Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe (Wóycicki, 1876)/Przypisy II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Władysław Wójcicki
Tytuł Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe
Wydanie trzecie pomnożone
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Andriolli, Kostrzewski, Sypniewski, Pillati, Witkiewicz, Gerson
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Przypisy.



Wyrwi-dąb i Wali-góra. W podaniach niemal wszystkich ludów, siła rej wiedzie. Uczony Duńczyk Thiele, zbierający dawne podania swego narodu i wszelkie pomniki przytacza podanie o Olgar’ze, Duńczyku, co sztabę żelazną uścisnąwszy miasto podanej prawicy, palce swoje wycisnął na niéj.
Nasze stare podania mówią o ludziach, co tury i żubry za rogi z lasów przyciągali; niedźwiedzie, przełamane siłą samej ręki, jednym zamachem pięści zabijali.
Co ta klechda wspomina o cudownych trzewikach i kobiercu, podobne podania w Sz.kocyi opisuje Walter-Scott w jednéj z swoich powieści.

Madej. Oprócz powieści o Madeju, lud nasz zachował pamięć piekielnego łoża w przysłowiu groźnem:

„Włożą cię w piekle na Madejowe łoże,
Gdzie same brzytwy i noże.“

O rozbójnikach rozliczne krążą dotychczas powieści, ale imiona ich zginęły w mroce wieków.
U górali słyszałem pieśń jednę o rozbójniku, równie jak Madej okrutnym.

„Pod gaikiem, pod zieloném,
Orze dziewczę jednym koniem;
Jeszcze skiby nie zorała,
Matusia ją zawołała.

— Chodźże, córko! chodź do domu,
Wydam ja cię niewiem komu;
Wydam ja cię za jednego,
Za hetmana zbójeckiego.“

Zmuszone dziewczę, oddaje rękę zbójcy; a kołysząc z nim spłodzonego syna, śpiewa mu przekleństwo, które wisi nad jego głową. Usłyszał je mąż srogi, wbiega, a żona już inaczej dla dzieciny nuci:

„We winie bym cię kąpała,
W paciaty cię obwijała.“

Lecz rozbójnik okrutny słyszał dobrze przekleństwo, nie podarował jej tego:

„Obciął jéj ręce i nogi,
I rzucił na rozstajne drogi.“

Zbójcom szczególniejszą tajemnicę usypiania ludzi przypisują dawne podania; oni to bowiem biorą rękę trupa, smarują tłuszczem i zapalają tyle palców, ile chcą by osób w napadniętym domu snem twardym, niezbudzonym spało; nadto w takąż liczbę szklanek chuchają, przewracając je dnem do góry.
Co w klechdzie o Madeju wyczytujemy, jak dusze zabitych z jabłonki w postaci gołąbków ulatywały, wyobrażenie takowe dotąd jest zwyczajne między ludem polskim i ruskim; w pieśniach nawet mamy to przechowane.
Zabójca Podolanki, zaniósł jéj ciało na rozstajne drogi.

„Tam daleko, na Podolu
Jest tam rola nie orana,
Tylko rydlem pokopana.
Na téj roli kruków siła,
A koło niéj tam mogiła;
Na téj mogile wyrósł ci dąbeczek
Na niéj bieluchny siada gołąbeczek.“

(Pieśni ludu Biało-Chrobatów, Mazurów i Rusi, z nad Bugu; Kaz. Wład. Wójcickiego 1836 r. Tom I.)

Twardowski. — Nie mają wieki zeszłe — mówi Fr. Siarczyński[1] — z liczby wsławionych ludzi żadnego, o którymby było więcéj wspomnienia, a mniéj pewnéj wiadomości, jak o życiu i dziełach Twardowskiego. Ród, imię jego nawet, czas życia i zejścia wiadome nam nie są.
Że był szlachcicem, jest dowód jakikolwiek w nazwie saméj, i w powieści ludu, że gdy się zapisał czartowi, a dopominającemu się o skutek danego słowa, Twardowski dotrzymać nie chciał, i różnych używał wybiegów, wtenczas, aby go przekonał i zawstydził, rzekł czart, iż będąc szlachcicem, słowa danego dotrzymać powinien: Verbum nobile, debet esse stabile[2].
Że w Krakowie się uczył, w tém się ślad pewny znajduje, iż podług podania na Krzemionkach za Wisłą w Podgórzu, schadzki miewał z czartami, tam się z nimi umawiał, gdzie miejsce jedno wydrążone szkoły Twardowskiego ma nazwisko. W wieku jeszcze przeszłym ukazywano w Krakowie dom niedaleko bramy Grodzkiéj, którego ściany pęknione, i nad oknem urwany kawał muru, miały być sprawą zdziałaną od czartów, gdy z niego Twardowskiego opierającego się porwali.
Że żył za czasów Zygmunta Augusta, dowodzi powieść następująca, umieszczona w rękopiśmie Joachima Possel’a[3].
Żałosny król Zygmunt August, po stracie ulubionéj swéj żony Barbary Radziwiłłównéj, cień jéj przynajmniéj oglądać pragnął. W wychowaniu niewieściem młodości swojéj, nasłuchał się tysiącznych powieści; jako dusze osób zeszłych, lub same dobrowolnie lub wywołane sztuką czarodziejską, ukazywały się żyjącym. O możności więc nie wątpił; chęci swéj zwierzył się dworakom, ubiegającym się w staraniach zadosyć uczynienia żądzy pana swego. Sprowadzono zewsząd do dworu ludzi w sztuce czarodziejskiéj biegłych, obiecano sowitą nagrodę, ktoby dokazał tego, iżby król, skutkiem swych chęci, pocieszony został. Podjął się tego Twardowski, czego inni nie śmieli, i królowę Barbarę, chodzącą, królowi pokazać przyrzekł. Zawierza król przyrzeczeniu, i czasu ku temu przeznaczonego, z największą niecierpliwością oczekuje. Ostrzega tylko Twardowski Augusta, aby w milczeniu i spokojnie siedząc, na widok ukazującéj się królowéj z miejsca się swego nie ruszył, inaczéj za duszę i za życie króla nie zaręcza.
Poddaje się August tak twardemu i tak trudnemu do zachowania warunkowi, byle dopiął celu swych chęci. Nadeszła pożądana chwila; wywołana z cieniów śmiertelnych zjawia się mara. Ledwie zdołał Twardowski na miejscu króla zatrzymać, tak żywo się porwał i chciał luba marę uściskać, a w tém widmo zniknęło.
Stać się to nie mogło jak po roku 1551, w którym królowa Barbara Radziwiłłówna wkrótce po koronacyi swojéj w Krakowie umarła. Żył więc Twardowski w połowie XVI-go wieku.
Otóż drugi wyjątek z pomienionego rękopismu Possel’a o Twardowskim:
Mieszkał w Bydgoszczy szlachcie polski, który piękny majątek, osiągniony po przodkach, zmarnowawszy, po kraju się włóczył. Los wtedy Twardowskiego do tegoż miasta sprowadził. Z nim marnotrawca znajomość zawiera, stanu swojego zwierza, aby go swą cudowną sztuką z niedostatku wydźwignął, prosi. Lituje się Twardowski, proszącemu daje radę, zalecając, iż od ścisłego jéj dopełnienia wszystko zależy.
— Idź! rzecze — i szukaj pustéj na ustroniu chaty, i miawszy z sobą dziewięć pieniążków ani mniéj ani więcéj, będziesz je bez ustanku liczył, powtarzając zawsze od jednego do dziewięciu, i na odwrót od dziewięciu do jednego, aż dobrze dnieć zacznie. Strzeż się zaś najusilniéj pomyłki, boby to wszystko zepsuła. Strachów się żadnych nie lękaj; bo ja cię zapewniam, iż te nie złego ci nie zrobią. Gdy to dopełnisz, staniesz się bogatszym, niżeli byłeś panem, i nigdy ci na pieniądzach zbywać nie będzie. Słucha rady chudzina, znajduje pustą chatę, siada i natężoną myślą, aby niepomylił, dziewięć groszy rachuje. Już dnieć miało, gdy czart w Twardowskiego postaci przed nim staje; czyby się nie omylił? — pyta. — Ten z radością, że nie — odpowiada. Rachuj że! — rzekł mu daléj — bo dzień nie daleko — i zniknął.
Chce nieborak liczyć, ale na czém stanął nie pamięta. Otóż po bogactwach! — Wychodzi pełen rozpaczy; ale mu djabli drogę zastąpili. Od nich stłuczony i zbity, ledwie się biedak do miasta zaczołgał; a żałując swego postępku, resztę życia pokucie poświęcił w mniszym kapturze, i w Bydgoskim klasztorze reformatem został. Taka to czarodziejska sztuka![4]. Taki to czarownik![5].
Podług dawnych podań, miała posiadać książnica akademii krakowskiéj rękopism znany niegdyś pod imieniem księgi wielkiéj liber magmus, który był poczytany za dzieło Twardowskiego. Bajano o nim, że był na łańcuchu żelaznym przykuty i ciężarami przywalony, jako czarownicze dzieło, do którego zajrzéć i nie godziło się i nie śmiano. Ale trzeba było téj nauki, téj gorliwości w badaniu prawdy, która ożywiała J. S. Bandtkie’go, aby odkryć błąd, wsparty ciemnych wieków powagą. Wyświecił on i ukazał, zgodnie ze zdaniem Dobrowskiego, iż to jest dzieło właściwie Pawła z Pragi, Zidek zwanego[6].
Adam Naramowski, jezuita, w dziele swém: „Facies rerum Sarmaticarum“ (lib. 1 cap. 2 pag. 28)[7], rzecz szczególną o pomienionym rękopiśmie podaje:
„Z pazura lwa poznać, a z dzieł życie człowieka. Jakie życie prowadził ów sławny czarodziéj Twardowski, jak je skończył, wykazuje owe dzieło jego czarodziejskie, czyli rękopism, który po śmierci króla Zygmunta Augusta, z daru jego, z wielu innemi księgami, wileńskiemu domowi jezuitów się dostał; o którym Szpot pisze, iż słyszał z ust księdza Daniela Butwiła, naówczas pomocnika przełożonego nad księgozbiorem wileńskim, który mu wskazał miejsce osobne, gdzie książka rzeczona Twardowskiego łańcuchem żelaznym do muru przykuta była. Gdy ów ksiądz ciekawością zdjęty, coby zawierała, czytać ją zaczął, dał się słyszéć zgiełk i łoskot okropny w książnicy; zbiegły się snać, złe duchy, a ksiądz przelękniony, rzuciwszy książkę, ledwie do poblizkiéj izby zemknąć zdążył, i całą noc potém z przestrachu bezsenną przepędził. Nazajutrz rano wezwawszy drugich, wszedł do książnicy, ale już owéj książki nie znalazł, ani mógł wiedziéć gdzieby się podziała. Najpewniéj gdzie pisarz, tam się i książka dostała.“
Zdarzenie to — mówi przywiedziony Fr. Siarczyński mogło przypaść około r. 1620, które Szpot słyszane od Butwila, zapisał, a Naramowski w sto lat prawie drukiem ogłosił, r. 1734. Możnaż sądzić, aby to zniknienie rękopismu, miało znaczyć przeniesienie się jego nieodgadnione do biblioteki akademii krakowskiéj. Możnaż dać wiarę téj powieści, którą Naramowski w niepewnym rękopiśmie wyczytał, a któréj potwierdzenia zkąd inąd nie mamy? Zeznanie Butwiła zalęknionego, pomięszanego i łatwowiernego możnaż za prawdziwe poczytać?[8].
Za jedyny pomnik, który nam pozostał, Twardowskiego, uważać można owe kruszcowe zwierciadło, które w Węgrowie, na Podlasiu, w skarbcu kościoła miejscowego zawieszone, czasów naszych dotrwało. Wysokie jest calów pol. 22, szerokie 19, u dołu przez pęknienie uszkodzone, w ramy drewniane, czarne, kształtu staroświeckiego, oprawne. Używać go miał niegdyś Twardowski za narzędzie do swych czarów, okazywać w nim złych duchów w różnéj postaci, albo dusze i osoby zmarłe, które kto widzieć za jego pomocą żądał. Trwa dotąd między ludem podanie, iż patrzący się w nie przestraszani bywają poczwar okropnych widokiem; dla tego wysoko zawieszone zostaje. Światły badacz, Teodor Narbutt, który to zwierciadło oglądał i opisał, uznał, że jest z kruszcu białego, ale jakiego nie wyraża; najpewniéj stalowe być musi. Napis biały w wierszach dwóch łacińskich, które pobożność na ramach wykreśliła, to znaczenie zawiera: „iż zwierciadło, którego Twardowski do sprawy sztuk czarodziejskich używał, teraz ku czci boskiéj służy:“

„Luserat hoc speculo magicas Twardovius artes,
Lusus ad iste Dei versus in obsequium [9]“.

Fr. Siarczyński, w Czasopiśmie naukowém, zbija daléj domniemywania zbyt płoche, Twardowskiego z Faustem podające za jedną osobę. To, jako rzecz zbyteczną, z niniejszych przypisów wypuszczam. Krytyczne badania, prostujące zebrane wiadomości tu podane przez Fr. Siarczyńskiego, i objaśniające tak sławną postać ludową Twardowskiego, znajdzie czytelnik w dziele uczonego W. A. Maciejowskiego p. n. Polska i Ruś T. IV. Warszawa 1842, str. 276.

Podgórze zbudowane jest na poziomie Krzemionek, wzgórków z kamienia wapiennego złożonych, w paśmie których pospólstwo pokazuje w skałach miejsce nazwane katedrą Twardowskiego, gdzie ten czarnoksiężnik, jak go dawne podanie nazywa, z djabłami narady miewał. (Ambr. Grabowski. Kraków i jego okolice 1830, wydanie drugie, str 56).
— Schodząc z wyżyn krakowskich wzgórzów, ciągiem pięć mil, najprzyjemniejsze i rozliczne widoki oku stawiających, spostrzegać się daje szerokie piasków morze. W koło okropna pustynia, któréj jednakowość małemi krzakami sosnowemi gdzie niegdzie przeplata; w ostatku u poziomu góry i ruin Rabsztyna grodu, leżą na równinie gruzy i rozwaliny miasta, smutne, czarnym, posępnym starożytności powleczone kolorem. Zbliżając się, zaledwie błyszczące jeszcze nieco dwóch kościołów wieże, dają poznać, że to jest niegdyś wielkie, piękne i bogate w kruszec srebrny królestwa polskiego miasto Olkusz. (T. Święcki. Opis starożytnéj Polski T. I, str. 126, wyd. 1828 r.)
— Osobliwa skała pod zamkiem Piaskowéj-skały przez zbyteczną erudycyą otrzymała najniewłaściwszą nazwę pałki Herkulesa. Lud okoliczny nie rozumie tak klasycznego nazwania, i nazywa ją po swojemu Skałą-sokolą; bo na niéj podług podań wieśniaków, z któremi rozmawiałem, miały się gnieździć dawniéj sokoły. Żadnego więc stosunku nie ma z Herkulesem; my się przeto nazwy urojonéj trzymać nie możemy kiedy jest swoja, a własna.
— Co lud nasz opowiada o Twardowskim, że jeździł na kogucie, podobną wiadomość zawiera kronika czeska, która z wszelką powagą opisuje cuda czarownika Żyto. Oto jéj słowa:
W dziesięć lat po męczeńskiéj śmierci świętego Jana Nepomucena, zaślubił król Wacław Zofią, córkę księcia Jana Bawarskiego. Sam książę odprowadził zaślubioną do Pragi; a wiedząc, że szwagier jego wielkim jest przyjacielem osobliwości, przyprowadził z sobą pełny wóz czarodziejów. Gdy najdoskonalszy z nich dnia jednego dwór cały zabawiał, zbliżył się do niego czarodziej króla Wacława Żyto, rozdarł sobie usta po uszy i połknął rywala z całym jego aparatem, obuwie tylko odrzuciwszy. Potém oddał całą tę zdobycz do kubła wody, a widzowie śmiali się wielce, widząc tak skąpanego Niemca, po czém inni towarzysze jego nie śmieli już daléj się popisywać. Tym dzielniej dokazywał Żyto, pokazując się to w swojéj to w obcéj postaci, to w złotéj, to zgrzebnéj odzieży.
Gdy się cesarz przechadzał, żyto płynął koło niego w łódce po ziemi; a gdy cesarz jechał, on dążył obok niego na małym wózku, przez koguty ciągnionym. Niemniéj ubawiał gości, zamieniając im ręce podczas stołu, to w jelenie, to w końskie kopyta, aby jeść nie mogli. Raz gdy na ulicy zgiełk posłyszano i wszyscy z okien głowy wychylili, czarodziéj obciążył je w ogromne jelenie rogi, że się z okien wydostać nie mogli, a on tymczasem smaczno zajadał i spijał!
Na dowód, że może miéć pieniędzy ile zechce, zamienił raz 30 stogów siana w tuezne wieprze, które wypędzić kazał na paszę obok trzody bogatego, ale skąpego piekarza, nazwiskiem Michałek, któremu potém tanio je sprzedał, z ostrzeżeniem, aby ich nigdy nie poił. Gdy piekarz téj rady nie słuchał, ujrzał, iż wnet wieprze jego w stogi siana zamieniły się napowrót, i popłynęły z wodą; chciał więc odebrać swoje pieniądze. Znalazł czarownika, śpiącego w gospodzie na ławie, i w gniewie chwycił go za nogę, by go obudzić; ale przestraszony, zobaczył wyrwaną nogę czarownika w swoim ręku. Żyto narobił wiele hałasu o nogę, któréj stratę Michałek drogo musiał opłacić. Dotąd jest przysłowiem u Czechów o złém kupnie:

„Zarobił, jak Michałek na wieprzach.“

— Do Twardowskiego djabeł miał miéć przemowę w języku łacińskim, w tych wyborowych słowach:
„Quid cogitas, domine Twardowski? An nescis pacta nostra? Verbum nobile, debet esse stabile!“
— Porównanie rozlicznych wież Krakowa do nóg pajęczych, jest dosłowne ludu.
— Podania ludu mienią Twardowskiego twórcą znajomych kantyczek, rodzaju pieśni nabożnych. W istocie noszą one na sobie cechę starożytności dalekiéj. F. Bentkowski w hist. lit. polskiéj, pieśni te odnosi nie bez zasady do epoki od Kazimierza W-go, do Zygmunta I-go.
— Wiadomość tę, że pokazywano czarną plamkę jako ciało Twardowskiego, mam od głośnego w dziejach panowania Stanisława Augusta, Kuźmy, któremu ojciec nie raz o tém rozpowiadał.




Rozliczne powieści, jakie krążą o Twardowskim między ludem, nie zgadzają się o końcu żywota czarodzieja. Gdy jedne zawiesiły go w powietrzu, jako uratowanego kantyczką, zkąd i przysłowie między ludem: Ratuj się jak Twardowski kantyczką[10]; drugie go umieściły w piekle, jako starszego między czartami djabła. Gdy jeden z ludzi odwiedził raz piekło, zobaczył w nim czarodzieja; zwano go tam kulawym Twardowskim, bo i napadał na nogę.
Do badań Fr. Siarczyńskiego dodać należy, że na dworze Zygmunta Augusta, Twardowski nie pośledniéj używał sławy; bo to zaświadcza Łukasz Górnicki w swoim Dworzaninie. Z podań ludu napisał Adam Mickiewicz balladę pod napisem:,,Pani Twardowska“, którą naśladował wybornie Hulak Artemowski po małorosyjsku, z zastosowaniem do obyczajów ludu ruskiego[11].

Boruta. Łęczyca, w pośród błot, nad Bzurą, murem niegdyś obwiedzione i zamkiem, przez Kazimierza Wielkiego wzmocnione miasto. Zamek tutejszy jest wsławiony z powieści pospolitéj o djable, Boruta zwanym, tak jako we Francyi zamek Lusignan o Meluzynie.
(Opis starożytny Polski, Tomasza Święckiego tom I.)
Piskorz, nazwa ta obejmuje jedynie szlachtę Łęczycką; dawniéj ztąd bywały częste pojedynki z Mazurami.
— Zręczny i dobry rębacz oparłszy plecy o ścianę, mógł się wielom bronić, bo nigdy nie używano broni ognistéj. Gdyby wśród takiéj bójki który zdradliwie wystrzelił, wszyscyby uderzyli na niego.
— Dotąd lud wyobraża często djabła w postaci sowy. Idąc z jednym wieśniakiem przez las, ciągnący się szeroko pod miastem Białą, w Podlasiu, zbłądziliśmy z drogi; a ścieżkami rozlicznemi zwiedzeni, weszliśmy w bezdroże. Noc była ciemna i jak uważał mój przewodnik, żeśmy się wiele oddalili z naszego kierunku. Przedzierając się przez gęstwinę, zarośle i błota, z trudem przysparzali’m kroku. Wszystko do okoła milczało, głos tylko sowy rdzawéj (Strix stridula), głosowi śmiejącego się człowieka podobny, przerywał ciszę. Zaledwie pierwszy jéj głos usłyszał wieśniak, stanął przerażony, nie śmiał posunąć nogi, obracając się do mnie, rzekł cichym i drżącym głosem po rusku:
— Czujecie?!
— Co? — zapytałem zdziwiony.
— Czujecie? — powtórzył — to czart śmieje się, że nas obłąkał, i z tego cieszy się teraz.
To wyrzekłszy, zaczął szeptać jakieś zaklęcia, co chwila żegnać się i pluć ustawicznie na wszystkie strony.
Djabeł wedle podań ludu, często sowy i puchacza przybiera postać.
— Podobnie przyciętą miał piętę ślusarz z Bruśniku, o którym czytamy w Ziewonii 1833 r. takie podanie:
O mil trzy, na wschód Lusławic, leży wieś Bruśnik; na jéj gruntach znajduje się znacznéj długości pieczara. Te lochy słyną między ludem, jako skład niezmiernych skarbów, których szatani strzegą. Ztąd jest powieść o kulawym ślusarzu, który niedawno umarł. Śmiały ten człowiek i potrzebujący, doszedł, że w pewne święta djabli się rozchodzą i zostawiają pieczarę bez żadnéj straży. Korzystał z pory, udał się do strasznego miejsca; nie zastał w saméj rzeczy nikogo z duchów, nabrał więc pieniędzy, ile mu się spodobało i wrócił szczęśliwie do domu. Pierwsza ta wyprawa zachęciła go do podobnych częstszych, i zawsze pomyślnych. Raz chwyciwszy, nadzwyczaj zabawił przy rabunku dłużej niż wypadło; djabli nadchodzą, łapią go na gorącym uczynku; nieborak znalazł przynajmniéj dość czasu wymknąć się rozgniewanym duchom; ale uciekając, tak pośpiesznie drzwi za sobą zatrzasnął, że mu piętę ucięły, i z téj przyczyny chromał aż do śmierci.
(Dziennik podróży po zachodniéj części Galicyi).
W wielu dawnych województwach Polski i na Rusi, lud powszechnie uważa, że najulubieńszém pomieszkaniem djabła jest stara i spróchniała wierzba. — W niéj przemieniwszy się w puszczyka (Strix ulula), lubi śmierć ludziom przepowiadać. Ztąd wieśniak wierzby stojącéj, choć spróchniałéj, nie ścina, aby nie obrazić djabła, co w niéj przesiaduje i w rozmaitych postaciach okazuje się ludziom. Z tego to przesądu bierze początek przysłowie:
„Zakochał się, jak djabeł w suchéj wierzbie“, oznaczające miłość gwałtowną i zapamiętałą.
(Przysłowia K. Wł. Wójcickiego, Warszawa 1830 r., tom 3-ci).

Twardowski. Już’em nadmienił, jak różne krążą powieści o Twardowskim jako na malowanym koniu jeździł i bicz z piasku umiał skręcić. Jerzy Samuel Bandtkie, w ostatniem wydaniu Dziejów narodu polskiego“, w Wrocławiu 1835 (T. 2 str. 75) zachował nam kilka szczegółów o Twardowskim. Karczma Rzym, gdzie go djabli porwali, ma być pod Sandomierzem. Do dzieł tego czarnoksiężnika policzyć należy, że kamień ogromny pod Czerwińskiem przeniósł, i staw w jednéj nocy pod Knyszynem, Czechowizna zwany, zrobił.
O jego skonie równa rozmaitość; poszedłem za najpospolitszą; wszakże przepomnieć nie mogę szczegółu, który ’m w Mazowszu nad Narwią słyszał.
Twardowski, co całe życie pracował nad tém, aby wynaleźć środek oparcia się śmierci, wynalazł wreszcie sposób pewny. Na kilka lat przed porwaniem swojem, zaufanemu uczniowi kazał się posiekać w kawałki i przepisał mu, jak daléj ma postępować. Uczeń rozgłosił śmierć Twardowskiego; jakoż znikł czarnoksiężnik, a tymczasem krajał ciało jego, siekał, gotował zioła i maście. Tak posiekawszy, maścią nasmarował, zlał sokami roślin, i złożył napowrót ciało jak należy. Nie pochował je na cmentarzu, ale pod murem otaczającym w koło. Twardowski polecił, aby przez trzy lata, siedm miesięcy, siedm dni i siedm godzin, leżało ciało nie odkrywane. Wierny uczeń, dotrzymał wiernie przepisu i czasu odkopania grobu.
O północy, w pełni księżyca, sam z rydlem zapaliwszy siedm świec z tłustości trupiéj, wziął się do roboty, zrzucił ziemię, oderwał nadgniłe wieko. Jakiż podziw! Zwłoki Twardowskiego znikły, w miejscu wiór, na których leżało, kwitły wonne fijołki i macierzanka; na téj to murawie spoczywało snem ujęte nadobne dzieciątko, zachowawszy w zdrobniałych rysach oblicze Twardowskiego. Wyjął to dziecię — zaniósł do domu; przez noc urosło by przez rok, za siedm dni już mówiło tak o wszystkiém jak Twardowski, w siedmiu miesiącach, urosło w młodzieńca. Wtedy zaczął znowu pracować odrodzony Twardowski w czarnoksięztwie; wynagrodził sowicie wiernego ucznia; wszakże zaraz, żeby tajemnica odrodzenia nie wyszła na jaw, zaklął go w pająka, trzymał w swojéj komnacie, mając o nim czułe staranie.
Kiedy potém djabli porwali Twardowskiego z karczmy — a on pająk, ile razy z domu wychodził, przyczepiał się doń nitką — i teraz zawieszony w powietrzu został, jako wierny towarzysz, przyczepiony do jego nogi. Spuszcza się on nieraz na swojej nici ku ziemi, przygląda co się dzieje, wraca napowrót, i usiadłszy na uchu, opowiada mu co widział i usłyszał, czém nędzarza pociesza.

Boruta. O tym sławnym złym duchu jeszcze następną opowiadają powiastkę:
„Ksiądz z Łęczycy, zaproszony jadąc na obiad, przy pacierzach porannych, prze widując, że nie będzie miał czasu, odmawiał i modlitwy nieszporne. Właśnie przebywał groble wśród błota, gdy napotyka wieśniaka, który o z rubaszną pozdrawia miną i temi słowy: — Dobry wieczór księże. — Zdziwiony pleban odpowiada: — A wszakże to nie wieczór, ale rano. — Ale wieśniak rzecze z szyderstwem: — Musi być wieczór kiedy już po nieszporach. — Przelękniony pleban poznał z kim rozmawia i prędzéj pojeżdżać kazał. Był to Boruta, co przybrał na się postać rubasznego wieśniaka.
Równą sławę z Borutą dzieli djabeł Rokita, około Wielunia na bagnach od wieków zamieszkały. Lubo’m zwiedzał tam strony, nie zasłyszałem o nim nic szczególnego, jak tylko proste gawędki; kogo wciągnął w błoto albo obłąkał, albo wzrok tak zatumanił, że nie mógł stojąc przed drzwiami chaty zobaczyć, ani własnego domostwa ani wioski. Tak zatumaniony od Rokity biedak i tydzień chodził w koło chałupy swojéj a trafić nie mógł.
Zastanowić muszę uwagę nad wyrazem powyższym tuman, podług wyobrażenia ludu. Wyraz tumanić, oznacza zawsze, lub niewidomym się uczynić, lub wzrok otaczających podług woli usposabiać i urządzać. Tak gdy raz kuglarz zabawiał patrzących wieśniaków, jak małym otworem, przez środek kłody przeciskał się, a w rzeczy saméj przez wierzch jeno przełaził, puścił tuman, i wszystkim zdawało się, że rzeczywiście przez środek kłody przechodzi.
Nadjechał właśnie garncarz, wioząc na targ nowe garnki, a spostrzegłszy oszukaństwo kuglarza, zawołał do przytomnych: — Przypatrzta się no dobrze! bo to cały djabeł, on nie przez środek kłody, ale przez wierzch tylko skacze.
Obrócił się kuglarz, i ujrzał świeżego gościa, którego oczy jeszcze nie otumanił. Rozgniewany, że go tak przed zgromadzeniem zawstydza, rzekł: — Lepiej patrz na swój wóz, garnki i konia, którego gryzą, wrony i naczynia tłuką.
Obejrzał się garncarz, i zobaczył rzeczywiście, jak niezliczone stado wron osiadło wóz, garnki i konia, którego niemiłosiernie dręczyły; porwał zatém kij gruby, chcąc zuchwałe odegnać ptastwo; jak zaczął bić i machać na wszystkie strony, kuglarz zdjął mu z oczu tuman, a zadziwiony garncarz ujrzał, że zamiast obrony zabił konia, a zamiast wron, które zwyciężał, potłukł wszystkie garnki, przeznaczone na jarmark do sprzedaży.
Co nadmienia powiastka o Borucie, o skarbach ukrytych, podobna krąży i w samym Krakowie.
W środku rynku starożytnego grodu, stoi gmach staroświecki Krzysztofory, należący niegdyś do Krzysztofa, zwolennika magii, a w ostatnich czasach starosty Kluczewskiego. Pod nim rozciągać się mają obszerne piwnice wzdłuż całego rynku, aż do kościoła Panny Maryi. Niewiadomo w jakim czasie się to działo; dosyć że młoda kucharka miała zarznąć koguta, ale ten jéj uciekł do pomienionych piwnic. Dziewczyna chcąc go koniecznie doścignąć, zapędzała się za nim coraz daléj, niezważając, że już przebiegła kilkanaście coraz głębszych piwnic. W końcu nie znalazłszy zguby, chce powracać, gdy w tém zastępuje jéj drogę cieniuchny Niemczyk w trójgraniastym kapeluszu, na kurzych stopach; byłto przemieniony kogut w djabła, który uspokaja przelękłą kucharkę, a pokazując beczki napełnione złotem, każe jej nadstawić fartuszka. Dziewczyna wypełnia złotem swój fartuch i odbiera napomnienie, żeby się nie obejrzała po za siebie, bo wszystko straci. Ale kucharka, mając ostatni stopień przestąpić, z ciekawości zwraca oczy za siebie; drzwi się z łoskotem zatrzasły, i choć skarby zatrzymała, utraciła piętę.
Zaraz znalazła wielu zalotników, poszła za mąż, a na pamiątkę swego zdarzenia, miała ufundować kaplicę przy kościele Panny Maryi, gdzie jeszcze przed niewielą laty miano pokazywać obraz, wypadek ten przedstawiający.




Jakkolwiek powieści są liczne, nie są jednak tak upowszechnione jak pieśni. Lud Wielko-polski i część Mazowsza rzadko się niemi zajmuje. Nad Bugiem i Wieprzem powszechną dotąd jest rzeczą nie tylko w domach włościan ale niższej szlachty, długie wieczory jesieni zaczynać od pieśni nabożnych, daléj światowych, a nakoniec bawić się słuchaniem bajek, które im okropniejsze, tem pilniejszą obudzają ciekawość, mimo przestrach i obawę śnienia słyszanych nadzwyczajności. Tam są powieści, które dla swej treści znajome są niemal wszystkim, jako to: Brzozowski, złota Halina, i liczne bajki o trzech braciach, z których zwykle dwaj mądrzy, a trzeci głupi, dzielą się spadkiem i t. p.
Oprócz pieśni i powieści, znane są jeszcze między ludem naszym różne zagadki, które wszystkie są ułożone wierszem, a niektóre nawet dosyć dowcipne. Utwory ich w sferze nadzmysłowéj nie mają ani namiętności i zmysłowych własności południa, ani dzikich potworów północy; i jak niegdyś mitologia słowiańska nic okropnego nie mieściła, tak podobnie i dzisiejsze gusła, zabobony i czary i t. p., skutki chmurą ciemnoty pokrytego umysłu, dość liczne, nie wybujałe jednak, nigdy przeważnie w umyśle ludu naszego nie działają. Dziś największe gusła panują z powodu słabości. Lud nasz powszechnie wierzy, iż choroba przez ludzi zadaną, napowrót odebraną, czyli jak się wyrażają odczynioną być może. Za najskuteczniejsze lekarstwo uważają zamówienie przez baby, a najwięcéj przez owczarzy. Zamówienie to, używane na wszystkie choroby, odbywają wzywaniem świętych lub Najświętszéj Panny, które baby z dodaniem innych słów, niby tajemnicę jaką, szepcą, czyniąc przy tém pewny rodzaj magnetyzowania na chorym przez chuchanie i dotykanie. Miejsca odosobnione, źródła nieczyste, a szczególniéj bagniska i puste zamki są zwykle, podług naszego ludu, przez złych zamieszkane duchów, o których, a mianowicie o mieszkających na bagnach, dziwne roznoszą baśnie. Istność djabłów w podobnych miejscach tak jest upowszechniona, iż mają stałe nazwiska, i na zawołanie wychodzą; a dawniéj i pieniądze dawali. Najwięcéj jednak jest powieści, jak wodzą po swych bagnach pijaną szlachtę, lub włościan z kiermasza albo z odpustów, które dla tych ostatnich bywały dawniej tém, czém dla szlachty dawniejsze sejmiki. Z podobnych djabłów sławny był pod Łęczycą Boruta, w Wieluniu Widoradzki, a na Podlasiu Rokita. W wielu miejscach bagna uważają za pokrywające zapadłe miasta, i z największą pewnością utrzymują, jak słyszeli dzwony, śpiewające głosy i t. p. Wierzących w śpiewy jest już mało. Dziwną jest rzeczą zważając, że u nas djabeł ubrany jest po niemiecku i do tego w czarnego koloru sukniach; wszakże przedziergać się może w rozmaite rzeczy, a nawet czasem w lekki dymek; i w ogólności więcéj jest ogadany aniżeli w istocie zły, podług przysłowia: nie taki djabeł straszny jak go malują. Jak djabeł, zawsze się ubiera czarno i krótko, tak przeciwnie wszelkie inne duchy chodzą całe w bieli, o zjawieniu się których dość liczne krążą podania.







  1. Czasopism naukowy 1829 r., zeszyt pierwszy.
  2. Przysłowia K. Wł. Wójcickiego, 1830 r., Tom 3-ci.
  3. Rękopism Joachima Possel’a, mający napis: „Historia rerum polonicarum et pruthenicarum ab anno 1388, ad annum 1623“; wielkości arkuszowéj, posiadał księgozbiór puławski. Rzecz pisana jest po łacinie, i wiele ważnych wiadomości zawiera. Z niego ten wyjątek spolszczony o Twardowskim. Joachim Possel był lekarzem i nadwornym historyografem króla Zygmunta III-go (Obacz: „Obraz wieku Zygmunta III-go.“ Fr. Siarczyńskiego).
  4. Ms. Possel’a, str. 132.
  5. Magus et praestigiator; tym go wyrazem łacińskim Possel mianuje.
  6. Historya biblioteki Uniwers. Jagiel. str. 108.
  7. Pisze St. Rostowski: Lithuanicarum Soc. Jesu historiarum pars 1 pag. 49.
  8. Czasopism naukowy.
  9. W tém zwierciadle Twardowski pokazywał czary,
    Bogu jednak należne oddawał ofiary. (Przekład P. L.)
  10. Przysłowia K. Wł. Wójcickiego t. 3, str. 134.
  11. Umieszczoną jest w tomie IX Dziennika Warszawskiego na str. 204.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Władysław Wóycicki.