobą.
Mój Boże! na jakież Ty próby narażasz Francję — Ty, który przecie byłeś pierwszym szlachcicem na niebiesiech!
Słyszane-ż to rzeczy, aby Króla sądzić?! Nie pojmuję doprawdy, że ziemia się nie trzęsie — i Paryż nie jest pogrzebany w ruinach.
O tym okropnym fakcie i stanie naszej drogiej Dubarry syn nadesłał mi wiadomość listowną przez stangreta Sebastiana. Sam przybyć nie mógł, bo nie może opuścić obłąkanej kobiety ani na chwilę. On jeden tylko potrafi ją uspokoić.
Kiedy powrócił z tego strasznego pogrzebu — zwyczajna czarna skrzyneczka zamiast trumny z herbami de Brissac‘ów (jak mówił mi nasz wierny Sebastian) — Dubarry długo całowała jego ręce. Czy chciała przeprosić go za ukąszenia, czy wyraziła tak miłość dla rąk, które uniosły i ukoiły pod ziemią jego głowę? A może była wdzięczna, że zabrał ten okropny przedmiot, boć zawsze głowa to nie całe ciało, stworzone przez Opatrzność...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dalej czytamy:
„Od tygodnia nie widziałam syna. Nawet nie pisał nic. Ciągle jest nią zajęty. Sebastjan przywiózł mi wiadomość, że syn czuje się dobrze. Ale Sebastjan mówi, że to nieprawda, bo biedak okropnie wygląda. Schudł. Boję się, że nic nie je. Pani Dubarry Sebastjan nie widział. Nie wchodzi do niej nikt ze służby. Syn sam jej zanosi wino i biszkopty, aby podtrzymać jej siły i czuwa nad nią w sąsiadującym z sypialnią salonie. Służba podsłuchiwała — opowiada, że hrabina odmawia jadła. Po całych nocach mówią tylko o Brissac‘u. Ten zwyczaj podsłuchiwania przez służbę jest okropny. Ale o zniesieniu tego panowie rewolucjoniści nie pomyśleli.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

I dalej jeszcze:
„Dziś był u mnie mój syn. Wpadł jak pomieszany. Nigdy go takim nie widziałam.
Powiedział, że ma mi do zakomunikowania rzecz okropną, że nie wie, co ma teraz uczynić, że pogardza sobą, że gotów w łeb sobie strzelić!
Myślałam, że naprawdę uczynił coś niehonorowego, choć to u de Rohan‘ów nigdy się nie zdarzyło.
Na szczęście nic takiego... Poprostu przejawił się temperament de Rohan‘ów, co przy tej bliskości — nawet w jeszcze fatalniejszych warunkach — byłoby naturalne. Siedzieć przy kobiecie tak pięknej, jak nasza miła Joanna, — choćby była tysiąc razy zalana łzami — a może właśnie dlatego, że chce się ją pocieszyć... Słowem: „wziął ją...“
Oddała mu się całkowicie bezwładna. „A teraz — mówi syn — oboje wstydzimy się patrzeć sobie w oczy. Brzydzę się sobą. Brissac był moim przyjacielem. I jest umarły. Skorzystałem z jej otępienia. To jest podłość. Mamo, poradź, co mam uczynić. Czy nie powinienem palnąć sobie w łeb?“
Uspokoiłam się. Tylko to... Nieomal chciało mi się śmiać — taką miał płaczliwą minę. Powiedziałam mu:
— Nie bądź dziecinny. Przecie Brissac już jest w niebie i nie potrzebuje jej. Co masz uczynić, kochane dziecko? Idź do niej natychmiast. Weź ją jeszcze raz — upieść, ucałuj, utul... Zrozumiej, że jeżeli ciebie nie pokocha, to albo oszaleje, albo skończy samobójstwem. Śpiesz — uratować ją tym sposobem, jaki Wszechmocny wskazał nam w Swojej najwyższej dobroci...“ Posłuchał mojej rady!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wreszcie kilka słów oryginalnego zakończenia:
„Syn mój był dzisiaj u mnie. Całował mi ręce, jak wtedy, gdy był maleńki i wyszedł z groźnej choroby, którą wyleczyłam, przystawiając mu osobiście pijawki dla upustu złej krwi. Powiedział mi, że jestem mędrsza od Królowej Saby.
A wszakże nie było nic prostszego od mojej rady.
Tylko, że to pokolenie jest już tak zepsute, iż przestało rozumieć najnaturalniejsze rzeczy. To może wpływ tej rewolucji i obrzydliwego Robespierre‘a, który jest bigotem, a nie spełnia pierwszego obowiązku czci względem tego, co Bóg sam urządził najlepiej ze wszystkiego na świecie: odwraca się od kobiet, a za to jedno sam zasłużył na gilotynę, którą tak szafuje, choć właściwiej byłoby go powiesić, bo ta nowa maszyna jest obrzydliwym brakiem smaku, godnym epoki...
Asceza jest dobra dla świętych, ale nie dla ludzi przyzwoitych naszego stanu. Rozumiem, że konieczne są pewne wstępne ceregiele, nawet bardzo długie, bo nie jesteśmy chłopstwem, ani bydłem. Ten cudowny Crébillon ślicznie to pokazał. Kobieta winna odmawiać na nowo po każdem zezwoleniu, aby mężczyzna znowu umiał prosić. Ale jeżeli kobieta całkiem odmawia układnemu mężczyźnie, to jest to już oschłość serca i zupełny bezwstyd. A mężczyzna, który nie posiada zmysłów i nie umie chodzić koło dam, tak aby musiały paść mu w ramiona — jest już chyba potworem i nie zasługuje na to, że się narodził. Źe mój syn, będąc w tym wieku, przestał to rozumieć choćby na chwilę — jest to już wpływ tej ohydnej rewolucji nawet na nas. Mirabeau za to jedno był wart, że ten wściekły lud wyciągnął jego prochy z Panteonu za rzekome przekupstwo, ujawnione po jego śmierci — a właściwie za to, że przyjął dar od Najjaśniejszego Pana; bo nawrócił się do tronu, od którego nigdy nie powinien się był odwracać. Że prochy tego zdrajcy, który zapóźno przejrzał swoje winy — rozsypane zostały na wietrze, jest to tymczasem jedyna sprawiedliwość Boska i francuskiego ludu w naszej smutnej epoce...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jestem rada niezmiernie, że mój syn wskrzesił tę nieszczęśliwą Dubarry. Po takiem okropnem przejściu z tym de Brissac‘iem należało się jej trochę miłości, która jest jedynem dobrem życia, na szczęście nie odebranem nam przez rewolucję...“

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przeczytałem te kartki ponownie. Są tak w duchu XVIII stulecia, że możnaby doprawdy pomyśleć, iż... zmyślił je autor niniejszej powieści.
Może...
Fakt związku miłosnego pomiędzy hrabiną Dubarry i jej pocieszycielem jest przecież prawdą historyczną. A czyż mogło to wszystko odbyć się inną drogą, niźli ta, którą opisuje nam tak wytwornie i dokładnie... nieoceniona pani de Rohan-Rochefort!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.