Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Ona

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


V.
Ona.

„Ty, młoda dziewczyno, znikłaś jak myśl, co
sobie konchy glinianej ulepić nie mogła na ziemi...“
I znowu ofiara i znowu Izy straszne, piekące, które spadają na serca ludzi kamienne. Rozgrywa się przed oczyma naszemi dramat, przypominający, jako harfy echo dalekie, okropne tortury Dyany w „Niepoprawnych“ Słowackiego. I tu ojciec zmusza córkę swoje jedyną do wstrętnego zamęścia — tylko z innego powodu. Położenie jej stokroć gorsze, bo zabijają w niej ducha. Nie rozkaz wprawdzie, nie przekleństwo ojca zmusza ją do poświęcenia swej miłości, swego ukochanego, do zgodzenia się na oddanie ręki obcemu, nienawistnemu człowiekowi; — potężniejsze argumenta na wolę jej uderzyły i starły ją na miazgę. Na niej kończył się ród starożytny, sławny w dziejach. Książę, z obcego plemienia, zięć przyszły, obiecywał przybrać imię narzeczonej, przyprowadził tysiąc rycerzy pod zamek i wołał do ojca: „oto będą twoi!“ Ojciec zachwiany w zasadach, namiętnie pragnący przedłużenia swego rodu, ukląkł przed córką i dłoń jej na swoich siwych włosach położył. Krew rozrywała mu. skronie; na czole jego widny był konający sen życia całego, mara wielkości i panowania... wzdychał i skarżył się na jedyne dziecię, że go strąca do grobu. Córka zdobyła się na straszliwą odwagę: wyrzekła słowo przyzwolenia.
Odtąd staje się już tylko cieniem przeszłości. Myśli o swym ukochanym, jego wygląda, jego się spodziewa. Nawet, kiedy szła przed ołtarz, by zaprzysiądz wiarę nienawistnemu, „szukała go myślą naokoło, bo oczy nie służyły;“ nawet po ślubie wyczekiwała go jeszcze, wierząc, że „nie wszelka zniknęła otucha“. Wszystko, co się do ukochanego nie odnosiło, było dla niej nieznośnym, bo „niecierpiany każdy, kto twoich oczu nie ma, twoim głosem nie mówi i twoją myślą nie oddycha“ — jak mówi do kochanka. Smutną była i bladą, „w jej źrenicach niejasno przebijał promień duszy,“ jej kibic bezsilna, znękana. Czasami wzdychała „jak owi nieprzytomni sobie, co już nie myślą o doznanych bólach; czują je tylko — sami stali się bólem!“ Cierpiąc atoli, nie chciałaby, ażeby ojciec to cierpienie widział. Po ślubie np. siedziała z oczyma spuszczonemi „ku wiązce róż, leżącej na kolanie i odrywała ich listki, marząc o czem innem” pozostały jej w ręku same ciernie. Ojciec nadszedł i powiedział: „Biedna matka twoja, jakżeby dziś szczęśliwą była!“ Szyderstwo okropne, w egoizmie ojca wyjaśnienie znajdujące. Ona „drżąc“ ścisnęła mimowolnie pozostałe w ręku ciernie; potom w pomieszaniu przypiąć je chciała napowrót do sukni. „Czepiły się ostre gałązki do rąbka i sterczały krwią jej palców zadraśniętych świeże“. —„ Czemu płaczesz, jedynaczko moja? — zapytał ojciec — ach, tyś się skaleczyła, córko“ — „O, nie to mię boli, ojcze“ — ale natychmiast się spostrzegła i dodała: „owszem to, nic innego, ojcze“ — i zamilkła... Pozwala nawet ojcu przypuszczać, że jest szczęśliwą. Jednej tylko rzeczy broni z całą odwagą dziewiczą, z całym zapasem niezmarnowanej energii — swego ukochanego. Kiedy ojciec odezwał się o nim ubliżająco, kiedy i ją chciał przekląć, jeśliby o nim myślała; — ona podniosła się dumnie i odparła „zimno i stanowczo: kochałam go, ojcze!..“ Nie można było odpowiedzieć wymowniej.
Czy była-to istota bezświadoma, bezmyślna, która w milczeniu przyjmowała cierpienia dlatego, że ich następstw późniejszych nie przewidywała? Zgodzenie się na wolę ojca — poślubienie księcia — okrywało ją hańbą przekleństwem... Czyż tego nie rozumiała? Cóż znaczyło owo wyczekiwanie ukochanego w dzień ślubu, a nawet po ślubie? Byłżeby-to sen obłąkania lub naiwnego marzycielstwa, które przypuszcza, że wszystko, co się stało, łatwo odwołać jednem myśli skinieniem? Przypuszczenie podobne ubliżałoby gieniuszowi poety.
Ona czekała na kochanka, by mu powiedzieć wszystko i — umrzeć. Uciekać z nim nie mogła, bo „dopóki jest na ziemi, dopóty jest żoną innego człowieka“. Poczucie moralne, silnie w niej rozwinięte, sfałszować się nie da ułudnemi sofizmatami bezbrzeżnej miłości. Przysięgła — musi dotrzymać. Ale z drugiej strony niepodobna od niej wymagać, ażeby żyła z tym, którego nienawidzieć musiała. Kiedy ukochany chciał ją opuścić, ona go powstrzymuje namiętnym wybuchem i dosadnemi słowy kreśli hańbę położenia swojego w przyszłości i pyta go, czy na to może, czy powinien zezwolić. W tym celu ucieka się nawet do maleńkiej obłudy, którą podobno najniewinniejsze dziewice mają w pogotowiu, jeżeli tylko zajdzie konieczna t^o potrzeba. Powiada ona: „czas, uczuć morderca, czas, róż świeżych na dawnych gruzach przemierzły ogrodnik, może on i na moje oczy rzuci zasłonę, za którą zniknie twarz twoja“. Była — to groźba zręcznie obrachowana na miłość kochanka a na zgubę swoje, bo za tem przypuszczeniem idzie obraz przyszłości: „Patrz — mówi dalej — na jego czole (męża) słowo: hańba, sadzone dyamenty; w oczach piekło błyszczy a miasto ramion dwie syczące żmije — one pełzną przez powietrze, dotknęły mię, opasały, głowy zanurzyły rai w piersiach, i z serca mego jak z czary krew moje czystą, krew moje świętą piją!“ Czyż obraz ten nie mógł wstrząsnąć do głębi duszy kochanka, czyż nie mógł zdecydować śmierci lubej, którą zapewne uwolnić trzeba było od syku żmii... Wszak ona sama go błaga o śmierć jak o zbawienie. Tyś mnie przyszedł wyzwolić — woła do niego — pchnij mnie w serce, wyrwij mnie potworowi; a sam żyj jaknajdłużej dla dobra społeczeństwa; ja czekać na ciebie będę w czyscu „cierpliwa i tęskna;“ tylko czasami rzuć na grób mój „pióra z hełmu lub pierścień z kolczugi“. Żąda wspomnień, jak Aldona Mickiewicza, nic więcej. Miłość swoje za grób świata przeniosła; bo na ziemi kochać nie wolno jej było. Już na śmierć gotowa. Jedno jeszcze tylko: obrączka ślubna. Zdziera ją z palca, składa na wezgłowiu, zwraca się ku wodzowi: „Teraz tyś pan i mąż mój na wieki“[1]. Zewnętrzne formy jak zawsze nawet u najidealniejszej kobiety wielką odgrywają rolę; bez ich spełnienia nie miałaby spokoju.
I stanęli oboje na progach krużganka. Wszystkie obrazy i obietnice życia raz jeszcze w tej przedostatniej chwili przesunęły się przed ich oczyma: „w pobliżu zaraz szmer i błysk fontan, wdzięczne kształty filarów, kwieciem umajone krzewy! — dalej na wzgórzu bielejąca ścieżka ucieczki, las gęsty w dole; za lasem już otwarte pola; — a dalej jeszcze w odblyskach zorzy, wolnych wierzchołki gór! Zpośród ich szczytów wejść miała dla bohatera kiedyś gwiazda chwały — a teraz cały ten widnokrąg będzie mu tylko zapomnienia grobem! Ona ze schyloną głową ciśnie się kaniemu wzywając czy prędszego zgonu czy spojrzenia miłości”. Jedno i drugie zlało się widocznie w harmonijną całość. Osłabła, zarówno czuwaniem jak troskami, nie poznawała już siebie samej, bo wyciągając ręce ku zwierciadłu, krzyknęła: „czy widzisz, jaki piękny anioł mój!“ — „Ach, piękny“ powtórzył ukochany z głuchym jękiem i upadając przycisnął ją do piersi. Słychać było zbliżające się kroki, — to pan młody śpieszył do żony... Ukochany wzniósł śmiertelne żelazo... „Męka śmierci lekką im była wśród zachwytu ducha“...

Siedmiu starców, co napróżno oczekiwali powrotu jej ukochanego, nazwali ją „szyderczem imieniem’ kobieta”. Pomimo oburzenia poety na tę żelazną konsekwencyą życiową, musimy w części przywtórzyć słowom starców, choć serce nasze rwie się do tej białej, czystej postaci, której „zawadzały skrzydła“, choć jej aureoli męczeństwa nie odmawiamy. Cóż bowiem straszne jej poświęcenie zdziałało? Czy ukochanego do nowego życia, pełnego chwały popchnęło? Czy wybawiło jej ojca od zgryzot, od śmierci przed wczesnej? Czy jej samej ubłogosławienie szczęścia przyniosło? Z żalem odpowiedzieć musimy na te pytania — przecząco. Są powikłania losowe, w których dla szlachetnego człowieka wybór sposobu ich rozwiązania jest trudny. W walce życia wielu poledz musi, ażeby ustąpić miejsca dla szczęścia innych. W przedstawionym dopiero co dramacie mogły się rozwinąć dwa życia silne, błyszczące nadzieją przyszłości, gdyby na zawadzie nie stanęło życie trzecie — starca o spróchniałych arystokratycznych pojęciach. Córka, ulegając łzom ojca, zrobiła poświęcenie ze szczęścia własnego; ale, ażeby poświęcenie przyniosło dobroczynne owoce, potrzeba było, iżby żyła z nikczemnnikiem, iżby się zhańbiła. Pozostawał wybór pomiędzy hańbą a śmiercią. Córka wybrała śmierć — i tym sposobem poświęcenie swoje w niwecz obróciła — zabiła ojca. Gdyby wybrała hańbę, ojciecby żył; ale jej własna dusza byłaby zbezczeszczona... W obu wypadkach poświęcenie przedstawiłoby się jako rzecz bezpłodna. Córka była kobietą; jedynym kierownikiem jej czynów była serce — zbłądziła...



Przypisy

  1. Por. zdjęcie korony i obrączki przez Maryą Stuart (u Słowackiego).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.