Kartka miłości/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Kartka miłości
Podtytuł Powieść
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Lux
Druk Druk „Rekord“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Une Page d’amour
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


XX.

Joanna z oczami, utkwionemi we drzwi, została w głębokim smutku po nagłem wyjściu matki. Obejrzała się, pokój był pusty i cichy; ale słyszała jeszcze odgłos szybkich kroków, co się oddalały, szmer sukni, trzask drzwi gwałtownie zamkniętych. A potem nic już. Pozostała sama.
Sama, sama. Na łóżku kaftanik matki rzucony; suknia, której rękaw jeden padł na wałek, dziwnie się ułożyła, jak osoba, która w bezmiernej boleści rzuciła się, łkając na łóżko. Bielizna walała się tu i ówdzie. Czarna chustka tworzyła na podłodze żałobną plamę. Krzesła porozstawiane, stolik przysunięty do szafy, a między tem wszystkiem ona sama; łzy dusiły ją, kiedy patrzała na tę suknię matki, której nie było, suknię, sztywnie fałdującą się jako na umarłej. Złożyła rączki i raz jeszcze zawołała: „Mamo! mamo!“ Obicie aksamitu stłumiło jej głos. Skończyło się była sama.
Czas upływał. Trzecia godzina wybiła na zegarze. Przez okno wchodziło światło blade, niepewne. Ciemne chmury przesuwały się po niebie. Przez szyby, pokryte lekką wilgocią, widać było Paryż, nie wyraźnie rysujący się pośród mgły, i dalekie okolice jego przysłonięte dymami. Miasto nawet nie dotrzymywało towarzystwa biednemu dziecięciu, jak to bywało za dni jasnych, kiedy zdawało się jej, że wychyliwszy się tylko trochę, ręką dotknie ulic jego.
Co miała robić teraz? Małe jej rączki rozpaczliwie zacisnęły się na piersiach. Opuszczono ją, wydawało się jej to tak okropnem, tak niesprawiedliwem i złem, że szalała się z gniewu. Nie zdarzyło jej nigdy nic podobnie przykrego; sądziła, że teraz wszystko już zniknie, i nic nie wróci do dawnego porządku. Potem spostrzegła przy sobie na fotelu lalkę swą, plecami opartą o poduszki, z nogami wyciągniętemi, patrzącą na nią jak człowiek. Nie była to jej lalka mechaniczna, ale wielka lalka z głową z kartonu, z włosami ufryzowanymi, oczami z emalii, których nieruchome wejrzenie mięszało ją niekiedy. Od dwóch lat ubierała ją i rozbierała. Policzki i brodę miała obdarte; członki, pokryte różową skórą a wypchane otrębami, zmiękły i wyciągnęły się jak stara bielizna. Na teraz lalka ubrana była jak na noc, w jednej koszuli; miała ręce powyciągane, jedna z nich podniosła się w górę, druga opadła na dół! Joanna, widząc, że miała kogoś przy sobie, uczuła się mniej nieszczęśliwą. Wzięła ją na ręce i mocno przycisnęła do siebie; głowa lalki odpadła w tył wraz ze złamaną szyją. I mówiła do niej, że jest najgrzeczniejszą, że ma dobre serce, bo nigdy nie wychodzi i nie zostawia jej samej. Nazywała ją skarbem swoim, małym koteczkiem, drogiem serduszkiem. Drżąc cała i powstrzymując się jeszcze od łez, okrywała ją pocałunkami.
Pieszczoty te pomściły ją cokolwiek i lalka opadła jej na ręce jak łachman. Joanna powstała, oparła czoło o szybę i patrzyła na dwór. Deszcz ustał, chmury toczyły się na horyzoncie ku wzgórzom Pere-Lachise, które tonęły w szarej mgle; na tem tle burzliwem. Paryż oświecony jednostajnem światłem, wyglądał samotnie i smutno. Zdawał się być wyludniony i podobny do tych miast widzianych w zmorze przy odbłysku gasnącej gwiazdy. Nie było to ładne, z pewnością. Dziecię, jak gdyby, we śnie dumało o wszystkich tych, których kochała od urodzenia swego. Najdawniejszym ulubieńcem jej w Marsylii był wielki rudy kot, bardzo ciężki; brała go pod brzuch, zaciskając swe małe rączki, i przenosiła z jednego krzesła na drugie, a on nigdy się nie pogniewał o to; potem znikł gdzieś; była to pierwsza psota, którą, tak pamiętała wyrządzano jej. Potem miała wróbla, ten zdechł, znalazła go nieżywego w klatce; to dwa. Nie liczyła już zabawek, które psuły się dla tego, by jej zrobić przykrość, nie rachowała rozmaitych niesprawiedliwości, nad któremi wiele cierpiała, bo była jeszcze bardzo niemądra. Jedna lalka szczególnie, nie większa od dłoni, przyprowadziła ją była do rozpaczy, dając sobie stłuc głowę; kochała ją tyle, że ukradkiem pochowała w kąciku ogrodu: później, nie mogąc się oprzeć chęci widzenia jej odkopała ją i zachorowała ze strachu, znalazłszy tak czarną i brzydką. Zawsze inni przestawiali ją pierwsi kochać. Znikali, odchodzili; dość że to zawsze pochodziło z ich winy. I dla czego tak? Ona nie zmieniała się nigdy. Kiedy kochała kogo, to już całe życie. Nie pojmowała opuszczenia. Było to coś tak ogromnego, że nie mogło się zmieścić w jej serduszku; rozsadzało je. Dreszcz ją przechodził na te bezładne myśl?, które budziły się w niej powoli. Rozstawano się, każdy szedł w swoją stronę, nie widywano się, nie kochano się i już. Z oczami, utkwionemi w Paryżu ogromny i melancholijny, stała tak zlodowaciała przed temi srogościami życia, które dwunastoletnia jej namiętność odgadywała.
Oddech jej zamglił jeszcze szybę. Ręką starła wilgoć, która przeszkadzała jej patrzeć. Zdała pomniki, opłukane deszczem, połyskiwały jak lustra. Za ogonem chmury, która zasłaniała jeszcze miasto, ukazywał się już biały promień słońca, niektóre zakątki nieba zabierały się do uśmiechu. Joanna spojrzała na dół; na wybrzeżach i pochyłościach Trocadero, ulice wracały do życia, po gwałtownym deszczu. Dorożki przesuwały się powoli: na pustych jeszcze milczących drogach omnibusy głośniej niż zwykle turkotały. Parasole zamykały się, przechodnie, którzy się byli schronili pod drzewa, ośmielali przejść z jednego chodnika na drugi;: kałuże wody spływały do rynsztoków. Joanna z szczególnem zajęciem przypatrywała się jakiejś damie i małej dziewczynce; obie bardzo ładnie ubrane stały pod namiotem kupcowej z zabawkami przy moście. Schroniły się tam zapewne przed deszczem. Mała przetrząsała sklepik, męczyła damę, chcąc dostać obręcz; obie oddalały się teraz, dziewczynka biegła, śmiejąc się i popychała obręcz na chodniku. Joannie zrobiło się bardzo smutno; lalka wydała się jej szkaradną. Chciała obręczy, chciała być tam i biegać; matka jej szłaby za nią powoli, wołając na nią, by się nie oddalali. Wszystko się mięszało. Co chwilę ocierała szybę. Zakazano jej otwierać okno; ale teraz podnosiła bunt, mogła patrzeć przynajmniej na dwór, jeżeli ją tak pozostawiano w domu. Otworzyła, oparła się na framudze, jak dorosła osoba, jak matka jej, kiedy to siadała tutaj i przestawała mówić.
Powietrze było łagodne i wilgotne; wydało się jej bardzo przyjemnie. Cień jakiś powoli zsuwał się na horyzont; podniosła głowę. Był to niby olbrzymi ptak, co z rozpostartemi skrzydłami zawisł nad nią. Była to nawałnica, gnana wichrem od zachodu. Nagle pociemniało, miasto stało się czarne, fasady domów miały barwę starej rudy. Prawie jednocześnie deszcz lunął. Wszystkie drogi i ulice stanęły pustką, jakby wymiótł. Parasole wróciły; przechodnie, uciekając na wszystkie strony, poznikali jak cienie. Stara pani jakaś obiema rękami podniosła swe suknie, a tymczasem deszcz lał jak z rynny na jej kapelusz. Można było gonić okiem za wściekłym biegiem chmury, po nad miastem; pręgi grubych kropel nizały aleje, w szalonym galopie unosząc kłęby białego kurzu, który ścieląc się po ziemi z nadzwyczajną szybkością przelatywał pola Elizejskie, wpadał do prostych, długich ulic cyrkułu Saint-Germain, przewalał się po szerokich przestrzeniach i pustych placach. W kilka sekund po za tą zasłoną, coraz gęstszą, miasto zbladło, zdawało się topnieć. Była to jak gdyby firanka, z ukosa zaciągnięta między niebem a ziemią. Pary podnosiły się; szmer ulewy napominał Ogłuszający brzęk żelaztwa.
Joanna, ogłuszona hałasem, cofnęła się. Zdawało się jej, że szary jakiś mur stanął przed nią. Ale bardzo lubili deszcz; wróciła, oparła się na oknie, wyciągnęła ręce i patrzała jak wielkie, zimne krople padały na nią. Bawiło ją to, zmokła, aż po rękawy. Lalkę musiała głowa boleć, tak jak i ją. Posadziła ją konno na pręcie, plecami opartą o ścianę. I widząc jak woda bryzgała na nią, myślała, że przynosi to jej ulgę. Lalka wiecznie uśmiechnięta, z wyszczerzonymi ząbkami, sztywnie siedziała; z jednego jej ramienia woda, pływała, a wiatr podnosił koszulę. Biedne jej ciało, z którego otręby wysypały się, trzęsło się niby od chłodu.
Dla czego matka nie wzięła jej? Woda która spływała jej po rękach, nową przyniosła pokusę, chęć wyjścia. I znowu przez zasłonę ulewy widziała małą dziewczynkę, toczącą obręcz po chodniku. Ta przecież wyszła z matką swą. I obie zdawały się być tak zadowolnione. To dowodziło, że brano z sobą małe dziewczynki, chociaż deszcz padał. Trzeba było tylko chcieć. Dla czego nie chciano? I znowu przyszedł jej na myśl rudy jej kot, który z ogonem do góry poszedł sobie po dachach naprzeciwko; potem znowu ten głupi wróbel, którego próbowała była nakarmić, kiedy zdechł, a ten udawał, że nie rozumie jej. Historye te wciąż się jej przytrafiały, kochano ją za mało. Oh! byłaby się ubrała w dwie minuty; ubierała się prędko, jeżeli chciała; Rozalia, zapinała buciki, potem paltot, kapelusz, i koniec. Matka jej przecie mogła poczekać na nią minut parę. Kiedy szła do przyjaciół swoich, nie potrącała tak rzeczy; kiedy była w lasku Bulońskim, chodziła powoli, trzymając ją za rękę i zatrzymywała się przy każdym sklepie na ulicy Passy. I Joanna nie mogła odgadnąć, nie mogła pojąć tego, co się dzisiaj stało; czarne jej brwi ściągały się, a delikatne rysy nabierały wyrazu owej zazdrosnej surowości, który czynił twarzyczkę jej podobną do twarzy starej złośliwej panny. Niewyraźnie czuła, że matka jej była gdzieś tam, gdzie dzieci nie chodzą. Nie zabrano jej, bo się przed nią ukrywano. Na tę myśl serce jej ściskało się niewypowiedzianym smutkiem; wszystka ją bolało Deszcz stawał się drobniejszy; zasłona, przykrywająca Paryż, robiła się przezroczystą. Kopuła inwalidów ukazała się naprzód, lekka i drżącą wśród błyszczącego drgania ulewy. Potem cyrkuły wypłynęły z pod fali, która cofała się, miasto zdawało się wychodzić z powodzi; z dachów jego lały się potoki, a rzeki napełniały ulice parą. Nagle wybuchł płomień, na ulewę padł promień słońca. Był to uśmiech wśród łez. Deszcz nie padał już na cyrkuły Pól Elizejskich lał jeszcze na brzeg lewy, na miasto i dalsze przedmieścia: widać było na słońcu, jak krople jego ciągnęły się niby druty stalowe, cienkie i gęste. Na prawo ukazała się tęcza. W miarę tego, jak promień rozszerzał się, różowa i niebieska barwa malowała horyzont pstrocizną, przypominającą dziecinne akwarele. Niebo się zaiskrzyło, i śnieg złoty padł na kryształowe miasto. Promień zgasł, chmura stoczyła się, uśmiech spłynął we łzach; pod ołowianem niebem Paryż uciekał z przeciągłym szmerem łkania.
Joanna z mokrymi rękawami zaczęła kaszlać. Zajęta myślą, że matka jej była teraz w Paryżu, nie czuła chłodu, który ją przenikał. Znała już trzy pomniki, Inwalidów, Panteon, wieżę świętego Jakóba, powtarzała ich nazwy, wskazywała na nie palcem i nie mogła sobie wyobrazić, jak one wyglądają z bliska. Zapewne matka jej była tam, przypuszczała, że w Panteonie, bo ten dziwił ją najbardziej ogromem swoim, stojący niby w powietrzu, jak kitka miasta. Potem zapytywała siebie. Paryż był dla niej tem miejscem gdzie dzieci nie chodzą. Nie prowadzono jej tam nigdy. Chciałaby wiedzieć, a wówczas mówiłaby sobie spokojnie „Mama jest tam i robi to“. Ale miasto wydawało się jej nadto wielkie; niepodobna odszukać w niem nikogo, Oczy jej przesunęły się na drugą stronę płaszczyzny. Może było to w tej kupie domów, na lewo, na wzgórzu? albo tu bliziutko, pod wielkiemi drzewami których obnażone gałęzie podobne były do wiązek suchego drzewa? Gdybyż mogła zajrzeć pod dachy! A ten gmach czarny, co to takiego? a ta ulica, po której biegło coś wielkiego? a ten cyrkuł, którego się bała, bo z pewnością bili się tam. Nie mogła dobrze rozróżnić; ale, nie kłamiąc, ruszało się to, coś bardzo brzydkiego, małe dziewczynki nie powinny patrzeć na to. Rozmaite nieokreślone przypuszczenia pobudzały ją do płaczu i niepokoiły dziecinną nieświadomość. Nieznany Paryż ze swymi dymami, swoim wiecznym hukiem, swojem życiem potężnem dyszał tuż pod jej stopami; czuła oddech tego przy tej miękkiej odwilży, czuła woń nędzy, śmiecia, zbrodni, od których kręciło się jej w głowie tak, jak, gdyby się pochylała nad jedną z owych zapowietrzonych studni o trujących wyziewach. Inwalidzi. Panteon, wieża świętego Jakóba, nazywała je, rachowała; a dalej już nie wiedziała nic, przerażona i zawstydzona, z upartą myślą, że matka jej była wśród tych brzydkich rzeczy, gdzieś w samej głębi, tam, nie wiedziała gdzie.
Nagle odwróciła się. Byłaby przysięgła, że ktoś przeszedł po pokoju; nawet jakaś lekka ręka dotknęła jej na mienia. Ale pokój był pusty; w tym samym nieporządku, w jakim go Helena zestawiła była; podwłośnik płakał wciąż wyciągnięty na wałku. Joanna blada powiodła wzrokiem po pokoju, i serce jej rozdarło się. Była sama, samiuteńka jedna. Mój Boże! matka wychodząc popchnęła ją i to bardzo mocno nawet, tak, że upadla na ziemię. Bolesne to wspomnienie wracało wciąż, sprawiając jej okropne cierpienie. Dla czego uderzono ją? Była przecie grzeczna, nie miała nic do wyrzucenia sobie. Obchodzono się z nią zwykle tak łagodnie, i teraz kara ta oburzała ją. Czuła ów przestrach dziecka, które straszą wilkiem; patrzy na niego, nie widząc; było to coś, co się kryło w cieniu, a co miało ją zgnieść. Domyślała się trochę jednak; twarzyczka jej blada i mieniła się zazdrośnym gniewem. Nagle, myśl, że matka więcej niż ją kochała tych ludzi, do których pobiegła, odepchnąwszy ją tak mocno, sprawiła jej ból taką, że obie rączki przycisnęła do piersi. Wiedziała teraz, matka zdradzała.
Nad Paryżem zrobił się wielki niepokój, w oczekiwaniu nowej burzy. W powietrzu powstał szmer, czarne chmury przesuwały się powoli. Joanna gwałtownie zakaszlała przy oknie; ale czuła się jak gdyby pomszczoną tym chłodem, co ją przejmował; chciałaby zaziębić się. Z rączką na piersiach czuła w nich wzrastający niepokój. Niepokój ten ogarniał ją całą. Drżała od strachu a nie śmiała oglądnąć się przerażona samą myślą spojrzenia jeszcze na pokój. Kiedy się jest małą, to niema sił. Ten nowy ból, cóż to było takiego? przynosił jej wstyd jakiś i gorzką przyjemność zarazem? Kiedy drażniono ją kiedy ją łechtano, nie zważając na śmiech jej, wówczas już czuła podobnie okropny dreszcz. Słabnąc prawie, wydała stłumiony krzyk: „Mamo! mamo!“ Któż mógłby odgadnąć, czy wołała matkę na pomoc, czy oskarżała ją o ten ból, który ją przyprawiał o śmierć?
W tej chwili burza zerwała się. Wiatr zawył, przerywając groźną ciszę, co wisiała po nad ponurem miastem. Paryż odezwał się przeciągłym trzaskiem; żaluzye łomotały się, dachówki leciały, rury od kominów i rynny spadały na bruk ulic. Potem, cisza wróciła na kilka sekund, potem nowy, olbrzymi oddech burzy przeleciał i napełnił horyzont tak gwałtownie, że ocean dachów wstrząsł się, zdawał się podnosić swe fale i znikł w wirze. Na chwilę zrobił się chaos. Potężne chmury, rozlewając się po niebie, jak olbrzymie plamy atramentu, pędziły wśród stada pomniejszych rozpierzchłych i kołyszących się, podobne do tych łachmanów, co je wiatr rozrywa na kawałeczki i nitka za nitką roznosi. Dwie chmury uderzyły na siebie i pękły z trzaskiem, szczątki ich rozsypały się po szerokiej przestrzeni koloru miedzi za każdym razem, kiedy huragan szalał tak dmąc ze wszystkich stron nieba, w powietrzu rozlegał się niby łomot wojsk, niby straszliwe przeciągłe runięcie jakiegoś olbrzymiego gmachu, którego gruzy zawieszone naj Paryżem, groziły mu ruiną. Deszczu nie było jeszcze. Nagle jedna z chmur pękła nad środkiem miasta, i trąba wodna cofnęła bieg Sekwany. Zielona wstęga rzeki, zmęczona pluskaniem kropel, zamieniła się w błotnisty potok; po za ulewą widać było mosty, wąziutko i lekko zawieszone w mgle, na prawo i lewo, na pustych wybrzeżach, wzdłuż szarej linii chodników, wicher wściekle miotał drzewami. Chmury skupiały się coraz bardziej ponad miastem, wreszcie zawisły nad niem ciężko, nisko, coraz niżej, wreszcie ze wszystkich stron gwałtownym deszczem uderzyły na nie; zdawało się, że niebo rzuciło się na ziemię; ulice znikały, chwilami tonęły, to znowu wypływały na wierzch, wśród gwałtownych wstrząśnień, które zdawały się przepowiadać koniec miasta, przeciągły huk burzy nie ustawał, wezbrane rynsztoki pieniły się i z łoskotem wpadały do kanałów.
Powoli ponad zabłoconym Paryżem chmury przerzedzały się, bladły siną barwą, która równo rozpostarła się na nich, bez żadnych pręg lub plam. Deszcz drobniał, stawał się prosty i ostry, a kiedy chwilami wicher zadął, wówczas słychać było, jak krople deszczu ukośne, prawie poziome smagały ścianę, sycząc; wiatr ucichł i one znowu prostowały się, spokojnie ale uparcie kłując ziemię. Ogromne miasto, jak gdyby zniszczone po straszliwych konwulsyach, legło martwe, jak pole zasłane kamieniami.
Joanna leżała oparta o okno; i znowu wyszeptała: „Mamo! mamo!“ zmęczona i słaba. Włosy miała rozrzucone twarz mokrą od deszczu. Czuła wciąż ten smak gorzkiej rozkoszy, który przed chwilą przejął ją był dreszczem, a zarazem żal za czemś, czego niepodobna już było naprawić, napełniał jej serce Zdawało się jej, że wszystko już skończyło się, że była bardzo stara. Godziny mogły upływać, ona nie patrzyła już nawet na pokój. Obojętnem jej było, że ją zapomniano i pozostawiono samą. Taka rozpacz napełniała jej dziecinne serce, że wszystko dokoła wydawała się jej czarnem. Jeżeli będą się gniewali na nią, jak wówczas, kiedy była chora, to będzie bardzo niesprawiedliwie. Paliła ją to i jak ból głowy chwytało. Z pewnością, ot teraz, gdzieś złamano jej coś. Nie mogła przeszkodzić temu. Musiała przystać na to, czego chcieli inni. Nareszcie nadto, była zmęczona. Małe swe rączki splotła na drążku u okna, i sen ją zmorzył; oparła główkę, i od czasu do czasu otwierała ogromne swe oczy, i patrzyła na ulewę.
Deszcz lał ciągle; blade niebo topniało na wodę. Ostatnie uderzenie wichru przeleciało; monotonny już tylko łoskot słychać było. Wśród uroczystej, nieruchomości deszcz bił bez końca o ciche puste miasto, które pokonał. Poza pręgowanym kryształem tego potopu, ukazywał się Paryż o liniach drżących jak widmo, co miało rozpłynąć się. Przynosił on Joannie już tylko potrzebę snu z brzydkiemi marzeniami, jak gdyby wszystko to, czego nie znała, i ten ból, którego pojąć nie mogła, zamieniły się w mgłę, co ją przeszywała i sprowadzała kaszel. Za każdym razem, kiedy otwierała oczy, kaszel wstrząsał nią; przez kilka minut patrzyła na Paryż, potem główka jej opadła, a ona unosiła w pamięci widziany obraz, zdawało się jej, miasto roztacza się nad nią i przygniata ją ciężarem swoim.
Deszcz padał ciągle. Która to godzina mogła być teraz; Joanna nie mogłaby powiedzieć tego. Może zegar nie szedł wcale. Nie chciała obejrzeć się, wydało się jej to nadto męczącem. Matka jej wyszła co najmniej tydzień temu. Przestała oczekiwać ją, zgodziła się nawet nie widzieć jej już więcej. Potem zapominała o wszystkiem, o przykrościach, które jej wyrządzano, o dziwnym bólu, który jej tak mocno dolegał przed chwilą, a nawet o tem, że ją tak opuszczono. Ciężar jakiś spadał na nią wraz z chłodem kamienia. Była tylko bardzo nieszczęśliwa, oh! bardzo nieszczęśliwa, tak jak te biedne opuszczone dzieci pod drzwiami, którym dawała pieniądze. Nigdy to już nie ustanie, będzie tak przez długie lata, to nadto wielkie i nadto ciężkie dla małej dziewczynki. Mój Boże! jaki to kaszel, jakie to zimno, kiedy cię już nie kochają! Zamykała ciężkie powieki, przy zawrocie głowy i gorączkowej senności; ostatnią jej myślą było jedno wspomnienie dzieciństwa: bytność w pewnym młynie, żółte zboże i malutkie ziarenka, które toczyły się pod kamienie młyńskie, wielkie jak domy.
Godziny i jeszcze godziny upływały, każda minuta była wielkiem. Deszcz padał bezustannie, spokojnie, jak gdyby miał dosyć czasu wieczność całą do zatopienia płaszczyzny. Joanna spała. Przy niej lalka, zgięta na drążku okna, z nocami w pokoju, a głową na dworze, podobna de topielca, ze swą koszulą, co się kleiła do skóry różowej, swemi nieruchomemi oczami, swymi włosami, z pod których spływała woda; a chuda tak, że tylko płakać nad nią, w postawie komicznej a zarazem rozdzierającej serce, leżała jak mały trupek. Joanna śpiąc, kaszlała; ale nie otwierała już oczu, główka jej stoczyła się na skrzyżowane rączki, kaszel kończył się świstem, ona nie budziła się. Spała w ciemności, nie cofnęła nawet ręki, po której zaróżowionych paluszkach spływała woda, kropla za kroplą, do tych wielkich przestrzeni, które roztaczały się pod oknem. I tak upływały godziny, i jeszcze godziny. Na horyzoncie Paryż znikł jak cień miasta, niebo zlało się w jeden chaos przestrzeni) szary deszcz padał ciągle, padał uparcie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.