Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe (Wóycicki, 1876)/Przypisy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Władysław Wójcicki
Tytuł Klechdy, starożytne podania i powieści ludowe
Wydanie trzecie pomnożone
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Andriolli, Kostrzewski, Sypniewski, Pillati, Witkiewicz, Gerson
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Przypisy.



Powietrze. Ruś, Serby, Polacy, Słowaki i Litwa nawet jednakowo wystawia sobie powietrze zaraźliwe w postaci niewiasty. W Serbii i Sławonii nazywają takową niewiastę Kuga. Stare klechdy w Polsce mówią o powietrznéj niewieście jeżdżącéj na wozie o dwóch kołach. Kiedy cholera grasowała i niemałe zrządziła klęski, słyszałem górali ruskich, Hucułów, po tamtéj stronie Prutu, i Rus Pokucia, między Prutem a Dniestrem opowiadającą, że w postaci niewiasty (newisty) obnoszoną była po siołach i miastach. Ztąd przybyło nowe w ich narzeczu przekleństwo: „Szob tebe cholera nie minuła“.
Mickiewicz o téj niewieście pisze: „Lud prosty w Litwie wyobraża morowe powietrze w postaci dziewicy; przytoczę w treści przynajmniéj słyszaną niegdyś w Litwie balladę. We wsi zjawiła się morowa dziewica, i według zwyczaju przeze drzwi lub okno wsuwając rękę i powiewając czerwoną chustką, rozsiewała śmierć po domach. Mieszkańcy zamykali się warownie; ale głód i inne potrzeby wkrótce zmusiły do zaniedbania takowych środków ostrożności: wszyscy więc czekali śmierci. Pewny szlachcie, lubo dostatecznie opatrzony w żywność, i mogący najdłużéj wytrzymać to dziwne oblężenie, postanowił jednak poświęcić się dla dobra bliźnich; wziął szablę na któréj było imię Jezus i imię Marya, i tak uzbrojony, otworzył okno domu. Szlachcic jednym zamachem uciął straszydłu rękę i chustkę zdobyl. Umarł wprawdzie, i cała jego rodzina wymarła, ale odtąd nigdy we wsi nie znano morowego powietrza.“

Oczy uroczne. O uroczych, urocznych oczach, często zasłyszéć można tak w Polsce jako i na całéj Rusi. Są baby po wsiach, które dochodzą, puszczając wegle na wodę, czy choroba z uroku pochodzi, i umieją takowy leczyć. W województwie Podlaskiém, w osadach ruskich, w roku 1828, poznałem starca wielce wziętego, co umiał odczyniać urok, czyli uzdrawiać z choroby, urocznémi oczyma zadanéj.
Najprzód nad słabym mruczał niewyraźne słowa; poczém dmuchał trzy razy od nóg do głowy, jakoby zdmuchiwał słabość. Z dalekich stron zbiegali się doń Rusini i Rusinki, znosili dary i pieniądze; a starzec przez to należał do najzamożniejszych gospodarzy.
Dotąd najpospoliciéj oczy mocno wypukłe i zapadłe, w brzydkiém obliczu, pochmurne, uroczemi lud nazywa.

Serce zajęcze. O wyjmowaniu serc ludziom przez czarownice mówi Wuk Karadzicz, opisując podania serbskie. U nas oprócz téj klechdy, spisanéj wiernie wedle starego podania, słyszałem w mojéj młodości opowiadających, że dla zjednania miłości wzajemnéj, czarownice przysmażali serca ludzkie w rynkach z masłem, i za pokarm podstawiały.
Jeżeli dziewczyna przyszła do baby, narzekając, że ją parobczak nie chciał kochać, czarownica usypiała dziewczynę, wyjmowała jéj serce, i usmażywszy, dała zjeść wskazanemu parobkowi, który natychmiast się w onéj rozkochał dziewczynie, i ożenił. Dzieci wszakże z tego małżeństwa, a szczególniéj chłopcy byli wielcy tchórze; bo matka dać im odwagi nie mogła, nie mając serca.
Słyszałem powieść także, że innemu parobkowi wyjąwszy jego serce czarownica rozgniewana, wsadziła piejaka (koguta). Od téj chwili chłopak nie chciał nie robić, jeno skakał po plotach i na grzędy, a ciągle piał jak kogut.
O skórzanych mostach słyszałem wieśniaków rozpowiadających. Gdym zwiedzał Pieskową-skałę, przewodnik mój opowiadał, że Szafraniec z Pieskowéj skały zamku, zarzucał most skórzany na najbliższą skałę, i wychodził na wyprawę. W okolicach Krzemieńca dwie góry, Czarczą i Zamkową miał połączać most rzemienny, który Bona kazała zarzucić.

Porwany wichrem. Na Rusi całéj po nad Dniestrem, Prutem, Sanem, Stryjem, Łomnicą i Bugiem, jak w Polsce nad Wisłą, Narwią i Wartą, o tém do dziś dnia zasłyszéć można, sposób na to podają: nóż nowy utkwić w progu izby, i zakląć tajemnemi słowy.
Według mniemania ukraińskiego ludu, wiatr kręcący się po polu, który wreszcie po tamtejszych nieobejrzanych płaszczyznach nierzadko widziéć, jest coś niezmiernie złego. Opowiadają przykłady o ludziach, który wicher ten spotkał na swojéj drodze i którzy odtąd nie wiedziéć gdzie zniknęli. Inną raza nóż poświęcony, rzucony w słup kręcącego się wichru, upadł na ziemię w tém miejscu krwią obryzgany. Do tego wyobrażenia ludu stosuje się wiersz w Maryi Malczeskiego:

„Ale bo téż na stepie czart harce wyprawiał.“

Z tego wyobrażenia czytamy przemowę kozaka do widma w zamku Kaniowskim:

„Stójże mi, widmo! nóż to doświadczony,
I poświęcony, i dobrze ostrzony.
Rzuć go na wicher, co tańczy po drodze;
A gdzie się kręcił, świeżą krew zobaczysz,
Jeżeli tylko dotrzymać mi raczysz,
W Bogu nadzieja! dobrze cię ugodzę.“


Djabli taniec. W powieści téj, djabeł zmuszony wypełnia dół od kartofli złotem. Krążą przecież dotychczas podania, że bies zakupywał za życia ludzkie dusze. Bardzo powszechna jest powieść o kmieciu, który potrzebował pieniędzy. Poszedł więc do lasu, i zaczął głośno przywoływać djabła.
Stanął wezwany, i zrobił umowę z kmieciem, że mu da ćwierć dukatów; a jeżeli w oznaczonym czasie nie powróci, duszę jego po śmierci porwie jak swoją. Kmieć w ciemię nie bity, wcześnie wykopał dół głęboki, i postawiwszy nad nim ćwierć bez dna, czekał w umówionéj dobie.
Zerwał się wicher gwałtowny, i zaraz bies stanął z ogromnym worem złota. Wsypał w ćwierć oną, i aż pokręcił głową z podziwu, widząc, że złoto znikło w dole; przynosił więc wór po worze, i dziewiątym dopiéro, ćwierć całą wypełnił, zabrał złoto, i na czas wyznaczony wprawiwszy dno w ćwierć tę samą, oddał djabłu pełną dukatów, a, ten sic: ani domiarkował podstępu kmiecia. Tym sposobem zyskał nic mulo pieniędzy i był bogaty.
Inna powieść znowu miasto ćwierci, garnek dziurawy podaje i ten warunek oddania pieniędzy, aż wszystkie liście z borów i lasów opadną. Nadeszła zima, bies o swoją należytość upomina; ale wieśniak pokazuje mu jodły i sośninę zieloną. Rozgniewany biegnie, obrywa rękoma i zębami jodły i sosny; ale widząc, że rady nie da, uciekł zawstydzony, że go kmieć oszukał.

Jonek. Cała klechda jest wiernie spisaną z podań ludu polskiego i ruskiego. Do dzisiaj po nad Prutem i Dniestrem wybiera lud drzewo na skrzypce lub fujarki, które szumu wody nie słyszało ni piania koguta.

Wilkołaki. Wilkołak, wilkołek, u nas i u Rusi znaczy człowieka czarami zamienionego w wilka. Nazwa ta przecież u Serbów, u Morlachów (vacodlac) i u Czechów oznacza upiora; nie zasłyszy téż u tych pokoleń słowiańskich, podobnych naszym powieści. Co do postaci zewnętrznéj, potwór ten samym tylko ogromem ciała różnić się ma od zwyczajnego wilka. Cechuje go jak powiadają zuchwałość, iż ślepo rzuca się na ludzi, kaleczy i zabija; szczególniéj zaś ma być pożądliwy na krew młodocianą, i ztąd najwięcéj napada małe dzieci.
O ile badałem ten przedmiot z całą uwagą i bacznością, powieści o wilkołakach, teraz szczególniéj, są znane w osadach ruskich Podlasia wzdłuż Bugu. Nad Dniestrem mało o tém zasłyszéć mogłem, lubo A. Naruszewicz, chce tam szukać śladów Neurów, podług Herodota, co znając sztuki czarownicze, w pewnych dniach roku mogli się zamieniać z ludzi w wilków i znowu do ludzkiéj wracać postaci[1].
Czarowniki i czarownice, wedle podań ludu, mają sposoby i władzę przemienienia w wilka każdego człowieka, którego jéno zechcą. W dawném województwie Podlaskiém, we wsi Chłopkowie, niedaleko miasteczka Łosic, w czasie obrzędu weselnego przyszła rozgniewana czarownica, w chęci zemszczenia się, i przemienienia nowożeńców w wilkołaki. Jakoż pas, którym się w stanie przewiązywała, skręciwszy, pod próg domu podłożyła, i nadto: Łyka krutiła z lipiny, i waryła, i toioj wodoju podliła pid lude, (łyka kręciła z lipiny, i warzyła, i tą wodą podlała ludzie). Mówiła mi wieśniaczka, która znała osobiście czarownicę — a to się stać miało między 1821 a 1822 r. — Skoro nowożeńcy z drużyną weselną przeszli próg domowy, pan młody z kniahynią i sześcią drużbami, przemienieni w wilkołaki, uciekli z chaty, i trzy lata wilkami byli. Przez cały czas podbiegali pod mieszkanie czarownicy, wyjąc przeraźliwie. Gdy nadszedł dzień mający być końcem ich ciężkiéj pokuty, zgromadzeni pod progiem złéj baby, wyli żałośnie; czarownica wyszła z izby z kożuchem, wełną na wierzch obróconym, i każdego nim z osobna okrywając, przy wymawianiu formuł tajemnych, przywracała napowrót do postaci ludzkiéj. Lecz, że panu młodemu nie okryła kożuchem ogona, chociaż wrócił do ludzkiéj postaci, ogon wilczy pozostał; aż w dni kilka, czarownica tymże sposobem, uwolniła go od téj zbytecznéj ozdoby.




„Lubo czarownicy — mówi St. z Łazów Duńczewski, głośny wydawca kalendarzy[2] nie mogą istoty odmieniać w wołu, w konia, albo w insze bydlę lub zwierzę, mogą jednak powierzchownie odmieniać w jaką chcą bestya, i przydać jéj akcyą takiego zwierzęcia. Tacy bywali na Żmujdzi, Polesiu i w innych prowincyach Polski, wilkołacy.“
Powieść następna podaje jeszcze inne sposoby na wilkołaki, jak im przywrócić postać ludzką. Przez jednę wieś nad Bugiem, przechodził żołnierz właśnie, kiedy się odbywało wesele. Pan młody, zagrzany trunkiem, poszczuł go psami; rozgniewany żołnierz, zaczarował, krzyknąwszy z gniewem: „Pamiętaj! ty, co mnie szczujesz, zobaczysz jak na ciebie będą też same psy szczekały“. I całe wesele zamienił w wilkolaki, które wiele szkody i w ludziach i trzodach narobiły. Było to w roku 1820; w parę lat potém słyszałem od strzelców — a któż im wiary nie da — że w czasie obławy na wilki, zabito trzech wilkołaków, przemienionych w czasie onego wesela, zaklęciem żołnierza. Dowody tego były najoczywistsze; albowiem pod skórą jednego znaleziono skrzypce z całym przyborem grajka; pod skórą drugiego ubiór weselny pana młodego; u trzeciego strój panny młodéj. Przed obławą jeszcze, skoro tylko wieść się o tym wypadku rozeszła, jeden z sielan ruskich postanowił odczarować te wilkołaki. W tym celu wziąwszy z sobą prosię pieczone, chleb święcony, i uzbrojony w widły, chodził po okolicy, ale napróżno. Gdyby którego napotkał, miał rzucić chléb i prosie; wilkołak pożarłszy je, byłby się nań rzucił; w onczas uderzając widłami między oczy, byłby mu postać ludzką przywrócił.
Samą nazwą wilkołaków straszono. Wieniwski, w komedyi z XVI-go wieku pod napisem: Cudowne wesele czyli Hymeneusz czarodziejski, wyprowadza chór na scenę śpiewający te groźne słowa:

„Raku nie raku,
O straszny cudaku
Cały wilkołaku!“

Ztąd poszło przysłowie: „Zażarty jak wilkołak!“ pospolite między ludem naszym, którego używają na zawziętych w bitwie, i jedzących z łakomstwem: Zażarł się jak wilkołak — Zajadł się nad misą kaszy jak wilkołak.

Dżuma-Homen. Kiedy dżuma grasowała, cale wsie stały pustkami; koguty wszystkie ochrypły i żaden nie zapiał nigdy.
Dotąd na całéj Rusi niemal, gdy gospodarz wystawi nową chatę, zamyka w niéj koguta. Jeżeli w nocy zapieje, bierze to za szczęśliwą wróżbę; w przeciwnym razie nie wprowadzi się do niéj, bo jest pewnym, że djabeł zajrzał do nowego mieszkania, a pietuch z przestrachu zapomniał głosu.
Wedle podań ludu, w czasie morowéj zarazy, widma przybierają na się tysiączne postacie, pod któremi tém łatwiéj mogliby ludziom zaszkodzić. Działają już pojedyńczo, już gromadnie. W pierwszym razie najbardziéj wystrzegać się potrzeba podwiania czyli oddechu widma; na ten koniec należy nie spać blizko drzwi lub okna. Widziano nie raz jak znalezione na drodze rzeczy, bogactwa, niewiedziéć zkąd zjawione, przerzucały się, czyli przemieniały, w dżumę, która oddechem swoim zabijała. Do wsi wchodzić nie wolno było jak tylko z rana; bo o godzinie południowéj już widma rozpoczynają gonitwy swoje. Taki wtedy strach, taka tęsknota obejmowały tych, co przybyli z lasów dla obejrzenia domów, lub dania pozostałym pomocy, że uciekali co rychléj. Koguty na cały czas zarazy chrypną, nie pieją, cóś im po połowie przegryza ogony; psy nie szczekają, za zbliżeniem się tylko widma, które im jest widzialne, warczą, rzucają się na nie, i ostrzegają panów swoich o niebezpieczeństwie; w drażnieniu ich widma mają szczególniejsze upodobanie. Ci, co po lasach błąkali się, słyszeli i widzieli naocznie to i nie raz, jak z odgłosem grzechotek, bębnów, piszczałek i śpiewów ze wsi do wsi gościńcem przeciągał homen[3]. Homen ten, czyli orszak mar, otaczał siedzącą na wzniosłym wozie dżumę. Składające go mary pomnażały się z każdą chwilą nie wiedząc zkąd; każda rzecz ożywiała się, i przerzucała w widmo. Jeżeli odstąpili na chwilę od bud swoich, niewidoma ręka tysiączne robiła im psoty; tu rozrzuciła ogień, tam poburzyła sprzęty, owdzie popsuła napoje i pokarmy, słowem nie szczędziła niczego, co tylko przekorą i złością zwać się może.
Całe rodziny łączyły się z innemi do bud wspólnych; niechże jedna osoba zachorowała, rzucali ją wszyscy, i rozpierzchali się daléj.
Zaraza do nowego tylko roku trwać mogła. Na nowy rok przed świtem, zbierały się gromady do wsi. Odbywało się nabożeństwo w cerkwi; potém ksiądz poświęcał każdą chatę; jeżeli gospodarze jéj zostali, wchodzili do niéj oknem, bo drzwiami nie godziło się; poświęcona wewnątrz, znowu mieszkalną być mogła.
Nowy rok szczególniejszą miał własność umarzania dżumy, co w rzeczy saméj z mrozów wynikać mogło.

O zaklęciach. Nie małéj wagi byłoby, gdybyśmy zebrać mogli wszystkie szczegóły i sposoby zaklęć czarodziejskich, o jakich wie dobrze lud polski i ruski. Choć w małych zarysach nasze kleehdy dają wyobrażenie o tém.
Słów potęga — jak lud wierzy — jest tak wielka, że chorobę uleczy, przemieni człowieka w zwierzę, gad, lub w ptaka; obróci w kamień i drzewo; otworzy warowne podwoje, i bramy samego piekła. Nie dosyć, potęgą słowa uśmierzyć można burze, wiatr i grady, jak zarówno je sprowadzić.
Przebiegnę teraz szczegóły, mające związek z tém, co powiedziałem, jakie mi się udało zebrać w Polsce i na Rusi.
§ 1. W Przemyskiéj ziemi między Rusinami, gdy kto komu chce złe zrobić, ten niech wetknie, ale od razu, nóż cały w próg pierwszych drzwi w chacie[4] i w duchu przeklnie; a osoba wymieniona, przeklęta, porwana siłą wichru, dopóty pędzona nim w powietrzu latać będzie, dopóki zaklinający nie wyjmie powoli noża z onego proga.
Widzieliśmy w przypisach do wilkołaków, jak czarownica, łyka kręcąc z lipiny, gotowała w wodzie, i tą wodą wesele podlała, wprzód pas, którym się przewiązywała w stanie, podłożywszy pod próg domostwa; zamieniała tym sposobem ludzi w wilki, mrucząc zaklęcie z cicha.
§ 2. Znane przekleństwo zwyczajne pomiędy ludem: Bodajeś skamieniał, lub skamieniała! zdaje się tu miéć swój początek. Nie daleko miasteczka Strzelnia (w departamencie Bydgoskim) we wsi zwanéj Młyny, znajduje się głaz ogromny, wyobrażający w oddaleniu dość dobrze postać człowieka, niosącego wodę w wiadrach. Lud okoliczny powiada, że w głaz ten przemieniła się przed laty służebna dziewczyna. Była niezmiernie leniwa, i gdziekolwiek ją gospodyni wysłała, lubiła długo bawić. Jednego razu poszła z wiadrami do poblizkiego źródła czerpać wodę, i zwyczajem swoim nie wracała długo do domu. Gospodyni zniecierpliwiona, rzekła w uniesieniu: Bógdaj taka dziewczyna skamieniała. Po czém upływa jedna i druga godzina, a dziewczyna nie wraca. Nareszcie gospodyni wychodzi z domu szukać, i znajduje z podziwieniem przemienioną wraz z wiadrami — w kamień!
Niedaleko Brześcia Kujawskiego, nad jeziorem, pokazują wieśniacy kamień duży, i upatrują w nim podobieństwo dziewczyny z grabiami, która, będąc nieposłuszną matce, gdy siano we święto grabiła, przez nią w kamień zaklętą została[5].
W Podlasiu, w obwodzie Bialskim, w pobliżu wsi Kownat, ukazywali mi wieśniacy dwa głazy ogromne, do których przywiązane podanie, że jeden z gospodarzy orząc w niedzielę, od pobożnego człowieka przeklęty, skamieniał.
§ 3. W Lubelskiém uważana za czarownicę, a rozgniewana baba, że nieotrzyma tego czego żąda, albo-li-téż z samego powodu złości czy zemsty, wpośród lasu wykopuje dołek, w który kładzie jaja gęsie i siada na nich jak kura, tak blizko drogi, ażeby była widzianą. Trudno opisać przestrachu, jaki napełnia w onczas wieśniaków téj wsi z któréj jest baba, gdyż ta wykrzykuje, zaklinając wiatr i burzę, że wysiedzi tym sposobem i sprowadzi na wieś i okolicę całą grad tak wielki, jak jaja gęsie. Przestraszeni kmiecie na gwałt znoszą co zażąda, prosząc tylko, ażeby nie wysiadywała tak wielkiego nieszczęścia.
§ 4. U górali ruskich, Hucułów, za Prutem, podobnym sposobem ezarownice sprowadzają burze gradowe. Inne zaklęciem tajemném, naślą jakie brzydotę na człowieka, co pełza za każdym krokiem. Znałem w Nad-Pruciu na dolinie niewiastę, na którą czarownica z gór nasłała żabę. Żaba ta skakała w jéj ślady, skrzecząc ustawicznie. Niewiasta prześladowana, w ciemię nie bita, i znająca się na tém, wiedziała, że zabijając żabę, śmierć na siebie, poprzedzoną długą chorobą, sprowadzi. Pochwyciła więc żabę, uwiązała w weretę, co piec zatykają, i zawiesiła w kominie, podkurzając skrzeczącą wiórami uzbieranemi z 9-ciu podwórzy, z 7-miu grobów, i dróg rozstajnych. Zaledwie zanieciła dymny ogień po północy, przyszła czarownica, prosząc, aby ją wpuściła do izby, pod pozorem, że chce pożyczyć garczek kapusty, ale odpędzona, razem z żabą wysychała, i wkrótce po swoim nasłańcu umarła.
O takich zaklęciach wiele jeszcze zasłyszéć można. Tu należy i bierze początek tak pospolite przysłowie: Zaklął go jak węża, gdy chce kmieć nasz wyrazić jak sobie drugiego zobowiązał, że zrobić musi to, czego zażądał; albowiem lud wierzy, iż słowem można zakląć węża i gad zjadliwy, że szkodzić nie będzie, i tam pójdzie, kędy zaklinający wskaże.
Słowa te, czyli raczéj formuły, są zachowywane w wielkiéj tajemnicy, i mają służyć skutecznie na wyleczenie chorób w ludziach i zwierzętach, na wyciągnienie jadu gdy żmija ukąsi; mogą zgasić pożar, i wiatr uspokoić.
§ 5. W starym dyalogu: „Guślarze“ z czasów Władysława IV-go, znajdujemy podobnego rodzaju zaklęcia, które wyszydzano na publiczném widowisku[6].
Przyprowadzają do guślarki Frączka, opowiadają jéj rodzaj niemocy chorego. Ta rozkazuje mu się położyć na słomie, na krzyż złożonéj, i po szczególnych obrzędach tak chorobę zaklina:


Szczęśliwa ta matka była,
Co tego Frączka rodziła.
Poszedł ci był miły Krzysztofor,
Wziąwszy siekierę i topor,


Napotkała go osoba
I pytała się w te słowa:
— Dokąd idziesz Krzysztoforze?
A cóż ci po tym toporze?

— A to idę do Frączka,
Którego trapi gorączka:
Ratuj go we wszystkiéj mocy,
Aż zaraz z niego wyskoczy.

Niech to bolenie
Wypadnie w golenie,
Z golenia w pięty,
Daj to Panie Święty.

A jeżeli urok,
Niech wyleci za rok;
A jeżeli gościeć,
Niech uleci w paznokieć,
A z paznokcia w ziemię,
Na trzy sążenie.“

„W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego,
Niech nie trapi wszystko złe Frączka chorego.“


§ 6. Między myśliwemi, strzelcami, wiele krążyło tajemnych formuł do zaklęcia strzelby drugiemu, tak, że nigdy do celu nie bila, jak również przez zaklęcie celnego strzału. W tym razie oprócz formuły, używali ziela zwanego czartopłoch, które wprzódy wraz z innemi poświęcone było w kościele, i tém okurzali siebie i strzelby.
Ażeby rusznica nie chybiła nigdy, przy laniu kul i po zaklęciach używali wątróbki i serca z nietoperza, kładąc je w ołów roztopiony[7].
W Podlaskiém, strzelcy z osad ruskich, aby strzelba bila celnie, a zawsze położyła zwierza, zaraz, skoro tylko poświęconą zostanie woda w stawie lub rzece na Jordan, w to miejsce, gdzie ten obrzęd spełniono, zatapia do połowy lufy nabita strzelbe, a szepeząc formule, wyrywając, strzela. Takowe strzelby nazywają jordankami i z takich, choćby kto i strzelać nawet nie umiał, trafi pewnie do celu, byleby jeno dobrze wytrzymał.
Jak sobie lud uosobia „powietrze“, tak toż samo wyobrażenie przywiązuje do innych chorób. Baby, po wsiach lekarki, umieją zawiązywać chorobę, to jest odebrać ją od osoby, pochwycić, a w płachtę uwinąwszy, rzucą na rozstajne drogi[8]. Na Rusi, w Podlasiu naszém tego używają sposobu na wielką chorobę, febry i gorączki; ztąd po drogach znaleźć można wiele płacht, fartuchów i kawałów płótna porzuconych, których wszakże nikt z wieśniaków nie podejmie; bo wierzy, że zarazby się doń choroba przeniosła, i w ciało wstąpiła[9].
Kiedy morowa zaraza trapiła dawniejszemi laty Rus i Polskę, lud przypisywał to oddechowi licznych upiorów, co dyszały pod mogiłami wśród dnia, a w nocy opuszczali wilgotne posłanie, by trapić ziemię. Ztąd wieśniacy i polscy i ruscy, zaraz jak usłyszeli o zarazie wbiegali na cmentarze, zatykając szczelnie wszelkie otwory, jakie dojrzéć mogli w mogiłach lub w ich pobliżu.




W klechdzie Djabli taniec jest napomkniętém o strzelaniu do biesa srebrnym guzikiem i z prawego oka. Jakoż ten sposób Mazury i Krakowiacy uważają za niezawodny, aby djabła, co kręci wichrem, zabić, lub zranić tak trafnie, że się więcéj nie pokaże. Bywali ludzie, których się żadna kula nie jęła. Takie mniemanie mieli Kurpie o Karolu XII, takie górale ruscy za Prutem, Hucuły, i Ruś dolin, o sławnym rozbójniku swoim (opryszku), Doboszu, którego imię brzmi w pieśniach ruskich dotąd. Srebrna kula ma miéć podobną władzę jak i srebrny guzik. W podaniach gminnych Szwecyi, przesąd podobny znajdujem. Lud tam opowiada o duchu Skogs-ra (pan lasów), co śpiewaniem swojem napełnia gaje. Okazuje się on czasem myśliwemu, jużto w postaci pięknéj nimfy, jużto przelatując z hukiem po nad głową, a nawet ma upodobanie prześladować go, to spuszczając nań deszcz wśród najpiękniejszéj pogody, to zsyłając czary na jego strzelbę tak, że przez wiele dni żadnego ptaka zastrzelić nie może. Jednakowoż, jeżeli uda się myśliwemu rzucić kawałek żelaza lub stali w czasie przechodu Skogs-ra, czary jego zostają zniszczone[10].







  1. Tom I.
  2. Kalendarz polski i ruski 1759 r. in 4-to.
  3. M. Gosławski, przypisy do poematu: Podole.
  4. Próg w chacie od pierwszéj izby jest wiele znaczącym, jak widzimy. Ruś tak go téż szacuje, że szczególnie się wystrzega, aby nań co nieczystego nie wylać.
  5. Pieśni ludu Biało-Chrobatów, Mazurów, i Rusi z nad Bugu. K. Wł. Wójcickiego t. 1 str. 89.
  6. Bachanalia, czyli dyalogi z intermedyami, reprezentowane na teatrach szkolnych, w jedne opus zabrane, 1640 in 4-to, II. Juszyński, C. 2 str. 391.
  7. Dzień św. Sebastyana uważają myśliwi za najpomyślniejszy, albowiem w nim nigdy chybić nie można.
  8. Gdy uderzenia krwi burzą czyj sen, wyciskają jęk lub krzyki, nazywa to lud że zmora dusi. Zmora ta ma być rodzaju ducha, który dosiada młodych parobczaków, i męczy dziewczęta. Aby cierpiącą osobę uwolnić od niéj, potrzeba zbliżyć się najciszéj z próżną butelką, i lekko ręką od głowy przesuwać, nadstawiając otwór naczynia; przy samych nogach go zatkać, a zmora w butelce znajdzie się czy w postaci pchły, lub odrobiny słomy. Tak schwytaną zmorę należy zakopać z butelką w ziemię, a osoba, na któréj ją złapano, wolną od téj słabości zostanie.
  9. Pobożniejsi, płachty takie, koszule swoje, lub dzieci, nie rzucają na drogę, ale zawięzują po krzyżach czyli figurach.
  10. Nouv. Ann. des voyages, mai 1826.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Władysław Wóycicki.