Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego/Amelia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Chmielowski
Tytuł Kobiety Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego
Podtytuł Zarys literacki
Data wydania 1886
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XIII.
Amelia.
Z wszystkich nędz — najstraszniejsze ludzkie zapomnienie.
Jest-to Lilia Weneda przeniesiona na grunt bardziej rzeczywisty, wśród ludzi historycznych, nie zaś fantastycznych, legendowych postaci. Taż sama bladość, taż sama prostota w ubraniu i toż zamiłowanie lilii; smutek trawiący duszę przeznaczoną do szczęścia i śmierć okropna, której nie poniosła dla zgładzenia swej winy, lecz dla spełnienia srogich losu wyroków.
Tak była cicha i skromna, że wszyscy ją za, dzieciątko niewinne“ poczytywali. Ubiór głowy skromny, bez żadnego fiocha;“ trzewiczki miała, ze skrzydeł motyla” — jak się wyraża jedna z osób dramatu. Tyle o jej powierzchowności. Wnętrze jej ducha smutne, bolesne, cierpiące „bez jęku, bez głosu”. Żadnej nadziei na przyszłość — ciemna noc pokrywa nazawsze marzenie o szczęściu. Za obronę ma łzy tylko i pogardę. Zapewne, nie mając w duszy błogiego spokoju, szukała w krainie fantazyi zadowolnienia swych pragnień. Tę stronę jej duszy — marzycielską, błędną — uwydatnił najlepiej poeta w rozmowie z królem, kiedy opowiada napad Mazepy na „wązkiej kładce“. Młody pazik domagał się pocałunku; ukląkł; zaczął mówić, że ją poznał „po róż zapachu...” Amelia tak się tłomaczy:

Musiałam spuścić oczy i w rzeczułki szybie
Wołać rybek na pomoc i prosić o radę...

Jednakże gdy rzeczywistość po raz drugi ją dotknie; gdy nowa spotka ją obelga: już nie będzie wzywała na pomoc ani rybek, ani słowików... sama z podniesioną dumnie głową obroni swoje godność kobiecą ostrem i dotkliwem słowem. Umie-bo ona używać wyrazów dobitnych, z lawy zastygłej wyrzeźbionych... „Powiedz mu — mówi do króla o Mazepie —

...Że ja pogardzam i zapomnę o nim;
Że choćbym nierządnicą była — nie skorzysta,
Bo jeszcze ja dlań będę za dumna, za czysta!...

A gdy rozpustny król, niezrażony temi słowy, chciał podobnie jak pazik, ust jéj dotknąć, mówiąc:

O dumna — raz niechętne dałaś całowanie
Czołu pazia — lecz teraz spotkasz...

Amelia uprzedza go wyrazami:

Już mi widne
Król: Czoło w koronie... Am. Zimne... Kr. Dokończ...
Am. I bezwstydne...

Potęga w niej była utajona — pokonywała ją w sobie...
Amelia kocha swego pasierba — Zbigniewa; — ale to nie miłość starożytnej Fedry, lecąca na oślep, rozrywająca wszystkie pęta moralne, byle zadowolnić wzburzoną namiętność: — to miłość chrześcijańska, zrezygnowana, lękająca się wyznania nawet sama przed sobą. Żyje tylko dusz połączeniem i łzami. „Bóg z tobą — mówi do Zbigniewa ja waćpanu nie mogę nic prócz łez... ja sama cierpię!” Oto cała jej skarga; chociaż i tej się przelękła: „jaka plama dla mojej czystej duszy tak z waćpanem gadać!.“ Jedyna ucieczka w Bogu, w modlitwie; tam znajdzie spokojność. Jednak idzie Amelii o to, ażeby Zbigniew pamiętał o niej, żeby pamiętał jej łzy... Ciężkoby jej przyszło obejść się bez tego wspomnienia. Wreszcie, chcąc niby zupełnie spokojną pozostać i nie mieć wyrzutów sumienia, kończy wyznanie temi słowy, co tak wybornie malują kobietę: „To, co teraz mówię, mówię nieprzytomnie“. Kłopocze się o ów spokój, bo jest pobożną, zabobonną nawet. Opowiada Zbigniewowi, że turkusowa szpileczka, którą miała po matce, złamała się; to rzecz mała dodaje — „lecz na okładce książki od nabożeństwa zapisałam sobie ten dzień jak zły dzień!...“ Dusza przeczuć pełna a zawsze złowróżbnych... nigdy uspokoić się nie mogła; niewyznaną miłość trawiła ją gorzej od rozpalonego żelaza; pragnęła wyznania, a lękała się tej chwili, w której ono pojawić się mogło; tęskniła za miłością — i odpędzała jej cień jak dręczącą we śnie marę.
Zbiegiem fatalnych okoliczności posądzona przez męża i przez pasierba o tajne miłostki z Mazepa, upada pod brzemieniem hańby. W tej atoli chwili jeszcze myśli o swym ukochanym i nie męża zapewnia, że „w alkowie niema nikogo,” lecz Zbigniewa. Wycierpieć wtedy musi wszystkie obelgi, wszystkie okropności wyrazów, wszystkie posądzenia zjadliwe... wysłuchać musi, jak Zbigniew, chcący przebić się nożem, mówi głosem zimnym, szyderczym:

Stój, nóż nadto chłodny,
Ja ci go mojem sercem rozdartem ogrzeje!...

I musi wysłuchać, gdy, już otruta, zbliża się do trumny Zbigniewa, — mąż, niepohamowany w gniewie i w oburzeniu, odtrąca ją, rzucając na nią splotem słów wężowych:

A nie kładź się Waćpani tam, na dziecka trumnie,
Bo ją splamisz!

Wysłuchać musi — i umierać — niepłakana, nieusprawiedliwiona, bez przebaczenia, bez łez. Smutno, gdy wicher namiętności rozerwie krzew życia i rozniesie na wszystkie strony świata, piaskiem go suchym przysypując; smutniej, gdy za błąd mały, nieznaczący musimy odpokutować żałobą szczęścia na ziemi; ale najsmutniej, kiedy, potargawszy wszystkie struny własnego serca na korzyść innych, doznajemy w zamian upokorzenia, słyszymy przekleństwo, widzimy pogardę... na wieki. Amelia — to męczennica. Wyraz ten wypowiada wszystko. Zamknąć w sobie najokrutniejszą boleść; widzieć uczucia swoje sponiewierane, podeptane nogami, — i nie jęknąć, nie poskarżyć się; za całą obronę mieć tylko łzy smutku bez nadziei i rozpaczy, ciągnącej się w nieskończoność — oto jej przeznaczenie, które kończy jedynym samodzielnym czynem — otruciem się. Miłość nie dała jej rozkoszy; miłość nie włożyła na jej czoło wieńca ze ziszczonych marzeń; wiara i pobożność nie obroniła jej przed haniebnem podejrzeniem; ufność ją zawiodła; szlachetność stała się grobem szacunku, jakiego od męża wymagać miała prawo, I stoi przed oczyma naszemi tak, jak ją po śmierci odmalował poeta:

Patrz — blada jak płótno...
Posąg, który się trzyma strętwieniem boleści —
Jej ducha anioł teraz podnosi i pieści
A ona mu rozpaczy ciszą odpowiada —

To posąg cichej rozpaczy!...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Piotr Chmielowski.