Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Balladyna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.
Balladyna.

Usposobienia ludzi moralnie skażonych mają zawsze coś demonicznego w sobie. Wynosząc się niby nad poziomą naturę ludzką, wszystkie uczucia, które dla innych są rozkoszą, obryzgują krwią i kałem; u stóp swoich kładą serca i plwają na nie jak na rzecz obrzydliwą; na głowie mają dyadem, cierniami obrócony nazewnątrz... Zadowolnienie próżności i dumy trwa minutę; popęd do deptania ciał i dusz ludzkich budzi się potém z coraz bardziéj olbrzymiejącą siłą. Jak węże zmieniają skórę, tak one — upodobania; — cała różnica polega na dłuższym lub krótszym przeciągu czasu. Zwyczaje ich nie są ludzkie: pragnienie gaszą krwią, głód nasycają ciałem. Gniewne i mordercze, widzą zdala majaki uspokojenia: zbliżają się z chciwością, któréj skala wraz z wiekiem się wznosi, i — zastają piasek suchy, żółty, błyszczący od ciągłych upałów. Nie przeczuwając, same sobie kopią mogiłę; suchym piaskiem nakarmić się niepodobna. Pogardziwszy uczuciem, wyśmiawszy miłość, pozrywawszy wszystkie sympatyczne węzły, jakie ich z resztą ludzi łączyły, przymuszone są żyć wśród okropnego wrzasku własnéj duszy, któréj prawa ośmieliły się podeptać. Nienawistne same sobie, drżące w ciemności, kiedy nie widzą nic, czemuby głowę strzaskać można, we własnych słowach noszą jady, któremi zatruwają nietylko innych, ale i siebie... To téż gdy nadejdzie wreszcie i dla nich — nie są bowiem nieśmiertelne — chwila rozpaczy, z któréj niema żadnego punktu wyjścia, snują się jak przeklęte mary tego świata: jeżeli kto do nich przemówi — to szyderstwem; jeżeli kto się ukłoni — to z urąganiem; jeżeli wreszcie kto zabije — to z obrzydzeniem. Po większéj części atoli posoka ich nie ma żadnego powabu dla zwykłych śmiertelników. Zgnębione osamotnieniem śród gwaru; strawione jadem śród wykwintnych potraw; stoczone zgnilizną za życia; odwracają kolce dyademu w stronę własnych skroni, przyciskają je mocno, ażeby jeszcze w téj ostatniéj godzinie nie stracić uroku blasku, i... giną

Taką się nam przedstawia Balladyna — naturalnie z domieszką kobiecéj próżności. Zawładnąwszy sercem biednéj „siwéj” matki, wywalczyła sobie stanowisko z którego płynęło potokiem samowładztwo i nieomylność. Wszystkie jéj słowa były święte, wszystkie jéj uczucia — szlachetne; wszystkie postępki — wielkie. Nawet naganę matka przyjmuje jako prawdę niezawodną, z dobrego serca, a szczególniéj z mądréj głowy Balladyny płynącą. Zarozumiała i dumna, rad nie przyjmowała od nikogo; zmysłowa — prowadziła pokątne miłostki z Grabcem, opojem i leniuchem. Żądna wyniesienia, nie chciała na nie zapracować — chociażby zbieraniem malin; wolała wziąć nóż zawczasu, w przekonaniu, że siostra jéj zakochana, dobra i czysta wprzód od niéj zbierze pełny dzbanek, który za pośrednictwem jednego pchnięcia przejdzie w jéj ręce. Przy téj pierwszéj zbrodni widzimy jeszcze najwięcéj wahania, najwięcéj skrytéj bojaźni; ale po jéj spełnieniu — niema w niéj żalu, za nic w świecie nie chciałaby, ażeby jéj siostra zmartwychwstała. Na pytanie Goplany: czyby zabiła Alinę po raz drugi, Balladyna mówi tylko te proste słowa: „Zgubiłam mój nóż!“ A późniéj, kiedy pustelnik chce wskrzesić Alinę, ta okropnica powiada w gwałtowném uniesieniu:

Gdybym miała trzy wybladłe twarze,
Na każdéj twarzy trzy straszniejsze plamy;
Wolę je nosić aż do Boga sądu....
Niż przywrócić do życia zabitą.

Dla niéj wyrzuty sumienia nie istnieją; straszą ją tylko oznaki zewnętrzne; dla niéj szczęście byłoby już zupełne, gdyby z ręki krew otarła. Ale ręką dotknęła czoła i pozostawiła na niém plamę czerwoną. Ta plama okropna będzie jéj wieczném udręczeniem tak samo jak dla lady Macbeth: ona sprowadzi przed jéj oczy widmo, które przytomnością swoją oka jéj zamknąć nie pozwoli; ona będzie szpiegiem jéj postępowania; donosicielem zbrodni; zdrajcą przeszłości.
Nie kocha Kirkora — chce jedynie jeździć w złotéj karecie, mieć liczną służbę, któréjby rozkazami mogła karki zginać aż do ziemi. Nie kocha matki; gdy już została wielką panią, kazała ją zamknąć do ciemnéj izdebki, ażeby jéj wstydu prostaczą mową swoją nie przynosiła; potém, gdy matka wydarła się zpod zamknięcia i córkę chciała uściskać, nazwała ją waryatką i kazała wygnać z pałacu „w noc i pioruny i w burzę i jeszcze głodną“. Nie kocha Kostryna: łańcuch zbrodni tylko silnie skuwa ich z sobą; przy pierwszéj lepszéj sposobności użyje go jedynie za szczebel do wzniesienia się wyżéj; gdy się już na wierzch dostanie, szczebel złamie. Przez cały dramat nie widzimy nikogo, żeby do niego serce Balladyny uczuciem zabiło: jedna myśl ją opanowała, niemiłosierna, pustosząca wszystko na drodze swego przechodu. Posiąść koronę, panować, precz odrzucić przeszłość jak jedne połowę jabłka zgniłą, „którą ośliniła żmija“; rozgnieść cierpienia jak robaka u nóg pełzającego; nowemi zbrodniami spokój okupić — oto program jéj życia, któremu brakowało tylko pieczęci szatana. Zabójczyni, trucicielka, biegła w sprawach krwawych, umie dawać wielkie rady swoim podwładnym:

Jeżeliś pełen męstwa i zapału;
Jeśli chcesz kiesy po wierzch pełnéj srebra:
Idź na ten wzgórek, niech ci trupie żebra
Będą drabiną, postronkami włosy;
Idź i zabijaj!....

Mając serce przepełnione okrucieństwem, nie zna litości; wszystkich, co przeciw niéj walczą, wieszać każe, a jeżeli śmierci nie pragnie, w karze wymyślna jest jak żarłok w potrawach. „Na wasze prośby — powiada raz do posłów — ułaskawiam obu: Wybić im zęby i wyłamać szczęki! — niechaj nie walczą!“ W takiéj atmosferze nie rozwijają się kwiaty uczuć łagodnych. Wszystko, co ludzkie, co kobiece, zabiła w sobie. Jedna wstydliwość tylko pozostała. Idąc zabić Grabca, by dostać koronę, powiada:

Nie mogłam spać nóż leżał przy mnie, wzięłam
W koszuli — wstyd! — gdyby cię kto zobaczył
W koszuli z nożem w ręku!...

Okropne zestawienie, straszna ironia! Ona się wstydzi, że w koszuli idzie zabijać. Rozpustnica, kochanka Grabca, ma skromność dziewiczą!... Sądzimy, że ten rys niewłaściwie został przez poetę wybrany. Wśród nocy krwawych hallucynacyj jaśniejszy ten promień zbyt fantastycznie odbija, przyczepiając skrawek ludzkiego uczucia do płaszcza demona. Gdy burza wstrząsa drzew wierzchołki, łamiąc gałęzie i zarzucając niemi ziemię, widzimy tylko jaskrawe błyskawic węże; ale kielicha lilii białéj trudno nam dojrzeć!... Nie przypuszczamy, ażeby ten jeden-jedyny rys jasny, zresztą zupełnie przypadkowy, miał ratować ludzką naturę Balladyny... osłabia tylko wrażenie, jakiém ponura jéj postać napełnia umysł czytelnika.

Usprawiedliwioną jest zato zupełnie obawa Balladyny przed widziadłami osób, przez nią zamordowanych. Plama, niestarta nigdy, jest bezustanném memento pierwszéj, okropnéj zbrodni, dokonanéj na siostrze. Ta siostra nieszczęśliwa prześladuje ją ciągle; wśród snu i na jawie, w ciszy i wśród gwaru uczty; gdy rozmyśla o nowej zbrodni i gdy czarę z napojem do ust przytyka. Obawa owa trzęsie jéj serce tylko do pewnego czasu; kiedy już „rozum przywykł” do śmierci, ukazuje się niezachwianą. Fałsz, obłudę, krzywoprzysięstwo popełnia spokojnie, z bladém ale wyniosłém czołem. Scena sądu, w któréj wszystkie jéj czyny w widomych występują kształtach jest już najwyższym szczeblem demonicznéj doskonałości. Wydaje wyroki srogie (choć zgodne z prawem) na siebie samę, z zupełną świadomością rzeczy. Gdy matkę, „blizką już trumny“, ślepą, biorą na tortury, ażeby wyznała imię córki, która ją bezlitośnie wygnała, by piorun wypalił jej oczy: każe sobie tylko podać wody... Waha się wprawdzie czas jakiś z ogłoszeniem wyroku, lecz wreszcie wypowiada spokojnie: „winna śmierci!“ — Wówczas spada piorun i zabija Balladynę. Stała się sprawiedliwość. Kanclerz, zamiast w koronacyjne, każe „bić w pogrzebu dzwony...“ Nie była człowiekiem — nie ludzie ją karzą.
Balladyna, sama w sobie wzięta, w wielu szczegółach przypomina lady Macheth; wraz z otoczeniem (starą, ślepą, oszalałą matką i siostrą Aliną), może stanąć obok jednéj ze złych córek króla Leara. Wpływ studyów nad Szekspirem widoczny. Krasiński powiedział, że Balladyna jest dziełem „które w głowie Słowackiego duch Szekspira porodził“; — ale — dodać potrzeba — porodził ją całkowitą, w uzbrojeniu jak grecką Atenę; nie mozajkowana-to postać, nie składana z pojedynczych cząstek. Żywioł fantastyczny, otaczający Balladyę (Goplana, Chochlik, Skierka), jest wynikiem również studyów nad Szekspirem (Sen nocy letniéj). Doprowadzenie atoli do ostatecznych granic zarówno fantastyczności jak i zbrodni; spotęgowanie wszystkich środków poetycznych, jest już najzupełniejszą własnością naszego poety.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.