Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Aniela

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XV.
Aniela.

Piękność kobiety
Nie jest, jak mówi ksiądz, czartów ułuda
Lecz może, w duchu będąc, robić cuda...

Wspomnieliśmy już, że ostatnią miłością poety naszego była podolanka Aniela. Stała się ona wzorem do postaci kobiecéj, jaką późniéj w Beniowskim przedstawił. Aniela w rzeczywistości była dumna; laury, zdobiące głowę Juliusza, nie pochylały jéj czoła ku ziemi; czuła się równą wieszczowi i chciała, żeby on równość tę uznał.
Poeta, nieprzyzwyczajony do tak wyniosłych ze strony kobiet wymagań, silnie tém został podrażniony, a nie chcąc nigdy przyznać się do winy, zręcznie ją na innych przenosił. W wierszach (dwa sonety do Anieli M.) nazywa ją „zimną skałą“ usta jej z szyderstwem „rozuranemi” mianuje, ciało — „marmurowém”; wyrzeka się jéj miłości; w gwałtowném uniesieniu, które zdradza głęboko zranioną miłość własną, wypiera się, żeby kiedykolwiek jéj „znak u lewéj strony nosił”. Dumnie atoli podnosząc głowę, nie umie pogardzić chłodno, obojętnie — ach! bo serce może po raz pierwszy w życiu dojrzałém odezwało się biciem gwałtowném, niepowstrzymaném. To też łono poety, zamknięte” wre „ogniem i żałością“, serce swe „dzikie, smutne i szlachetne“ chciałby „wyrwać z piersi i skąsać i precz odrzucić tę rzecz tak zhańbioną“ miłością kobiety, która myślała, że on „z tém ognistem sercém“ nazwie ją „kochanką i żoną. Wprzód nim miałaby je „zdeptać nogą”, woli poeta rozciąć swe serce „zimném żelazem“, woli umrzeć, niż „białe marmurowe ciało“ kobiety, „owionąć ogniem”, żyć z taką skałą, jaką jest ona!.. Tak namiętnéj skargi nigdy przedtém nie wypowiedział poeta; nigdy, słowo jego nie miało téj siły przekleństwa, jaką daje jedynie prawdziwe uczucie, z jakiegokolwiek powodu zawiedzione i złamane. Pomimo uniesień, pomimo niezbyt pochlebnych epitetów, czujemy, że poeta chętnieby „owionął ogniem zimną skałę“, gdyby ona tylko na to pozwoliła... Na głębi uczucia pomylić się niepodobna. Poeta został pokonany; ale do porażki swojéj przyznać się nie chciał. Owinął się „w płaszcz rycerzy, którzy na bieli mają krzyż czerwony“; serce swoje złożył do trumny i... wyciągając ramiona ku lubéj — przeklinał!
Taką była rzeczywistość — zobaczmy, jaki ona wpływ na poezyą wywarła.
W poemacie p. n. „Beniowski” Aniela występuje w dwu postaciach, które wśród zmienionych okoliczności odmienne są w szczegółach, lecz duchowo — ściśle z sobą spojone. Poeta miał widocznie przed oczyma kobietę rzeczywistą — nie zaś chimerę fantazyi. Wprawdzie zwyczajem swoim otacza ją niekiedy marzycielskim rojem zachwytów, które w realném życiu nie mają nic sobie odpowiedniego; wprawdzie z jéj przyjściem „wszystkie kwiatki młode owionęły ją zapachem, pszczółki zaczęły brzęczeć, źródła i brzozy na spoczynek ją zapraszały a gołębie pod dachem turkać głośniéj zaczęły — z jej przybycia radośne”; — ale są to rzeczy już zwykłe w poezyi, która, posiadając niewyczerpane źródło życia, wszystko ruchem i czuciem obdarza. Lecz, w postępowaniu Anieli, a szczególniéj w jéj słowach widzimy kobietę-dziewicę, prawdziwą córę społeczeństwa, wśród którego się urodziła i żyła.
Dziewczę to „z białą szyją“ — dumne i nieskazitelne. Chodziła „jako łabędź lub anieli”. Nie była „strzelną”, swemi źrenicami; jéj czarne, duże oczy były „pełne iskier“, „paliły czoła“. Włosy długie, krucze „w róg zwinięte”, ręka — „piękna, maleńka i biała”, głowa miała, kształty święte i uświęcone snycerską powagą, smukłe, ku plecom w okrągłość ściągnięte“. Pięknością „bliższa jest Afrodyty“ — taka lekka, że „na fale stawu wejść mogła i staw nierozbity nosiłby nóżki jéj“. Barwy — „troszeczkę bladawe”...
Nie była-to atoli panienka prosta, naiwna; nie była-to gąska wiejska; bronić siebie umiała słowy i uśmiechem, znała się już na fałszywości ludzi i nie wszystkich darzyła jednakowém uczuciem; w jéj sercu przebiegłość kobieca nie stłumiła dobrych i szlachetnych popędów, ale nie dozwoliła rozróść się miłym kwiatkom bezświadomej ufności i czułostkowego zaślepienia. Pozbawiona matki, musiała się uzbroić w odwagę samoistnego występowania w życiu, musiała być „wszystkiém w domu” swego ojca; musiała się nauczyć światowych konwenansów i światowéj obłudy. Niewiele na to moglibyśmy z poematu przytoczyć dowodów, gdyż postać Anieli pojawia się zaledwie kilka razy; zastanowimy się więc nad jednym tylko ustępem. Aniela wraca z tajemnéj wycieczki, serce jéj bije gwałtownie. Myśli o tém, „jak tę psotę“ ubierze w wymówki; różane usta przygryza zdradliwie, ze spuszczonych oczu błyski „w bok miota“; patrzy się trochę „smutnie i trochę fałszywie“; przygotowuje serdeczny uścisk dla ojca; dla guwernantki — pocałunek „podobny pokrzywie“ — wreszcie jeden ukłon nizki

Dla pretendenta do obrączki ślubnéj,
I z tym ukłonem uśmiech treści zgubnéj...

Widzimy tu dziewczynę przebiegłą i płochą napozór, zwłaszcza kiedy się dowiadujemy, że panna Aniela widywała się tajemnie ze Zbigniewem (Beniowskim) „jak róże, co się nad mur przegną“

I mimo czujne ogrodowe stróże
Zerwaniu chłopiąt i dziewcząt ulegną...

Lecz to złudzenie tylko. Dla zwyczajnych zalotników jest „jak skała“ (Porównać Marylę Mickiewicza)

Albowiem nigdy nie kokietowała
Dlatego tylko, aby mieć ze trzysta
Kornych kochanków pod wachlarza trzonkiem,
Z którychby żaden nie chciał być małżonkiem.


Jeżeli przebiegłą była, nauczyła jéj tego miłość — miłość prawdziwa, serdeczna; nie miłość „romansowa“, mająca swe źródło w rozognionéj wyobraźni, w dumie, w wyrachowaniu, w skrzywieniu naturalnych popędów. „Serca w miłości są uparte“ — mówi Słowacki. Jest-to jedno z najprawdziwszych jego spostrzeżeń. Ono tłomaczy nam i Anielę. Kochała Zbigniewa wiernie, wytrwale, niczém się nie zrażając — chociaż była dumna. Nie mogła zrozumieć, co to przywiązanie z musu; co to ulegać fatalności wypadków. Gdy Helenka (wieśniaczka młoda) opowiadała jéj, „jak to wstyd długo rumieńcem maluje, gdy pan obejmuje stan i pocałuje“ — Aniela krzyknęła:

Co? czy nie masz noża?
Ja ci przysięgam w imię Zbawiciela,
Że, gdybym sama była śród rozdroża,
A była za mną przepaść i topiela,
Pełna gdzieś na dnie ognistego morza;
Skoczyłabym w nią prędzej, niżby kto mię...
Nie, nie — nie można żyć po takim sromie!

Wszystko poświęcić gotowa dla obrony własnéj godności. Mężna, słowami rzuca na nikczemnych jak gromem. Dreszcz oburzenia przejmuje ją na wspomnienie swego konkurenta (Branickiego) Fantazya nasuwała jéj obrazy pełne grozy dla jej duszy dziewiczej:

...Ona słyszała, jak on ją wywleka
Z komnat dziewiczych; jak myśli — jaszczurce
Pozwala łazić po niéj, jak ją plami,
Mówiąc o wdziękach brudnemi ustami...

To téż przyjmuje go słowami pełnemi gniewu i pogardy. Gdy się raz zbliżył, nie widząc jéj, a widziany, ona go pyta: „Dlaczego na ranie za drzwiami szczekasz, a gdy ja stanę w oczy, to uciekasz?“ Czuje się wyższą od niego; panuje duchem... Przypomina sobie Helenkę: „Helenko — rzuć mu w oczy te pieniądze“, za które wstyd swój sprzedać musiałaś. A do Branickiego:

Przyszłam ci mój próg domowy
Pokazać palcem, byś szedł precz z dziedzińca
Do twego króla-pana — bez gościńca!

Tak-to w jéj piersi spoczywały gromy wulkanów, które się palą wewnątrz i tylko kiedy-niekiedy ognistą słów lawą wybuchają, treść swoje zdradzając. Lecz jeżeli ma gniew, oburzenie, pogardę, przekleństwo dla niegodnych jéj miłości jako kobiety i obywatelki; to drodzy jéj sercu doświadczają wszystkich radości szczerego, prawdziwego uczucia. Jest dobrą dla swego ojca, dla swéj staréj piastunki Diwy, dla biednéj i nieszczęśliwéj Helenki. Gdy tę ostatnią zabito, rozpacza jak siostra i jak matka. Przyzywa jéj najczulszemi słowy, całuje i pieści, upokarza się przed Bogiem, prosząc o cud zmiłowania. A gdy wszystko napróżno, uznaje w niéj równą sobie, (Trzeba przywołać do duszy obraz panny starościanki i... chłopki) „Jakże ją do mnie — powiada — ta śmierć przybliżyła; zda mi się, że to moja siostra miła!...“
Ale najlepszą już była dla tego, którego ukochała. Nie można powiedzieć, żeby Zbigniew nie był jéj godzien; w każdym razie nie dorósł wysokiéj skali jéj uczuć. Ona musiała być dla niego wszystkiém — „i siostrą i matką i służącą“. Zbigniew jest biedny i z powodu swego ubóstwa nie doznaje należnego szacunku u spółobywateli. Uczucie Anieli potęguje się jeszcze:

Nie strasz się! jesteś ludziom w poniewierce;
Lecz ja cię kocham jedna — ja mam serce.
Straciłeś cały majątek? — i cóż mi
Majątek? ludzi sąd? — ja kocham ciebie!
................

Ja kocham ciebie! w twojém sercu żyję!
Kto nas rozdzielić chce — ten mię zabije!

Wloką ją przed ołtarze, zmuszają do nienawistnych ślubów; lecz ona ma siłę oporu; nawet bez słów pociechy ze strony kochanka ona wszystko zwycięży; sama echa wyrazów własnych słuchać będzie i pomyśli, że tak mówi kochanek. Będzie-to zapewne złudzenie miłości — ale nie chorobliwy sentymentalizm. Ona wie, że kochanek powinien dodać nadziei, wesprzeć ją gorącemi słowy — a tymczasem widzi przed sobą posąg niemy. Wszystko mu przebaczyła, ale jéj smutno. Boleść złamała jéj giętka postawę; usteczka różane zbladły, uczuwszy „gorzkich łez piołuny“; ostatni już tylko dobył się jęk: „Kochasz mię jeszcze?“ O tem jedynie upewnić się chciała — i upewniła.
Czułość atoli nie zabija w niéj energii.
Zamknięta w sobie, wyrobiła w sercu swojém siłę, wyzywającą do walki świat cały. Miłość jéj wielka, olbrzymia; ale i poczucie siły — olbrzymie. Beniowski przyszedł zwrócić jéj słowo, bo jest biedny i bez nadziei („pół Donkichota a pół króla Lira“) W piorunowych słowach Anieli grzmi duma i... tętni miłość: Co? — rzekła głosem cichym, lecz strasznym i dzikim:

Po toś przybył i mnie z domu
Kazał dziś witać siebie pokryjomu,
Abym słyszała, ja, która tak wiszę
W powietrzu, jako ta smętna kaskada,
Abym słyszała to, co teraz słyszę,
Że skała, z któréj ja lecę — upada!
.............
Więc i ty na sercu kaleka,
Nie mogłeś wiary zrodzić w serce moje!


O! trup ty! stój-że ode mnie zdaleka
Bo ja się próchna i robaków boję!...

A ja go czekałam tak długo — myślała sobie Aniela — i cóż mam teraz? — Stoję jak nad przepaścią, sama jedna i opuszczona wiecznie! Więc serce moje mię zawiodło! Pokochałam trupa, którego zawsze elektryzować muszę, ażeby iskrę życia na chwilę z niego wydobyć! I nic mi już, nic nie pozostało na ziemi... Chciałam się oprzeć o puch ulatujący w powietrzu; chciałam stawiać gmach szczęścia na pajęczynie... Okropność!! Stracić wiarę w człowieka, którego się kochało, to najsroższy cios, jaki kiedykolwiek w życiu spotkać nas może, to śmierć duszy, stokroć boleśniejsza od śmierci ciała; to powolne kamienienie z całą świadomością przyszłej martwoty...
Lecz serce jest uparte. Aniela nie chce wierzyć, ażeby to, co mówił Zbigniew, pochodziło z serca, z własnego jego postanowienia. Musi być „inna jakaś, okropna przyczyna”

— bo ta sina,
Bo ta wychudła twarz i te łachmany,
Na które patrząc, strach mi głos ucina, —
Są przecież ludzkie; — a ty jak szatany
Zimny, choć oczy twoje łzą zabiegą,
Masz w skrzących oczach coś nieczłowieczego!

Sili się na przypuszczenia. Może Beniowski jak anioł potępienia zbuntował się przeciwko Bogu? może wyparł się wiary?... Ach! w téj chwili strasznéj, w któréj nie widziała nikogo, coby ją mógł pocieszyć, zmrożona milczeniem Zbigniewa, pobudzona nadzieją wydarcia z jego duszy jakiej tajemnicy, Aniela woła w uniesieniu:

Choćbyś ty wodzem był upiorów dżumy;
Choćby na twoich piersiach była sroga
Śmierć, jako piorun przychodząca boży
Głowie, co na twéj piersi się położy:
To kiedy patrzę na świata pustkowie...
Czuję, że to jest jedyne wezgłowie
Ta pierś oblana moich łez potokiem...

Natłok tylu wzruszeń, śmiertelny zawód, jutro bez słońca, śmierć marzona w samotności: wszystko to zaległo główkę Anieli jak szarańcza — jęknęła biedna i padła zemdlona...
Na tém się kończy szereg rysów, jakie można zebrać z poematu. Pozwalają one nam wnosić, że Aniela byłaby jedną z najpiękniejszych postaci w poezyi naszéj, gdyby ją Słowacki wykończył i wycieniował. Widzimy tu po raz pierwszy u Słowackiego miłość prawdziwą, któréj źródłem — serce a nie rozum lub wyobraźnia; widzimy duszę zahartowaną w przeciwnościach, nie poprzestającą na ogólnikach; pomimo nieszczęść — pogodną, choć smutną; potężną w słowach, któremi gromi nikczemnych i słodzi życie ukochanym; umiejącą działać stanowczo i energicznie. Ostatnia scena mogłaby wzbudzić podejrzenie, że Aniela jest czémś w rodzaju Aldony: sercem rozkrwawioném i niesamoistném; lecz poprzedzające szczegóły, taka np. scena z Branickim może nas przekonać, że jest-to chwila jedynie słabości. Gdy ujrzy się samą, potrafi znaleść w myśli o kraju lekarstwo na zawiedzione uczucie; potrafi żelazną wolą swoją zapanować nad bolesnemi drgnieniami serca,..



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.