Kłopoty babuni/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Kłopoty babuni
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XII


W KTÓRYM ZNOWU OGÓŁ MIŁUJĄCE JEDNOSTKI ODBYWAJĄ PRACOWITE POSIEDZENIE NA INTENCJĄ OSIEROCONEGO SOTERKA.

Ósma wybiła na miejskim półzegarzu, kiedyśmy oboje z majorową dotarli do mieszkania poczciwego Gadulsia, który, z taką chlubą dla siebie i pożytkiem dla społeczeństwa, od niepamiętnych czasów wypełniał trudne obowiązki powiatowego opiekuna sierot i małoletnich.
— Aaaa! — zawołał, ujrzawszy nas, uprzejmy właściciel lokalu. — Najczcigodniejsza majorowa dobrodziejka!... najszanowniejszy pułkownik dobrodziej!... Kochani, dawno oczekiwani goście!...
Z temi i tym podobnemi wykrzyknikami grzeczny Gadulski rzucił się jak tygrys na poważną moją przyjaciółkę, rozmotał krępujące ją szale, a następnie, z wdziękiem, godnym przynajmniej dziesięciu Ludwików czternastych, wprowadził damę do sali, zalanej potokami światła, wytryskującego z dwu świec stearynowych i jednej naftowej lampy.
Od południa nie widziałem niepocieszonej wdowy po zmarłym koledze Moździerznickim, a ponieważ o zmroku już wybraliśmy się na wizytę, nie mogłem więc dostrzec zmian, jakie w naturalnych wdziękach mojej towarzyszki zaprowadził biegły artysta kunsztu perukarskiego. To też ujrzawszy na środku sali stojącą damę, a mało nie wykrzyknąłem: „Przebóg!... jestże to ona?...“ Głos był ten sam, wzrost także, tusza taż sama jakby ulał, — lecz na głowie zamiast bufiastego czepca iskrzą się i wonieją czarne, silnie upomadowane włosy, a na obliczu, niegdyś blado-cynamonowem, leży obecnie potężna warstwa różu, nadająca starej damie pozór szafy polakierowanej na czerwono...
Nie wiem, jak daleko sięgały modyfikacje, dokonane przez fryzjerskiego pachołka na organizmie podeszłej majorowej; pewnem jest jednak, że powierzchowną metamorfozę dostrzegł nawet roztrzepany Gadulski i, jak się to mówi, zapomniał języka w gębie. Szczęściem ocknął się stosunkowo dość szybko z niewłaściwego, a nawet w podobnych wypadkach bardzo nagannego osłupienia i, wskazując na kilku mężczyzn, rzekł:
— Oto pan Łukasz Mulnicki, archiwista akt dawnych!... mam zaszczyt prezentować...
Świeżo wyrestaurowana dama wygięła się od tyłu ku przodowi, jak osoba doświadczająca bólu w okolicach krzyża; prezentowany zaś archiwista spojrzał na nią tak, jak ludzie jego specjalności patrzą na stare akta, którym, dla przynęty półgłówków, dodano kosztowne okładki.
— Oto jest pan Achilles de Pureaux, spadły z etatu nauczyciel rysunków i kaligrafji!... mam honor rekomendować... — ciągnął etykietalny Gadulski.
Nastąpił nowy paroksyzm cierpień krzyżowych ze strony Pudencjanny Moździerznickiej, na co wysmukły de Pureaux odpowiedział szeregiem ruchów, malujących nietyle sympatją dla osoby przybyłej, ile raczej głęboką cześć dla sztuki ładnego pisania.
— A oto, znany już majorowej, pan Pieprzkowski... kupiec i obywatel — zakonkludował gospodarz.
— Aaa! — odpowiedziała uróżowana Pudencjanna, zajmując majestatycznie połowę skrzypiącej kanapy. — Gdzież jest szanowna siostra twoja, kochany Gadulsiu?
— Wyjechała na parę tygodni, droga majorowo!... A gdzież ukochany mój pupil? — wywzajemnił się troskliwy opiekun.
— Pozwoliłam mu nieboraczkowi spacerować przez całe poobiedzie, ale... zapewne niedługo przyjdzie — objaśniła trochę zakłopotana babunia.
W tej chwili otworzyły się z łoskotem drzwi wchodowego pokoju i, jednocześnie prawie, ukazał się na progu sali czerwony i otyły jegomość w akompanjamencie bardzo chudej i bladej jejmości.
— Otóż i nasi kochani państwo Pukalscy! — zawołał gospodarz, udając ogromnie zadowolonego. — Pan Sylwester Pukalski... pani Weronika Pukalska!... pani majorowa Moździerznicka!....
— Były obywatel ziemski — dodał przybyły jegomość. — Powiadam: były, ponieważ nasze kochane Towarzystwo Kredytowe już od trzech lat posadziło mnie z żoną i dziećmi na bruku....
— Sylwciu! — wtrąciła chuda pani, błagalnie patrząc na większą połowę swej istoty.
— Wzorowe małżeństwo! — szepnął do mnie archiwista akt dawnych. — Dziesięć lat pożycia i piętnaścioro dzieci...
— Żono moja!... Weroniko moja!... — zawołał popędliwy Sylwester — nie broń ich!... Tak, moi państwo, powtarzam, że Towarzystwo Kredytowe istnieje poto tylko, ażeby gubić nas, obywateli. Żyd drze... ale czeka, — a Towarzystwo... niech go djabli porwą!...
— Nie skończy dziś o Towarzystwie — bąknął Pieprzkowski.
— Panie Mulnicki, dobrodzieju, panie archiwisto... opowiedz nam z łaski swej historją kogutka! — prosił Gadulski, chcąc widocznie przeciąć jeremjady podupadłego obywatela.
— Co tam historja kogutka!... słyszymy ją kopę razy na dzień... — przerwał niegrzecznie zlicytowany ziemianin.
— Eee... mój panie! — zawołał archiwista. — Właśnie, że państwo nie znają tej historji; a jest ona z pewnością ciekawsza od wiekuistej bajki o Towarzystwie Kredytowem.
To powiedziawszy, wystąpił na środek.
Nie wiem, do czegoby doszło między zrujnowanym obywatelem ziemskim i ceniącym swój improwizatorski talent archiwistą, gdyby na szczęście w tej chwili nie przeszła przez salon Zosia, pulchne wiejskie dziewczę, pełniące obowiązki kucharki i pokojówki w domu zacnego Gadulskiego. Ukazanie się jej zażegnało burzę; zirytowany bowiem Pukalski wybiegł za dziewczyną do kuchni, nibyto dla pomagania jej przy gospodarstwie, a właściwie poto, aby bez kompromitacji zejść z oczu swemu przeciwnikowi, który tym sposobem został panem sytuacji. Rozumie się, że po rejteradzie głównego i jedynego oponenta, reszta obecnych, z powagą sędziów kryminalnych, zabrała się do wysłuchania ciekawej i zapewne bardzo pouczającej historji ptaka, który po wszystkie czasy służyć będzie za symbol waleczności, galanterji i innych drogocennych przymiotów, jakie płeć piękna najwięcej uwielbia w mężczyznach.
Mówca zaczął:
— „U Macieja na podwórzu w czas lata hodowała się kureczka czubata; mała, czarna, tłusta, zwinna i młoda, wciąż wołała: kot-kot-kot-kot-kot-koda!...“
Ostatni frazes niezrównany naśladowca wydeklamował z taką precyzją, że nasze damy, obie zawołane gospodynie, mimowoli wykonały palcami kilka charakterystycznych gestów, zapomocą których hodowcy kur namacalnie sprawdzają ekonomiczną doniosłość gdakania swoich wychowanek.
Triumfujący deklamator ciągnął dalej:
— „Rzekłszy na to gospodyni: — dobrze tak! — posadziła swoją kurkę na przetak. Niedługo też kokoszeczka czarniutka wysiedziała srokatego kogutka, co na głowie żółciuteńki miał znaczek i śpiewał se: pi-pi-pi-pi!... robaczek.“
Dostrzegłem, że — przy słowach: pi-pi-pi-pi!... z taką rzewną prostotą malujących pierwsze poglądy na świat kurzego niemowlęcia, — oczy obu szanownych dam zachodzą łzami.
— „W tydzień potem ziarnka sobie sam grzebał, rósł jak ciasto, wron drapieżnych się nie bał; czasem braciom...“
— Nooo!... co pan już nie wyrabia! — wrzasnęła w kuchni pulchna Zosia tak przeraźliwym głosem, że rozdeklamowany archiwista zamilkł jak ryba, a natomiast blada i chuda pani Pukalska, zrywając się z kanapy, jęknęła:
— Mężu mój!... Sylwciu mój!...
Namiętny Sylwcio ukazał się we drzwiach z miną baranka, któremu usiłują dowieść, że wymordował stado wilków.
— Nic... nic... kochana Weronisiu, słowo honoru, nic! Tylko... tylko miał się wywrócić samowar, ale go wporę zatrzymałem... Jakem Pukalski!...
— Bagatela! — przerwał wyrozumiały gospodarz. — A choćby się nawet i wywrócił, niewielka byłaby szkoda.
— Czyś się pan tylko nie sparzył, ptaszeńku? — zapytuje troskliwa majorowa subhastowanego właściciela dóbr doczesnych.
— Naturalnie, że się sparzył! — mruknął gniewnie archiwista, któremu w najefektowniejszem miejscu przerwano zajmującą powiastkę.
— Ooo... nie!... niech pani będzie spokojna — zapewniał moją przyjaciółkę otyły przeciwnik Towarzystwa Kredytowego.
— Możeby pan Mulnicki dokończył teraz bajeczkę? — wtrącił nieśmiało wysmukły de Pureaux.
— Nie głupim! — odparł deklamator, siadając na fotelu w taki sposób, jakby miał zamiar wyrazić najwyższe lekceważenie dla wszystkich obywateli ziemskich.
— Z samowarami zdarzają się nieraz okropne wypadki — rzekł gospodarz, chcąc widocznie zapobiec groźnym następstwom dalszych manifestacyj rozjątrzonego archiwisty akt dawnych. — Pamiętam, że rok temu, jedna panna, zawadziwszy o stolik, wywróciła sobie na suknią caluteczki samowar z kipiątkiem...
— I cóż?... i cóż suknia? — zawołały razem obie damy.
— Ha, cóż... poparzyła się biedaczka i dwa tygodnie siąść nie mogła na krześle...
— Ja także miałem wczoraj straszny wypadek... — wtrącił skromny Achilles de Pureaux, spadły z etatu nauczyciel rysunków i kaligrafji.
— Czy także z samowarem? — zapytaliśmy wszyscy.
— A tak!... Wylałem sobie na moje białe pikowe spodnie całą butelkę alizarynowego atramentu...
Było aż nazbyt jasne, że prowincjonalny członek krajowego piśmiennictwa nie krępuje swojej kaligraficznej fantazji żadnemi prawidłami zdrowego rozsądku. Stąd wypływał bardzo naturalny wniosek, ten mianowicie: że prowincja budziła się już z odwiecznego letargu; do tej pory bowiem znakomitości, podobne do Achillesa, spotykano tylko w warszawskich kółkach literackich.
— Możebyśmy preferka zarznęli? — zapytał, po chwili ogólnego milczenia, były obywatel Pukalski, wysapawszy się po przygodach kuchennych.
— Sylwciu kochany! — prosiła przygnębiona małżonka.
— Ehe... co mi tam jejmość głowę zawracasz! — odparł naczelnik tworzącego się plemienia Pukalskich. — Jeść nie dają, w karty nie grają, więc chyba idźmy już spać, bo na polowanie z pewnością nie zaprowadzą...
Chciałem uściskać dzielnego Sylwestra za tak treściwe sformułowanie naszych duchowo-ziemiańskich potrzeb, — gdy wtem drzwi skrzypnęły i wszedł spocony jak mysz Soterek.
— Otóż i mój kochany pupil!... Jakże się masz? gdzieś bywał? — wita przybyłego tkliwy Gadulski, ściskając go przytem i całując tak serdecznie, jakby Socio był co najmniej rewizorem kasy, a przyjmujący go opiekun kasjerem, który popełnił nadużycie.
— Sociu, ukłoń się! — komenderuje odświeżona babka.
— A babunia gdzie? — pyta naiwny chłopiec, wodząc błędnem okiem po wszystkich sprzętach wykwintnego salonu, jakby przypuszczał, że szanowna staruszka bawi się z nim w chowane.
— Babcia siedzi przecież na kanapie, czy nie widzisz? — objaśnia go szlachetny Gadulski, wskazując na utrefioną damę.
— Sociu, chodźże tutaj! — odzywa się już drżącym zapewne z gniewu głosem babka.
— Nie pójdę! — odpowiada stanowczo nieokrzesany wnuczek z widocznemi objawami przestrachu.
— Ależ, Sociu! — reflektuje go opiekun, lękający się jakiej familijnej katastrofy.
— Kiedy-bo się boję! — mówi już napół z płaczem Soterek. — Naco babcia przyprawiła sobie głowę?
Aaa... wiecie państwo, żem jak żyję nie słyszał nic podobnego... Otóż to wychowanie na wsi!... Siedemnastoletni chłopiec nie rozumie tego, że damy mają nieograniczone prawo uzupełniać, odnawiać, przemieniać i t. d. swoje wdzięki, które przecież stanowią ich niezaprzeczoną własność. To też nie zadziwiłem się, gdy po małej pauzie, obeznana ze zwyczajami światowemi majorowa zawołała:
— Słabo mi!...
Zbyt wiele mam delikatności i dobrego serca, abym mógł wyzyskiwać kłopotliwe sytuacje, w jakich niekiedy znajdują się ukochani moi bliźni; na tem więc skończę opis powikłań, które tak niespodzianie wybuchły między czcigodną moją przyjaciółką i jej sympatycznym wnukiem. Dodam tu tylko, że przynajmniej pół godziny upłynęło, nim ustaliła się w naszem towarzystwie jaka taka harmonja i nim zawsze pełen filantropijnych uczuć Gadulski przedstawił zebranym następującą kwestją:
— Otóż tedy powiedzcie nam łaskawi państwo, jaki zawód praktyczny dla swego wnuczka ma obrać nasza kochana a obecna tu majorowa?
— Do kupca!... do kupca!... — radził uczciwy Pieprzkowski, napozór silnie zainteresowany brzękiem i szczękiem, który rozlegał się w jadalnym pokoju.
— Czego on się u kupca dorobi? — odparł z niedowierzaniem archiwista.
— Jakto czego?... a mój siostrzeniec Michaś, czy źle na kupiectwie wyszedł?... Zaczął przecież interes z dziesięcioma palcami, a dziś ma sklep... eeeh!...
— Prawda! prawda!... ale co się udało Michasiowi, może się nie udać Soterkowi, który do pańskiego siostrzeńca jest tak podobny, jak pięść do nosa...
— Co ten człowiek wygaduje?... Jak pięść do nosa! — woła urażony kupiec i obywatel. — I ten blondyn i tamten blondyn... oczy niebieskie, wzrost dobry, skłonność do tuszy... czego tu chcieć więcej? podobni jak dwie krople wody.
— Aa ale! — odpowiada uparty deklamator. — Michaś to człowiek wcale niegłupi i nawet obrotny...
— Głupi... głupi! — twierdzi rozindyczony Pieprzkowski. — Głupi jak stołowe nogi... rodzony wnuczek pani majorowej!... Wiem przecież, bo się u mnie wychował.
W czasie tej gorącej dyskusji przyjaciółka moja siedziała jak na rozżarzonych węglach; uwolnił ją dopiero z tej łaźni spadły z etatu Achilles, mówiąc:
— Gdyby kaligraficznie pisał, mógłby wstąpić do biurowości.
— Strasznie trudno o miejsce — przerwał Gadulski, lękając się zapewne nowego współzawodnika. — Lepiejby już został tem, czem go Bóg stworzył, to jest obywatelem ziemskim...
— A to mi rada! — oburzył się namiętny Pukalski. — Chyba poto zostanie obywatelem ziemskim, ażeby go subhastowało Towarzystwo Kredytowe?
— Przecież ty, Sociu, serce, sam już miałeś parę razy do czegoś ochotę? — odzywa się babka.
— Ja?... Jabym poszedł albo do uzarów, albo do uniwersytetu... — odpowiada głupowaty Socio.
— Z trzeciej klasy do uniwersytetu?... trochę za ciężko. Chybabyś... jeszcze z rok nad książką popracował — reflektuje go opiekun.
— Mogę udzielać lekcyj rysunków i kaligrafji — wtrącił de Pureaux.
— Możeby na księdza? — zapytuje blada Weronika.
— Proszę państwa... już do stołu podano — oznajmia ładnie uformowana Zosia, nie patrząc nawet na otyłego Pukalskiego.
Członkowie rady familijnej na wyścigi rzucili się do jadalnego pokoju, gdzieśmy mniej więcej obsiedli stół w porządku chronologicznym. To też ja dostałem się majorowej, Pukalski, zgodnie z prawami kanonicznemi, asystował Pukalskiej, linijkowaty Achilles de Pureaux obsługiwał poetycznego archiwistę, powiatowy zaś opiekun sierot a zarazem gospodarz bankietu był wszędzie i pamiętał o wszystkich.
— Uuu! — mruknął były obywatel ziemski — tu, widzę, jakby na złotem weselu częstują nas zimnemi nogami...
— Sylwciu! — zmonitowała go skromna Pukalska, wyciągając rękę do drugiego półmiska, który w tej chwili rumiana Zosia przyniosła.
— Phy!... co widzę? — zawołał znowu ziemianin. — Po nogach ryby?... Oooo!...
— Ryby usposabiają do sakramentu małżeństwa... — objaśnił Mulnicki wysmukłego Achillesa.
— Pułkowniku, serce! zjedz te dwa kawałki szczupaka, jeżeli mi dobrze życzysz — prosiła troskliwa majorowa.
— Owszem — odpowiadam — nie wiem jednak, czy się to na co przyda...
— Kochany Sylwciu! — odzywa się błagalnym głosem chuda Weronika — nie jedz ryby, jeżeli miłem ci jest moje życie...
— Ale, co tam! — odpowiada niewzruszony ziemianin, kiwając na Zosię, aby mu podała półmisek.
Rozkaz spełniono, gdy wtem...
— Nooo! — wrzasnęła znowu pulchna kucharka i... rybę z garniturem i półmiskiem rzuciła na podłogę.
— Tego już chyba zanadto! — krzyknął zrozpaczony gospodarz — za ten półmisek dziś przed południem zapłaciłem cztery złote.
— A cóż ja winna, że pan Pukalski... — tłomaczy się kucharka.
— No... no... no... tylko dużo nie gadaj — przerywa gwałtowny przeciwnik Towarzystwa Kredytowego. — Ja za półmisek mogę zapłacić, ale swoją drogą i tyś trochę winna... Bo kiedy... tego... brałem jedną ręką...
— Ach, Sylwciu!... ach, mężu!... co też ty w obcym domu wyrabiasz? — wzdycha ciężko strapiona Weronika, myśląc zapewne, że za cztery złote możnaby przynajmniej bułek kupić na cały dzień dla piętnastu gałązek szlachetnego rodu Pukalskich.
— Ach, do djabła! — mruknął archiwista — taki miałem apetyt na rybę...
W tej chwili we drzwiach kuchni ukazał się jakiś człowiek, któremu ponsowy nos i czarne faworyty nadawały wysoce półurzędowy charakter.
— A cóż tam nowego, mój Walenty? — zapytuje gospodarz.
— Pan naczelnik prosi pana w ten moment do siebie! — rzekł przybyły.
— A to... zdarzenie! — zawołał uprzejmy Gadulski, nie wiedząc, w jaki sposób pożegnać swoich kochanych gości.
— To już proszę pana chyba arbaty nie będzie? — odzywa się rumiana Zosia.
— Biedny mój Socio! — westchnęła majorowa, wstając od stołu, aby pożegnać gościnnego Gadulskiego.

—  —  —  —  —  —  —  —  —  —  —  — 

W parę minut znajdowaliśmy się już na ulicy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.