Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj/Księga ósma/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wiktor Hugo
Tytuł Katedra Najświętszéj Panny Paryzkiéj
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1876
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Tokarzewicz
Tytuł orygin. Notre-Dame de Paris
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.Matka.

Nie sądzę, aby na świecie było coś weselszego od tych myśli, jakie się w sercu matki budzą na widok małego trzewiczka jéj dziecka; szczególnie, jeżeli to trzewiczek świąteczny, niedzielny lub chrzestny; trzewiczek wyhaftowany aż do podeszewki; trzewiczek w którym dziecko nie uczyniło jeszcze ani jednego kroku. Trzewiczek ów ma tyle wdzięku i tak jest mały, tak w nim zdaje się trudno chodzić, że matka czuje się szczęśliwą, jakby patrzała na swe dziécię. Uśmiecha się doń, całuje je, z niém rozmawia. Zapytuje sama siebie, czy być może, aby naprawdę istniała nóżka tak mała?... W nieobecności dziecięcia, dość trzewiczka, by oczy matki mogły oglądać aniołka swego. Jest pewną, że widzi swe dziécię, widzi je całe, żyjące, wesołe, z rączkami drobnemi, okrągłą główką, różowemi usteczkami, jasnemi oczętami, których białka są błękitem. Jeśli to zima, dziécię bawi się oto niezawodnie w pokoju, na kobiercu, z trudnością włazi na stołek, a matka drży, aby przypadkiem nie chwyciło za iskrę, za piecyk rozgrzany. Jeśli lato, czołga się na dziedzińcu, w ogrodzie, wyrywa trawę z pomiędzy kamieni, spogląda naiwnie na wielkie psy, wielkie konie, ale się ich nie lęka, igra z muszlami, z kwiatkami, i gniewa ogrodnika, który burczy znajdując piasek na klombach i ziemię w alejach. Wszystko się śmieje, wszystko rozpromienione, wszystko bawi się w około niego, jak i ono samo: nawet wietrzyk, który dmucha, nawet promień słoneczny, który radośnie zanurza się w rozwiane sploty jego włosków. Trzewiczek wszystko to matce pokazuje i roztapia jéj serce, jak ogień wosk roztapia.
Lecz gdy dziecko zniknie, wszystkie te obrazy radości, wdzięku, czułości, jakie się skupiają w około trzewiczka, stają się okropnemi wspomnieniami. Mały trzewiczek haftowany przemienia się w narzędzie tortury, które wiecznie kraje serce matki. Wprawdzie zawsze jedna i ta sama drga struna, struna najgłębsza i najczulsza; ale nie anioł już się z nią pieści, tylko draźni ją szatan.
Pewnego poranku, podczas gdy słońce majowe wschodziło na niebie ciemno-błękitném, jakiego Garofolo zwykle używa za tło dla swoich zdjęć z krzyża, pustelnica z Wieży-Rolandowéj usłyszała turkot wozów, tentent koni i brzękania żelaztwa, dolatujące do niéj z placu-Tracenia. Mało na to zwróciła uwagi: nasunęła włosy na uszy, aby jéj nie przeszkadzano, i ukląkłszy zaczęła się przyglądać martwemu przedmiotowi, który w taki sposób od lat piętnastu czciła. Mały ten trzewiczek, jakeśmy to już raz powiedzieli, był dla niéj całym światem. Myśl jéj w nim była zamkniętą i nie śmiała zeń wyjść, aż w godzinę śmierci. Ile gorzkich złorzeczeń, ile skarg rozczulających, prośb i westchnień posłała do nieba, z powodu tego ślicznego cacka z różowego atłasu, o tém wié jedna tylko ciemna cela Wieży-Rolandowéj. Nigdy łez więcéj nie wylano nad rzeczą piękniejszą. Tego rana zdawało się, że boleść była jeszcze gwałtowniejszą niż zwykle; nawet z ulicy można ją było słyszéć płaczącą i wyrzekającą głosem, który rozdzierał serce.
— O moja córko — mówiła — moja córko! moje biedne, drogie małe dziecię, nigdy już więc cię nie zobaczę! wszystko więc stracone! Zdaje mi się ciągle, że to się wczoraj stało! Mój Boże, mój Boże! lepiéjby było, gdybyś wcale mi jéj nie dawał, jeśli tak prędko miałeś mi ją odebrać. Czyż nie wiesz, o Boże! że nasze dzieci wiążą się z naszemi wnętrznościami, i że matka, która straciła swe dziécię, przestaje wierzyć w Opatrzność?... Ach! jakże karygodną byłam, wychodzące dnia owego!... Panie! Panie! jeśliś mi ją odebrał, to chybaś nie widział mię nigdy z nią razem, kiedy uśmiechnięta i milutka grzała się przy ogniu, kiedy ssące uśmiechała się do mnie, kiedym uczyła ją stąpać małemi nóżkami po piersi od pasa aż do ust! O! gdybyś to widział, mój Boże, ulitowałbyś się nad moją radością, nie odjąłbyś mi jedynéj miłości, jaka pozostawała w mém sercu! Czyż tak już nędzną byłam istotą, Panie, że nie chciałeś spojrzéć na mnie przed wydaniem wyroku?... Niestety! niestety! oto trzewiczek; gdzież nóżka? gdzież reszta? gdzie dziécię? Moja córko, moja córko! co oni z tobą zrobili? Panie, oddaj mi ją! Przez piętnaście lat kaleczyłam kolana modląc się do Ciebie, Panie! czyż tego nie dość? Oddaj mi ją na jeden dzień, na minutę: na jednę minutę, Panie! a potém rzuć mię na wieczność szatanowi! O! gdybym wiedziała, gdzie się ciągnie poła twéj szaty, uczepiłabym się jéj obiema rękami i musiałbyś mi wrócić moje dziecko! A ten mały ładny trzewiczek, czyż nie litujesz się nad nim, Panie! Czyż możesz skazać biedną matkę na te piętnastoletnie katusze? Matko Boska! Panno Najświętsza! moje dzieciątko-Jezus zostało mi odebraném, skradzioném, zjedzono je w lesie, wypito krew z niego, zdruzgotano mu kości! Bogarodzico, zlituj się nademną. Moją córkę! muszę miéć moją córkę! Cóż mi po tém, że ona w raju? nie żądam od was anioła, żądam mego dziecka! Jestem kobietą... jestem owcą; chcę odzyskać moje jagniątko... O! będę gryzła ziemię, kamień rozbiję czołem, zgubię swą duszę, przeklnę wszystkich Twych Panie posłańców i aniołów-stróżów, jeśli zatrzymasz mi moje dziécię! Widzisz, Panie, że mam ręce pokąsane! czyliżby i tu w niebie nie było litości?.. O! nie dawaj mi nie prócz chleba i soli, tylko wróć mi córkę, niech mię ogrzeje, jak słońce! Niestety! Boże mój i Panie, nędzną jestem grzesznicą, ale moja córka czyniła mię bogobojną. Przez miłość ku niéj byłam pełną wiary, i widziałam Cię w jéj uśmiechu, jakby w niebie... O! gdybym tylko mogła raz jeszcze, jeden raz tylko, jeden jedyny raz włożyć ten trzewiczek na jéj małą nóżkę różową, a umarłabym, Panno miłosierna, błogosławiąc Cię i wielbiąc!... Ach! piętnaście lat! byłaby już słuszną teraz!... Nieszczęsne dziecię! jakto! więc to prawda, już jéj nie ujrzę, nawet w niebie! bo do nieba nie pójdę. O! co za okropność! oto jéj trzewiczek, i to wszystko! — Nieszczęśliwa rzuciła się na trzewiczek, samotny przedmiot jéj zachwytów i rozpaczy od lat tylu, i wnętrzności jéj rozdzierały się, jako w pierwszym dniu bólów macierzyńskich; dla niewiasty bowiem, która straciła swe dziécię, dzień pierwszy trwa ciągle. Boleść ta nigdy nie starzeje. Napróżno czarne suknie niszczą się i myją; serce zawsze pozostaje w żałobie. Tak płakała, tak cierpiała worecznica biedna. Nie byłoby chyba końca tym żalom, gdyby świeże i wesołe głosy dziecięce nie dały się były słyszéć naraz przed celą... Nieszczęśliwa matka! Ile tylko razy spostrzegała dzieci, lub głos ich słyszała, biegła wraz w najciemniejszy kąt swego grobu i przytulała się do ściany, jakby chciała głowę wbić w kamienie, aby ich nie słyszéć. Tym razem przeciwnie, podniosła się nagle, i łapczywie chwytała dźwięki dziecięcéj mowy. Jeden z małych chłopców właśnie zawołał:
— To dziś mają wieszać cygankę.
Gwałtownym skokiem owego pająka, któregośmy widzieli, jak się to rzucił na muchę przy pierwszém drgnięciu siatki, pustelnica podbiegła do okienka wychodzącego na plac-Tracenia. W rzeczy saméj, obok szubienicy stała drabina, a kat czyścił zardzewiałe od deszczu łańcuchy. W około tłum zaczynał się gromadzić.
Śmiejąca się gruppa dzieci była daleko. Worecznica poczęła szukać wzrokiem przechodnia, któregoby się mogła zapytać. Zatrzymała oczy na jakiéjś postaci duchownéj, na zakonniku, który stał w blizkości celi i zdawał się czytać w brewiarzu publicznym; ale daleko mniéj był naprawdę zajęty księgą zakratowaną, niżeli szubienicą, na którą od czasu do czasu rzucał ponure i posępne spojrzenia. Pustelnica go poznała; był to archidyakon Jozajski, święty człowiek.
— Mój ojcze — odezwała się — kogoż to mają wieszać?
Ksiądz spojrzał na nią i nie nie odpowiedział; powtórzyła pytanie. Wówczas rzekł:
— Nie wiem.
— Dzieci mówiły tu, że ma to być cyganka, czy prawda? — nastawała pustelnica.
— Mniemam, że tak jest — powiedział.
Oczy staréj błysły żądzą hyeny.
— Siostro moja — spytał archidyakon — azaliż tak bardzo znieść nie możesz cyganek?
— Czy ich znieść nie mogę? — wrzasła pustelnica — upiorzyc tych? wiedźm tych, kradnących dzieci? czy je znieść mogę? Toż to one mi pożarły córeczkę moją, dziécię moje, jedyne moje dziécię! Ani kawałeczka serca już nie mam, zjadły mi.
Przerażającą była. Kapłan patrzał chłodno.
— Jednę z nich szczególniéj przeklinam, jednéj z nich nienawidzę — mówiła daléj; — to ta mała, mająca może akurat lat tyle, ileby miała moja córka, gdyby matka jéj nie pożarła była méj biednéj... Każdym razem, gdy jaszczurka ta przesuwa się około méj celki, krew mi się burzy i wszystko się we mnie przewraca...
— Jeżeli tak, siostro moja, to się pociesz — rzekł ksiądz zimny jako posąg mogilny. — Ową to małą cygankę ujrzysz niebawem na szubienicy.
Głowa mu opadła na piersi, i oddalił się zwolna.
Worecznica podniosła ręce radośnie.
— A czy nie przepowiedziałam jéj tego?... Bóg zapłać, księże!
I zaczęła się przechadzać wielkiemi krokami przed kratkami otworu celi, rozkudłana, z okiem płomieniącém, tłukąc się ramionami o mury, z dzikim wyrazem wilczycy, zamkniętéj a zgłodniałéj oddawna, która odczuwa zbliżającą się godzinę żeru.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: Józef Tokarzewicz.