Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Wdowa

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.
Wdowa.

Przesunęła się już wprawdzie przed nami postać matki Balladyny, ale zasługuje ona na bliższe przyjrzenie się, gdyż należy do tych kreacyj Słowackiego, które najwięcej pierwiastków czysto-ludzkich w sobie mieszczą. Miłość macierzyńska, ślepa lecz potężna, stanowi grunt charakteru Wdowy. Ukochała ona obie swe córki, ale Balladyna jest przedmiotem szczególnej jej troskliwości, przedmiotem przywiązania z pewną czcią połączonego. Już pierwsze jej słowa dają nam poznać tę jej ślepą, bezwarunkową miłość dla córki:

Zakończony dzień pracy. Moja Balladyno,
Twoje rączki od słońca całe się rozpłyną
Jak lodu krysztaliki. Już my jutro rano
Z Alinką na poletku dożniemy ostatka;
A ty, moje dzieciątko, siedź sobie za ścianą.

W marzeniach o przyszłem zamęściu córek na plan pierwszy występuje zawsze Balladyna, a nawet nie tylko w marzeniach. Kiedy Kirkor prosi o rękę jednej z córek. Wdowa odpowiada: „Ja dwie mam córki; ale Balladyna...“ poczciwe jednak serce matki, wymieniwszy swoje pieszczotkę, nie chce przecież zrobić krzywdy i drugiemu dziecku; więc dodaje...„a młodsza Alina także jak anioł“. Tylko znowu kiedy serdeczna Alina bardziej jakoś do serca Kirkorowi przemówiła, o matce „siwej“ pamiętając, Wdowa, przestraszona, żeby brak tej cnoty nie zaszkodził Balladynie, dodaje skwapliwie:

Lecz Balladyna to samo mówiła
W sercu i w myśli.., Wierzaj mi, rycerzu,
I Balladyna kocha matkę starą.

Gdy wreszcie ukochana jej córka została żoną grafa. Wdowa ani na chwilę o jej sercu nie wątpi, ani na chwilę nie przypuszcza, ażeby córka zaprzeć się jej miała, ażeby jej nie dozwoliła mieszkać razem z sobą; bo ona jest próżną i dla swych córek pragnęła wywyższenia, ażeby i sama podnieść się mogła; więc jej idzie o to wielce, by we wspaniałym mieszkać pałacu. Ten rys próżności, bardzo umiejętnie przez poetę zużytkowany, czyni Wdowę istotą prawdziwą, rzeczywistą, a nie wcieleniem idealnej tylko miłości macierzyńskiej. Ten rys zarazem nie pozwala jej widzieć z początku niechęci córki względem niej, gdy kazała wóz drabiniasty z przyjeżdżającą w odwiedziny przyjaciółką odprawić i kiedy jej radziła, żeby „tą klatką“ i sama się zabrała, jeśli się jej zamek sprzykrzył. Zastosowując się do położenia grafini. Wdowa przyznaje jej słuszność:

Prawda, córko moja.
Gdyby przyjmować, toby tu jak z roja
Sypało chłopstwo. Niechaj nas kochają
Zdaleka — prawda? Córki rozum mają;
Ty nie głupiutka; kiedy zaczniesz prawić,
To księdza nawet nie zrozumie głowa...

Niebawem atoli miała doświadczyć na sobie donośności tej maksymy, którą wypowiedziała: „niech nas kochają zdaleka“... Córka chce ją także kochać tylko zdaleka; najprzód oddala ją od swego towarzystwa, pomieszcza w „ciupie“ samotną i daje jeść i pić „jak ptaszkowi“; potom gdy Wdowa znudzona tem życiem klasztornym, a raczej więziennem, przywykła niedyś do ruchu i swobody, a przytem głodna, wydziera się ze swój wieży, i zjawia na uczcie; Balladyna powiada już wprost: „ja ciebie nie znam“. Wtedy dopiero matka rozumieć zaczyna serce córki, lecz sądzi, że dosyć ją wyłajać, ażeby znowu dobrą została; a gdy córka każe ją na deszcz i pioruny za drzwi wyrzucić, odzywa się w niej przedewszystkiem instynkt zachowawczy, obawia się zimna i głodu, zaczyna błagać córkę — okropnicę; stara się ją zmiękczyć obrazem niewygód i cierpień:

O córko! pomyśl... ale tam na dworze
Ciemno, deszcz pada, a piorun pod chmurką
Czeka na siwy mój włos, by uderzył.
Patrzaj przez okno... grom nie będzie wierzył,
Jak mię zobaczy same w taką burzę,
Że ja nie jestem jaką zabójczynią,
Co się po nocy błąka...

Kiedy wszakże i prośby nie pomogły, wybucha oburzeniem i przekleństwem, na widok sług, co ją na znak Balladyny wypychali.

Powiem chmurze,
Niech bije w zamek gromem! Nie targajcie,
Ja pójdę sama... świat teraz pustynią
Dla staraj matki...
O! nie targajcie, bo i tak podarta
Sukienka moja... wiatr się będzie bawił
Z łachmanem staraj matki. O! to czarta
Córka, nie moja! nie moja! nie moja!...




Gniew atoli, oburzenie, zawziętość niedługo w sercu jej goszczą i ustępują miejsca uczuciom miększym, jakiemuś rozłzawionemu usposobieniu, które się skarży na swoje niedolę, ale córki oskarżać nie chce, bo nie chce jej hańby. Jakże bolesne, jak wzruszające są te skargi biednej, siwej matki, która próbuje umrzeć, by zapomnieć o wszystkiem, a nie może:

Wiesz ty, za szkaplerza sznurki
Wieszałam się na sośnie skrzypiącej za gardło;
Drzewo się ułamało...
Głupia, ślepa, wybrałaś gałązkę umarłą.
Gałązkę, córkę drzewa... Żelazna gadzino,
Nie zlitowałaś się ty matki wdowy?
A jabym żyła chleba okruszyną
W twoich pałacach! Niechby twoja ręka,
Sypiąc gołąbkom w trawę żer perłowy,
Nie odganiała od pszenic ziarenka
Zgłodniałej matki. — Wygnać w las na burze I
Wypędzić matkę!... Upadłam w kałużę
I grom czerwony wyjadł z powiek oczy,
Wyjadł do szczętu...

I wtedy jednak kocha swą córkę: „Ach, gdybyś ty mię z grobu chciał ocucić, wołaj Bladina!...“ Nietylko jednak słowem, ale i czynem da dowód tej nieograniczonej, przepaścistej miłości, która nie zważa na nic, ani na sprawiedliwość, ani na upokorzenie, ani na zbrodnie ukochanej; bo ona tak już zapełniła serce, że nic się w niem więcej pomieścić nie zdoła.
Wdowa zasłyszała coś o tem, że na tronie zasiadła młoda i piękna królowa; a że już dawniej z naiwnością dziecka chciała się udać do króla, ażeby miłość córce nakazał, więc teraz udaje się tem ochotniej do kobiety, przypuszczając, że ona lepiej jej serce, jej cierpienia zrozumie i życzeniu jej uczyni zadość. Staje przed królową, przed własną swą córką, właśnie w chwili, gdy się odbywały sądy. Nie poznając naturalnie swej córki, zanosi skargę zarówno na Alinę, która według kłamliwej wieści przyniesionej matce przez Balladynę „uciekła zpod matczynej strzechy“, jak i na Balladynę sarnę, że ją „na wichry i deszcze, w noc i w pioruny i w burzę i jeszcze głodną“ wypędzić kazała. Zawziętość nią nie kieruje; ona pragnęłaby jedynie, żeby serce córki do niej wróciło; w samom oskarżeniu błaga Boga o przebaczenie dla występnej...
Ale nadeszła chwila, w której biedna, próżna, ciemna kobieta wyrasta na prawdziwą bohaterkę.
Powiadają jej, że ustawa Lechitów przepisuje śmierć na niewdzięczne dzieci; wówczas wdowa woła w przerażeniu:

Co? śmierć na córkę?... Panie, bądź mi zdrowy,
Żegnaj, królowo, ja wracam do boru.
Będę źyć rosą...

Nie chce już, wyrzeka się sprawiedliwości, nie pragnie nawet odzyskać serca córki, bo przez to na śmierć — by ją wydała... Pragnie więc dalej pędzić samotne, opłakane życie nędzy Ale prawa na to nie pozwalają. Kto zaniósł skargę, odstąpić od niej nie może. Kanclerz najprzód perswazyą a potem groźbą tortury chce wymusić wyznanie; Wdowa uparcie odpowiada: nie! nie! nie!.. Kanclerz każe ją wziąć na tortury; we Wdowie odzywa się znowuż instynkt zachowawczy; prosi królowę o litość:

Jabym być mogła matką twoją... Boże!
Ty nic nie mówisz? Nic?... To jakaś mara
Straszna na tronie...




Gdy królowa milczała, przychodzi w pomoc wdowie rezygnacya, silne postanowienie wytrwania:

Więc ja się położę
Na tych żelazach i skonam, a w niebie
Bóg wam odpuści.

I dotrzymała słowa. Na torturach słychać było jęk. Balladyna powiedziała sobie w duchu: „z mego teraz ciała kat zrobił sercu torturę... rozciąga:“ ale najmniejszym skinieniem nie przeszkodziła spełnienin okropnej zbrodni, bo się o swoje władzę lękała; zdawało jej się, że to ostatnia już zbrodnia, że nowe dni dla niej się zaczną.... Po jęku nastąpiło milczenie. Na pytanie Balladyny, czy Wdowa powiedziała co w bólach, słyszy odpowiedź: „Umarła:“

Jak ją kat położył
Na tortur kleszczach, to oczy zawarła;
A patrząc na nią, ktoby się poboźył,
Że to kościany Chrystus był bez ducha.
Każda kosteczka wywiędła i sucha
Przez rozciągniętą skórę wyglądała,
Prosząc o litość.
Umarła cicho... A na suchej twarzy
Dwa wykopała dołki śmierć kościana
I w obu dołkach stoją łzy....

Taka to była dusza wielka w swojej prostocie, bezbrzeżnem choć ślepem uczuciem do wyżyn heroizmu podniesiona...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.