Żaba (Wóycicki, 1876)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Władysław Wójcicki
Tytuł Żaba
Pochodzenie Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe
Wydanie trzecie pomnożone
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Andriolli, Kostrzewski, Sypniewski, Pillati, Witkiewicz, Gerson
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Żaba.



Książę możny miał trzech synów: dwóch z nich mądrych, trzeci głupi. Kiedy już podrośli w lata, a pragnął by się żenili, dał im łuki i powiedział:
— Jużeście, parobki moje, podrośli w latach i sile; czas już myśléć, by wam żony smutne dwory zweseliły, bym ja stary i nad grobem wnuki swoje zakołysał! Macie łuki, puśćcie strzały; a kędy która upadnie, tam znajdziecie sobie żony.
Najstarszy naciągnął łuku i puścił strzałę z poświstem; ta upadła aż za lasem w ganku dworu cisowego; na tym ganku krasawica z złotym włosem przędła nici. Była to córka rycerza, co miał zamek, wiele dworów. I oddała mu swą rękę; stary książę zradowany, że się syn już ustanowił.
I młodszy naciągnął łuku, puścił strzałę biało-piórę, ta upadła za strumieniem, aż pod lipą rozłożystą. Pod tą lipą czarnobrewa miód zgarniała na niecułkę. Była córą ziemianina, miał dwa dwory i nie małe, jeden z drzewa modrzewiowy, drugi z cegły murowany. I oddała mu swą rękę; stary książę się radował, że się drugi syn ożenił.
A najmłodszy z lukiem w ręku, chodził smutno zadumany. Kiedy nań nadeszła koléj, puścił strzałę nad jeziorem, ta upadła aż na drugim brzegu wody, pośród błota i wyżarów.
Porwał czółno, płynie śpieszno, szuka strzały i znajduje — a tuż przy niéj brzydka żaba wielkiemi patrzy oczyma.
Z początku jéj się nastraszył, lecz patrząc co ojciec kazał, wziął tę żabę jak niewiastę, i za żonę pojął sobie. Nie byłato żaba, ale w żabiéj skórze zaklęta królewna. I przywiódł do swego dworu, posadził na łożu; a dworzanom nakazał, by jéj hołd składali. Siwy książę zasępiony, że syn jego pojął żabę.
Nadchodziły imieniny staréj księżnéj matki książąt. Więc synowe do pieczywa chleba żwawo się zabrały, i upiekły chleb wyborny, rosły, biały, kieby mleko!
Patrząc na to, płakał rzewnie, że nie ma żony niewiasty, coby także potrafiła chleb tak piękny matce upiec. Widząc te łzy czuła żaba, przemówiła k’niemu słowy:
— Nie frasuj się, mężu luby! i ja chleb upiec potrafię.
I wnet siedm dziewic wyszło i upiekły więcéj chleba, niźli dały dwie synowe. Młody książę zradowany nieść chleb każe swéj czeladzi, i statecznéj księżnéj matce, jak podarek od swéj żony, u nóg kładzie i oddaje.
Wszyscy się dziwili, że chléb taki piękny; a nie piekła go żadna pani, jeno piekła żaba!




Dwie synowe zazdrościwe wnet zaczęły robić pasy, jako dary księżnie staréj. Wyszyły je srebrem, złotem; wszystkich podziw obudzili. Patrząc na to młody książę, płakał rzewnie i zawodzi, że nie ma żony niewiasty, coby taki pas utkała. — Widząc te łzy czuła żaba, przemówiła k’niemu słowy:
— Nie frasuj się, mężu luby! ja ci pas piękny wyszyję; zaniesiesz go matce w darze.
I wnet siedm dziewic wyszło, i wyszyły pas bogaty: przetykany srebrem, złotem, dyamenty i perłami! Młody książę zradowany, niesie strojny pas bogaty i oddaje matce staréj, jak podarek od swéj żony.
Wszyscy się dziwili, że pas taki cudny, nie tkała go żadna pani, jeno szyła żaba.




Aż nadszedł dzień imienin uroczysty księżnéj staréj; dwie synowe przystrojone, już siedziały obok niéj. A gdy się użalał smutno młody książę przed swą żoną, że obecną być nie może na téj uczcie w zamku matki.
— Idź sam naprzód — rzekła żaba — a jak padać deszczyk zacznie, powiédz, że się twoja żona rosą deszczu myć zaczyna; a gdy błyśnie, że się stroi; a gdy zagrzmi, że już jedzie.
Pełen radości, idzie do zamku i życzenia matce składa. Już zastawiono podłużne stoły, i uczta zacząć się miała, aż deszczyk padać zaczyna. Spojrzał na okno, i wyrzekł głośno:
— Moja się żona już myje.
Spojrzeli wszyscy, i rzekli w duchu:
— Ot głupi! brednie nam plecie.
Zabłysło niebo; on znowu mówi:
— Moja się żona ubiera. — I prędko zagrzmi, on rzekł z radością: — O! moja żona już jedzie.
Wszyscy ciekawie patrzą w podwoje rychło się żaba ukaże, aż zamiast żaby prześliczna pani, strojna urodą i szaty, wchodzi i księżnéj staréj z pokora do nóg upada. Książę z małżonką uradowani, przechwalają wybór syna; ten w radości, w uniesieniu, biegnie co prędzéj do swego dworu, lecz nikt powodu nie zbadał.
Przy stołach siedzą, jedzą i piją; dwie synowe z gniewem patrzą na urodę swéj bratowéj, goście wszyscy podziwiają krasotę młodéj księżniczki.
Nagle biedna się zerwała, z krzykiem rozpaczy ucieka; a wtem wpada młody książę i z radością wykrzykuje:
— Jużem spalił tę skorupę brzydkiéj żaby, co mi kryła wdzięki mojéj ładnéj żony.
— Bądź zdrów — rzekła, płonąc ogniem — już mnie więcéj nie zobaczysz, miałam wkrótce wyzwolona wrócić, by żyć między ludźmi, a teraz znowu zaklęta na długie wieki zostałam.
Ledwo wyrzekła te słowa, zniknęła jak mgła z przed oczu; próżno szukał młody książę swojéj gładkiéj krasawicy, próżno płakał i zawodził, już jéj nigdy nie zobaczył!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Władysław Wóycicki.