Kapitan Czart/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Louis Gallet
Tytuł Kapitan Czart
Tom I
Podtytuł Przygody Cyrana de Bergerac
Wydawca Bibljoteka Groszowa
Data wydania 1925
Drukarz Zakłady Graficzne „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Wiktor Gomulicki
Tytuł orygin. Le Capitaine Satan
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
V

Pałac margrabiego de Faventines wznosił się w głębi ogrodu, którego brama wychodziła na wybrzeże Sekwany. Roztaczał się stamtąd widok prześliczny i Gilberta lubiła siadać na tarasie, górującym nad rzeką. Spędzała tam długie chwile na marzeniu, czytaniu lub rozmowie z Paketą, młodą dziewczyną, spełniającą dwie role: pokojowej i powiernicy.
Pewnego ranka pani i służąca zajęły swe ulubione miejsce, chroniąc się przed słońcem w cień, rozłożystego jaworu, którego długie gałęzie wybiegały za kratę i sięgały wybrzeża. Rozmawiały głosem przyciszonym. a musiała to być rozmowa wielce zajmująca i wielce poważna, gdyż główki dziewcząt ta bardzo się zbliżyły do siebie, że czarna kosa Gilberty muskała złociste kędziorki Pakety.
Policzki margrabianki były różowe, jak kwiat brzoskwini w kwietniu. A różowość ta wzmagała się w miarę przeciągającej się rozmowy.
— I trwa to już dawno, proszę panienki? — zapytała Paketa, wysłuchawszy długiego opowiadania Gilberty.
— Od trzech tygodni.
— Czy podobna!
— Od trzech tygodni znajduję codziennie na balkonie swym bukiet, a w bukiecie — wiersze.
— Ofiarowywać codziennie bukiet, nic to trudnego — ale wiersze! Albo nieznajomy wielbiciel posiada talent większy, niż nasi modni poeci, albo też... zaopatrzył się zawczasu w zapas wierszy miłosnych, zastosowanych do każdej okoliczności.
— Jesteś złośliwa, Paketo,
— Czy pozwoli mi panienka być także — ciekawą?
— W jakim celu?
— Chciałabym zadać panience jedno pytanie.
— Mów.
— A więc — z ręką na sumieniu — z jakiem uczuciem przyjęła panienka te bukiety i te wiersze?
— Być może, Paketo, że jestem nieco płocha.
— To nie odpowiedź.
Niech i tak będzie. Dowiedz się zatem, że śmiałość nieznajomego mocno mnie rozgniewała.
— To naturalne. Ale... potem?
— Potem przywykłam do niej.
— Tak dalece, że dziś?...
— Dziś, jak sądzę, nie mogłabym już gniewać się nań za rzecz, którą przyjmowałam z pobłażaniem.
— I naprawdę panienka go nie zna?
— Przysięgam ci, że naprawdę.
— Nie podejrzewa panienka nikogo?
— Nikogo.
— Nawet hrabiego de Lembrat, swego narzeczone?
— Jego! Skąd ci to mogło przyjść do głowy! Wszakże widuje mnie codziennie i każdej chwili może dowoli ze mną rozmawiać. W jakimże celu miałby ofiarowywać mi w tajemnicy wiersze i kwiaty?
— Może to delikatna forma pamięci i hołdu?
— Nie.
— A może — próba?
— Hrabia nie ma potrzeby ani hołdować mi, ani mnie doświadczać. Pewny jest zarówno mojej prawości, jak słowa, danego mu przez ojca.
— W takim razie, wszystko to nie ma doprowadzić panienki do niczego.
— Dobrześ rzekła: do niczego. W ciągu miesiąca będę zamężną, Wspomnienie tej dziwnej przygody pozostawi tylko w mem sercu jedną jeszcze żałość...
— Jeszcze jedną żałość? A widzi panienka, że panienka pana de Lembrat nie kocha. Panienka go nie kocha, a jednak wychodzi za niego.
— Cóż chciałabyś, żebym uczyniła?
— Chciałabym — rzekła Pakeła, potrząsając rezolutnie kształtną główką — chciałabym, żeby panienka zbuntowała się i powiedziała: nie. Ja, na miejscu panienki, nie — namyślałabym się ani chwili!
— Ty, moja kochana, jesteś wolna. Na tobie — nie ciąży obowiązek oszczędzenia dumy rodowej ocalenia rodowego klejnotu,
— To prawda, Jednakże...
— Gdybym nawet powiedziała: nie — ciągnęła smętnie Gilberta — wola ojca przemogłaby moje postanowienie, Ach! tyś szczęśliwa, Paketo! Ty możesz kochać — mnie tego zabroniono!
W ogrodzie dały się słyszeć głosy. Gilbert podniosła się zmieszana. Prawie w tejże samej chwili zjawił się hrabia, na którego ramieniu wspierała się margrabina de Faventines. Na widok matki Gilberta nie mogła powstrzymać lekkiego okrzyku.
— Przestraszyłem panią? — zapytał Roland.
— Ech, nie! Wzruszyłeś mnie pan tylko swem niespodzianem zjawieniem się — odrzekła Gilberta,zmuszając się do uśmiechu.
Ucałowawszy rączkę narzeczonej, hrabia de Lembrat usiadł obok margrabiny na ławce, która otaczała pierścieniem gruby pień jaworu.
Na znak dany przez matkę, Gilberta zajęła miejsce obok narzeczonego. Ale zamiast śledzić z uwagą, co się dzieje dokoła niej, wybiegła wzrokiem i myślą daleko i zatonęła w głębokiej zadumie. Roland badał ją przez chwilę w milczeniu, z inkwizytorską przenikliwością.
— Wydajesz się pani smutną — wyrzekł wreszcie. — Na Boga, cóż tu zaszło takiego?
— Nic nie zaszło, panie hrabio — odparła Gilberta. — Wybacz mi pan łaskawie moje roztargnienie.
— Dziwne to wszystko! —szepnął do siebie Roland, brwi ściągając.
Zaczęta w tak oschłym tonie rozmowa, rwała się co chwila. Hrabia, czując, że trzeba wyjść jak najprędzej z zaklętego koła czczych i nudnych ogólników, nic nie odpowiedział na ostatnie słowa Gilberty. Natomiast wydobył z kieszeni maleńkie pudełeczko do klejnotów, ozdobione herbem rodziny de Faventines i, otworzywszy, podsunął je przed oczy narzeczonej.
— Pani! — odważył się przemówić po kilku chwilach milczenia — wiem, że dzieła sztuki budzą w tobie zajęcie. Racz przyjąć ten klejnocik, który z myślą o pani kazałem przygotować florenckiemu mistrzowi sztuki złotniczej.
Gilberta rzuciła na prześliczne cacko łaskawie grzeczne spojrzenie.
— W istocie, jest to bardzo bagate! — zauważyła tonem najzupełniej obojętnym.
— Gilberto! — zawołała margrabina — czyż nie możesz zdobyć się na uprzejmiejsze podziękowanie!
— Och, pani! — przerwał Roland z odcieniem goryczy w głosie — nie liczyłem bynajmniej na podziękowanie,
— Uwaga mamy była słuszna, Zapomniałam, gdzie jestem i do kogo przemawiam, Panie! bardzom panu za jego uprzejmość obowiązana!
„Zimna, jak marmur!“ — przemknęło przez głowę Rolandowi. — „Byłżebym okłamywany?...“
Nastąpiła chwila nader przykrego dla wszystkich milczenia, Na szczęście, zjawił się margrabia. Przybywał on wporę, aby wyprowadzić z kłopotu troje osób, nie wiedzących, co począć z sobą. Margrabia nie przybywał sam. Towarzyszył mu Sawinjusz de Cyrano.
Szlachcic zbliżył się do dam krokiem. posuwistym i złożył ukłon tak niski, że aż pióro jego wielkiego kapelusza musnęło żwir alei. Moda ówczesna inaczej kłaniać się nie pozwalała.
— Witaj, panie de Bergerac! — zawołała żywo margrabina, rada przybywającym — jakżem szczęśliwa, że pana oglądam! Przez długie dwa tygodnie skąpiłeś na swej obecności! Czyś chorował?.
— Tak, margrabino! — odrzekł wesoło Cyrano, i, podchwytując sposobność popisania się z grą słów, w której zawsze celował, dodał: — Trapiła mnie trojniaczka i czwartaczka.
— To znaczy — pośpieszył wytłumaczyć Roland — żeś się znów pojedynkował!
— O! prawie mimowoli! Przyjaciele moi niesłusznie nazywają mnie „prymusem” towarzystwa stołecznego, od tygodni już bowiem nie upłynął dzień jeden, aby nie był czyimś „sekundantem”. Pomagałem bić się kochanemu de Brisailles, który pojedynkował się nie wiem, dalibóg, o co; potem podtrzymywałem drogiego Canillac’a; sam zaś wyniosłem z tych utarczek kresę przez nos, dotąd jeszcze widoczną.
— To są drobne awanturki — wtrącił margrabia, — Mówią, że spotkało cię coś poważniejszego...
—Nie wiem, o czem chcesz mówić, margrabio?
— Alboż nie pokłóciłeś się z Poquelin’em, który tak niegrzecznie ściągnął jedną scenę z twego „Pedanta“, aby ją przyczepić następnie do tej farsy, która ma tytuł „Oszustwa Scapina“?
— A! już wiem, o co ci idzie.
— Widzę, że dość obojętnie sprawę tę traktujesz.
— Pocóż mam ją traktować inaczej! — rzekł poeta, wzruszając ramionami, — Jeżeli Molier oskubuje piórka z moich dzieł, aby się w nie przystroić, ludzie o tem wiedzą i mówią, jestem już przeto dostatecznie pomszczony.Zresztą, jeśli myśli moje kradnie, dowodzi tem, że je ceni; nie tknąłby ich, gdyby sądził, że nic nie są warte.
— Bezwątpienia.
— Chcesz jednak wiedzieć, margrabio, co mnie obraża? Oto zuchwalstwo Moliera, który przypisuje własnej twórczości myśli, podsuwane mu jedynie przez dobrą pamięć, i uważa się za ojca pewnych dzieci, przy których pełnił jedynie rolę — akuszerki,
Wybuchem śmiechu przyjęto ten żarcik.Zniknął przymus, krępujący dotąd towarzystwo.Dobry humor Cyrana rozpogodził wszystkie twarze.
— Przyjacielu Bergeracu! — odezwał się nagle margrabia. — Wart jesteś więcej, niż opinia o tobie.
— Nie mów y o mojej opinii. Jeśli zła, to dlatego, żem wrogom moim pozostawił dość czasu do jej fabrykowania. Mówmy raczej o twojem szczęściu, kochany Rolandzie, o uciechach życia rodzinnego, o twem ojcowskiem zadowoleniu, margrabio. Niejedno zapewne mielibyście mi o tem do powiedzenia.
— Owszem, jedno tylko — wyrwał się Roland, — ale które dla mnie wszystko zastąpi. Za miesiąc panna Gilberta będzie moją żoną.
— Godny zazdrości śmiertelniku, co znasz zgóry dokładnie datę swojego szczęścia!
W tejże chwili zauważył, że słowa hrabiego w szczególny sposób zmieszały Gilbertę.
„Aj! — szepnął do siebie — panienka zdaje się bez wielkiego zachwytu przyjmować los, który ją czeka!... “
Zrobiwszy tę uwagę, zabierał się do odejścia.
Margrabia zatrzymał go.
— Zjesz z nami obiad, panie de Bergerac?
— Nie, Ulatniam się!
— Tak prędko?
— Czekają na mnie w pałacu Burgundzkim.
— Przysiągłbym, że to tylko wymówka.
— Wymówka ta ma ciało i kości, Jest nią: Sulpicjusz Castillan, dzielny chłopiec, który przepisuje moje wiersze i roznosi listy.
— A więc Sulpicjusz Castillan poczeka na ciebie.
— Zostań pan, proszę! — przybyła na pomoc ojcu Gilberta. — Po obiedzie uraczysz nas kilkoma rozdziałami swej ostatniej pracy.
— Tam, gdzie pani rozkazujesz — odrzekł dworsko poeta — wola moja kruszy się na atomy. Pozostaję zatem. Czy zgadzacie się, panie, abyśmy przed obiadem przeszli się po Nowym Moście? Podobno Brioche pokazuje tam farsę, w której wystawia moją osobę w sposób wielce złośliwy, ku niezmiernej uciesze gapiów i włóczęgów.
Cyrano wyliczał w dalszym ciągu uciechy, jakie można było owego ranka znaleźć na Nowym-Moście, gdy nagle nader żywo zajęło go co inngo.
Na wybrzeżu rozległy się dźwięki muzyki.
Niespodziany ten koncert wyprawiała trójka wędrownych grajków,złożona z dwóch mężczyzn i jednej kobiety.. Wszyscy oni przybrani byli w odzież malowniczą o barwach jaskrawych.
Sawinjusz, przegięty przez balustradę, ją przypatrywać się tej grupie z zaciekawieniem artysty.Wyglądała ona w istocie niepowszednio.
Różnobarwny strój podnosił piękność kobiety, która i bez tego była urodziwa. Towarzysze jej trzymali się prosto i dumnie, jakby szych i blaszki na ich odzieży były prawdziwem złotem i klejnotami.
Zapominając w jednej chwili o Nowym-Moście, o Brioche’m, i o farsie przeciw sobie skierowanej, Cyrano zwrócił się do margrabiego, mówiąc:
— Ależ, panie Faventines! jak możesz tak obojętnie przyglądać się tej trójce artystycznej i pozwalać, aby poniewierała swe talenta na ulicy. Czyż nie lepiej tu ją wezwać? Jestem pewny, że ci wędrowni wirtuozi nic nie stracą na bliższem poznaniu.
— I owszem; zgadzam się na to jak najchętniej — przytaknął margrabia. — A ty, Gilberto?
— Zastosuj się do twojej woli, ojcze. Przywołaj ich, panie Cyrano,
— Hej! wy tam! — krzyknął na cały głos poeta.
— Chodźcie — no tu, nie zwlekając, i pokażcie, co umiecie!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Louis Gallet i tłumacza: Wiktor Gomulicki.