Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Beatryks

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XIV.
Beatryks.

Jestem jako najbielsza z gołębic,
Co się w kałuży krwawéj chciała kąpać
I opryskała krwią całą rodzinę!...

I znowu strugami krwi zalewa nam poeta wyobraźnię. Ponury i ohydny dramat, prześcigający grozą mityczne podanie o Cynirasie i jego córce, wystawia na pierwszy plan kobietę — dziewicę, czystości „swego ciała” broniącą. Zmysły ojca zapalały do własnéj córki; Beatryks sztyletem przecięła pasmo niepokojów. Czemu zabiła ojca — nie siebie? Pytanie to jedynie w egoizmie życia znajduje odpowiedź. Wtedy nie kochała jeszcze nikogo. A chociaż późniéj powiada, że „przeczuciami dawno rozkochana w Gianim, w nim jednym, broniła wierności;” to wszakże przed sądem zdrowo myślącego człowieka słowa takie nie mogą być żadném usprawiedliwieniem. Ona pragnęła żyć, a mając w żyłach krew gorącą włoską, pragnęła rozkoszy; umierać więc było dla niéj niepodobieństwem. Tak przynajmniéj myślała. „Hekate okropna“, ale „piękniejsza niż wszystkie marmury z grobów dobyte,“ miała odwagę anioła mściciela; — brat jéj stchórzył — ona sama ojca zabiła i nie zadrżała. Wśród chmary duchów żyje cała rodzina. Beatryks wychowała się w szkole okropności. Matka jéj wyznaje: „warkocze moje pobielały; oczy wpadły do sinych dołów, wykopanych zgryzotą, strachem, zgrozą i cierpieniem.” Furye wiedźmy dom ten przeklęty otaczają dokoła. Beatryks nabrała hartu stali i posągowości marmuru. „Jestem spokojna!” — mówi po spełnieniu morderstwa. Kiedy zrobiono zgiełk dla utajenia zbrodni, ona jedna „nieporuszona stała i ku ziemi trzymając oczy i pochodnię — jakby posąg przeszłości, na którego twarzy to, co obecne, nie zostawia śladu”. Pośród zgrai lamentującéj zachowała spokój i „surowe na ustach uśmiechy”. Poeta porównywa ją do sprawiedliwości „ważącéj trupią krew na swojéj szali”. Wyrzutów sumienia nie czuje; czyn swój uważa za zupełnie prawy. Ani jednego słowa żalu, ani jednéj łzy...
Wtedy-to zbudziła się w niéj miłość. Spotkała oczy Gianiego w kościele, posłyszała wyrazy uwielbienia. Zatroskała się już o życie ukochanego; rozbraja brata walczącego z nim, mówiąc: „już dosyć krwi na mojéj duszy”. Wstyd dziewicy walczy z ludzkiem uczuciem. „O bezwstydna! w żałobie słucham, czego nawet w bieli nie winnam słuchać” — powiada na gorące zaklęcia Gianiego. A jednak nie może się z nim rozstać bez jakiejś pamiątki: „Weź — mówi — tę gałązkę smutnego cyprysu, abyś miał ubrać w co ostygłe ciało twego przyjaciela“ — którego zabił jéj brat Tomaso. Odtąd już uspokoić się jéj niepodobna. Wysyła zaufanego, ażeby szukał jéj kochanka, którego nawet nazwiska nie znała. Każe mu powiedzieć wszystko, tak jakby sama powiedziała, gdyby ją nazwał „czystą i niewinną;” każe tylko patrzeć mu w oczy i zapisywać w sercu, co jego „czarne oczy“ odpowiedzą; każe sobie kupić trucizny, jeśli Giani nie zechce uwierzyć, że „ona jest zabójczynią“. Zanim on jéj nie potępi, nie chce, nie może umrzeć. Wszechwładza miłości uczyniła ją już niewolnicą...
Żyć w domu okropnie; wszystko krwi barwą dla niéj się pokrywa; „chust skrwawionych“ dotknąć się nie chce — woli umrzeć. Ucieka więc, sama nie wiedząc dokąd; jednę tylko ma myśl wyraźną, jasną — znaleść ukochanego. Znajduje go. Ach! wtedy nie wie już co zrobić: rękami białemi targa swe włosy i oczy zakrywa; usta jej drżą; cofa się i znów niepewnym stąpa naprzód krokiem. Wszystko napróżno! — ona musi paść w jego objęcia; ona musi zawołać głosem złamanéj dumy a rozszalałego serca:

Słuchaj, nie wiem, kto ty jesteś,
Ale przez twoje ręce pragnę skonać,
Ale przez twoje ręce — być zabita,
A przez twe oczy tak smutne — płakaną,
A przez twe serce czyste — przebaczoną...
Czy ty masz sztylet? — o daj! o daj!

Sztyletu żąda, bo może w oczach Gianiego nie wyczytała miłości i przebaczenia, chociaż ją słowami o tém zapewniał...
Po téj ciągłéj, wrzącéj gorączce następuje strętwienie. Zwykły-to objaw u natur gwałtownych. „Jestem jak kamied — powiada Beatryks — najlepiej do serca kochanka przemawia grób”. Tu zadamy pytanie, dlaczego kochankowie porozumieć się nie mogli?... Czyż wina w tém jedynie popędliwego charakteru Gianiego — czy obojga tych dziwnych, namiętnych ludzi, którzy nie znają zwyczajnego kroku rozumowania — skaczą tylko lub latają po urwiskach... Pytanie to stawiamy przyszłym komentatorom całego dramatu — dla nas ma ono podrzędne znaczenie. Idziemy daléj. Beatryks sama przyznaje się do popełnionéj zbrodni; w więzieniu przecież myśląc, że uratuje rodzinę, zaprzecza jéj przed sądem! „Sumienie jéj bezsenne“ czuwa ciągle; marząc o kochanku, przywołuje myśli rozpierzchłe „jak gołębie w upał źródlanej wody upragnione“. Wyobraźnia stawia jéj zawsze przed oczy obraz ukochanego. Beatryks mówi do Dorydy: „ Powiedz, że mię tu widziałaś spokojną, o nim myślącą i pełną radości... powiedz, że kocham go — jemu posłuszna; że czekam śmierci ale z jego woli, z jego rozkazu, z jego osądzenia, z jego wyroku“. Obfitość słów świadczy o gwałtowności uczuć w sercu Beatryksy: o nim jednym myśli, marzy, śni i mówi — jego słowa i wola wszystkiém dla niéj. „To mnie uczyni — powiada daléj — dla katów rzeczą cudzą, nietykalną i nieśmiertelną tak jak miłość moja“. Jednego lęka się tylko, gniewu Gianiego, — bo cóż ją świat obchodzi?!..
Długo cierpieć nie może — woli śmierć najgwałtowniejszą ale szybką. Wystawiono w sądzie obraz zabójstwa jéj ojca — wszyscy zadrżeli. Beatryks woła do rodziny: „Czy wy czekacie, aż z nas będą trupy pozabijane własnemi oczyma? Mnie same zimny zlał pot i rozstroił tak, że nie słowa mam w ustach, lecz jęki”... Gdy umrzeć już miała, zapragnęła mieć — żądanie kobiece! — róże. „Niech się napatrzę na kwiaty spokojne”. Tak gorąco wzdychała do spokoju, który miał ją niezadługo utulić na wieki!,.
Beatryks przed sądem wypowiada dumne zdanie, malujące całą jéj duszę, korzącą się jedynie przed kochankiem i Bogiem; zdanie może dlatego tak samochwalcze, że od nikogo na świecie słowa pociechy usłyszeć się nie spodziewała. „Potępcie mię“ — mówi — a

Na miejscu, gdzie krew moję rozlejecie,
Postawcie ołtarz białemu wstydowi
I z alabastru posąg przezroczysty
A szyję jego krwią oczerwieniwszy
Zakryjcie perły albo lilijami;
A będzie-to Bóg nowy — w nowym Rzymie.
I to jest całą obroną Rzymianki!...

Prawda — spółczesne zepsucie było wielkie, rodziny hodowały całe stada żmij jadowitych. Rzym potrzebował odnowienia; — ale w tym odnowionym Rzymie niepodobna znaleść miejsca na posąg dla Beatryksy — jako Boga nowego... Nie ma do tego żadnego prawa; nad głową jéj nie unosi się gwiazda natchnienia ni czynu. Raz z bezprzytomną prawie energią błysnęła sztyletem i rzuciła go precz od siebie, stając się cieniem, „marą bladą”. Odtąd widzimy w niéj istotę słabą, schorzałą, niezdolną już do niczego — oprócz do kochania; była prostem igrzyskiem wypadków a nie — istotą samodzielną. Tam zaś, gdzie ludzie do czynu się budzą, potrzeba bogów energii — nie zaś melancholicznego marzenia. Beatryks będzie dla nas jedynie przykładem fatalności ludzkiego serca i ciała powołanéj do bytu przez działanie nie odwiecznych i zwykłych czynników, lecz nader szczególnych i wyjątkowych. Co więcéj Beatryks byłaby może potworem, gdyby.. nie to, że... kochała!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.