Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj/Księga druga/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Hugo
Tytuł Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Tokarzewicz
Tytuł orygin. Notre-Dame de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


I.Z Charybdy w Scyllę.

W Styczniu noc wcześnie nadchodzi. Ściemniało już na dworze, gdy Gringoire opuścił Pałac. Mrok ten zapadłego wieczora był mu po sercu; pragnął czémprędzéj zasunąć się w jaką odludną i cichą uliczkę, by módz swobodnie zatopić się w myślach, i aby filozofia pierwszy położyła plaster na ranę poety. Filozofia jedynym mu zresztą była przytułkiem. Do mieszkania, które zajmował przy ulicy Grenier-sur-l’Eau, naprzeciw przystani Siennéj, nie śmiał już i zaglądać po tak jawnym upadku walnéj swéj próby teatralnéj. czywszy się na wynagrodzenie, jakie się spodziewał otrzymać za swoje misteryum od wielmożnego marszałka pałacowego, widział jak na dłoni, że nie ma czém zapłacić mistrzowi Wilhelmowi Doulx-Sire, dzierżawcy kopytkowego myta od bydła racicznego miasta Paryża, należnéj mu za sześć miesięcy raty komornego, to jest dwunastu soldów paryzkich — summy dwanaście razy większéj od téj, jaką na nędznym tym świecie posiadał, włączając w to swe rajtuzy, swą koszulę i swój kaszkiecik. Przytulony tedy tymczasowo u małéj furtki więziennéj skarbnika kaplicy świętéj, rozmyślał w którąby się stronę udać, by znaleźć jakie takie legowisko na noc; jakoż przypomniał sobie niebawem, że jeszcze zeszłego tygodnia upatrzył był u drzwi pewnego radcy parlamentu rodzaj podnóżka do włażenia na mulicę, który to kamień, jak sobie wówczas powiedział, ujśćby mógł w potrzebie za doskonałą poduszkę pod głowę żebraka lub poety. Podziękował Opatrzności, że mu zesłała tak świetny pomysł, i już się zabierał do przejścia przez plac trybunalski, w zamiarze dostania się do zwoistego labiryntu Starego Miasta i jego wężowato-pokręconych siostrzyc, ulic Bednarskiéj, Staro-Sukienicznéj, Szewckiéj, Żydowskiéj, e t. c. , po dziś dzień wijących się szeregami domów dziewięciopiętrowych; gdy w téj-że chwili ujrzał czeredę króla błaznów, wysuwającą się również z Pałacu, i rzucającą się w poprzek dziedzińca z wielkiemi okrzykami, ze światłem pochodni i kapelą, wprost ku niemu, Gringoirowi. Widok ten wznowił cierpienia jego miłości własnéj; skoczył więc w stronę przeciwną co tchu starczyło. Zgryzionemu niepowodzeniem dramatyczném, wszystko co tylko przypominało niedawną uroczystość. krwawiło i piekło niezagojona ranę.
Chciał zawrócić na most S-to-Michalski; dzieciaki biegały po nim w jedną i w drugą stronę z ognistemi lancami i pukawkami.
— Choroba-by porwała te świeczki fajerwerkowe! — rzekł Gringoire i skręcił ku mostowi Wekslarzy. Przed domami u wstępu na most wystawiono trzy wielkie transparenty, przedstawiające króla, Delfina i Małgorzatę Flandrską, oraz sześć mniejszych z purtretami księcia austryackiego, kardynała Burbona i Pana z Beaujeu, księżniczki Joanny francuzkiéj, jakiegoś malca krwi pono burbońskiéj, i Bóg wić czyj tam jeszcze; wszystko razem oświecone pochodniami.
— Szczęśliwy malarz Jehan Fourbeault! — rzekł Gringoire z głębokiém westchnieniem, i tyłem się odwrócił od transparentów i transparencików.
Miał przed sobą uliczkę. Wydała mu się tak ciemną i opuszczoną, że śród niéj spodziewał się znaléźć nareszcie osłonę przed wszystkiemi odgłosami i odblaskami uroczystości. Zagłębił się w nią. Po kilku minutach potrącił nogą o jakąś przeszkodę; zachwiał się i padł jak długi. Była to wiązanka świąteczna, złożona z rana przez dependentów i aplikantów palestranckich u drzwi jednego z marszałków trybunału, na cześć i pamiątkę uroczystego dnia. Gringoire heroicznie zniósł nową tę przygodę; podniósł się i dopadł do brzegu rzeki. Zostawiwszy za sobą wieżyczkę cywilną i wieżę kryminalną, minąwszy oraz, śród wybrzeży nie brukowanych, których błoto po kostki mu dochodziło, wielki mur ogrodów królewskich, znalazł się na zachodnim cyplu Starego Miasta i jął czas jakiś przypatrywać się wysepce Wypasaczy krów, zajętéj późniejszemi czasy pod konny bronzowy posąg Henryka IV-go na Nowym Moście. Wysepka przedstawiła mu się w cieniu, jako ciemna massa lądu, położona z drugiéj strony wązkiego prądu wody białawéj, i prądem tym od niego odgrodzona. Przy blasku drobnego światełka ztamtąd promieniejącego, na wysepce można było wyróżnić rodzaj budy w kształcie ula, w któréj pastuszkowie bydła na noc się chronili.
— Szczęśliwy pastuszku krów! — myślał Gringoire, — nie śni ci się chwała i nie tworzysz dyalogów! Cóż cię obchodzą królowie żeniący się i księżniczki burgundzkie? Nie znasz innych małgorzatkowych kwiatków, okrom tych, które w swéj króbce kwietniowéj bydełku do żucia podajesz! A ja, poeta, wygwizdany i niezrozumiany, trzęsę się oto od zimna, nie mam ani feniga na opłacenie dwunastu soldów długu, a moje podeszwy tak są już cienkie, że mogłyby służyć za szyby do latarni. Ach, Bóg zapłać ci, pasterzu krów! Chatka twa przynosi ulgę mojemu oku i każe zapomniéć o Paryżu!
Z lirycznego tego uniesienia obudziła go podwójna pukawka święto-jańska, która niespodzianie huknęła z błogosławionéj onéj szopki. Była to oczywiście sprawka któregoś pastuszka, wtykającego swoje trzy grosze w wir zabaw publicznych, i ku własnéj uciesze próbującego ogni sztucznych.
Gringoire całém ciałem drgnął na nowy ów cios uczuciom swym zadany.
— Przeklęte święto! — zawołał — czyliż wszędzie będziesz mię prześladowało? Mój Boże! nawet tu u tych pastuchów!
I spojrzał na Sekwanę u stóp swych rozciągniętą, zdjęty okropną pokusą:
— O! — powiedział — jakżebym chętnie skoczył do wody, gdyby woda choć trochę mniéj była chłodną.
Wtedy to porwało go postanowienie rozpaczliwe; a mianowicie: ponieważ niepodobna mu było odczepić się ani od króla błaznów, ani od transparentów Jehana Fourbeault, ani od wiązanek powinszowalnych, ani od ognistych pochodni, ani od pukawek, zamierzył przeto pójść śmiało na spotkanie losów złowrogich i zajrzéć w samo serce pohulanek ludowych, co znaczyło: udać się na plac grevski.
— Znajdę tam może — rozważał w duchu — choć jedno jakie polanko świątecznego ognia, przy którém się pogrzeję, i dostanę na wieczerzę parę okruszyn z trzech wielkich królewskich tarcz cukrowych, któreć musiano tam ustawić na placach publicznych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: Józef Tokarzewicz.