Kłopoty babuni/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Kłopoty babuni
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa
tom II
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI


W KTÓRYM AUTOR I CZYTELNIK DOSKONALE BAWIĄ SIĘ ZA DRZWIAMI.

Gdy po powrocie z wizyty od męża, który tak szczęśliwie zastosował system dziesiętny do pedagogiki, zjedliśmy obiad, poważna przyjaciółka moja, odmówiwszy krótką modlitwę i obtarłszy usta serwetą, rzekła:
— Pójdziemy dziś, serce, na wieczór do kochanego Gadulsia...
Kiwnąłem głową, nietyle na znak aprobacji, ile aby siebie samego przekonać, że w sprawie tej głos mój i osoba niepoślednią odegrywają rolę.
— A teraz — dodała wdowa po koledze — chciałabym się zacząć ubierać; muszę więc zamknąć drzwi od twego numeru i... przeprosić cię...
— Pozwalasz mi zatem wyjść, majorowo? — spytałem głęboko wzruszony nadzieją niewidzenia starej damy.
— Nie gniewaj się, pułkowniku — odpowiedziała, skromnie spuszczając oczy. — To nie na długo.
Wybiegłem na korytarz, nie czekając dalszych objaśnień i błogosławiąc zasady przyzwoitości, które nie pozwalają damom ubierać się przy mężczyznach...
— Niech żyje rekreacja! — zawołałem w duchu. — O, ubieraj się!... ubieraj, szlachetna przyjaciółko!... ubieraj się choćby do dnia sądu ostatecznego... Jakże mi lekko!
— Numerowy, numerowy! — zaskrzeczała babunia Soterka.
Po chwili zjawił się wezwany i wszedł do pokoju majorowej.
— Ciekawym poco?... czyby miał zastępować miejsce pokojówki? — pomyślałem. — Ależ nie!... człowiek ten wychodzi, kładzie czapkę na głowę i pędem biegnie do miasta w kierunku ulicy Mydlanej. Coś w tem jest, trzeba zaczekać...
Zrobiwszy tego rodzaju postanowienie, zacząłem spacerować po sieni hotelu. Na podwórzu zataczające się kaczki, dziobiąc śmiecie, prowadziły monotonną rozmowę. Młoda koza, znudzona spacerem około stajni, zabierała się już po raz dziesiąty do walki ze znacznie młodszym od niej kogutkiem, który, zgodnie z rodowemi tradycjami, starał się jak najgroźniej rozkraczyć swoje chude nożęta i jak najdłużej wyciągnąć szyję, na końcu której przezorna matka natura, w niewiadomych nam celach, umieściła głowę wielkości bobu i dziób, nie dłuższy od ziarnka owsa.
Od strony ulicy znowu, jakiś faktor, polujący prawdopodobnie na interesanta, co chwilę wyglądał za bramę, przemyśliwając jednocześnie nad tem, czy nie należałoby mi w czasie antraktu ofiarować swoich gorliwych usług. Przeciwnie zaś, furman jakiegoś dzierżawcy czy też oficjalisty, oparłszy się plecami o wrota i zasadziwszy obie pięście za pazuchę, patrzył na faktora i na mnie z miną Cyncynata, który pobił nieprzyjaciół, zaorał pole, wywiózł gnój, wypędził bydło na łąkę, a obecnie zabiera się do spoczynku na ciężko zapracowanych laurach.
Z dziesięć minut spacerowałem po bramie, czekając na powrót hotelowego pachołka i zapytując się, dlaczego troskliwa babunia dała Soterkowi urlop na całe poobiedzie?... dlaczego zamknęła drzwi, prowadzące od jej do mojego numeru?... na jakiej zasadzie...
Przerwałem medytacje, ponieważ w tej chwili ukazał się numerowy w towarzystwie nieznajomego mężczyzny. Przybyły dźwigał na tułowiu bardzo elegancki jasny surdut, na karku zaś głowę, ozdobioną czarnemi jak węgiel włosami, które przyroda czy też sztuka pozwijała w miljony pierścieni. Był to bardzo ładny młodzieniec: takie oczy, takie wąsiki, taką figurę, taką płeć białą i różową widziałem tylko raz w życiu, skoncentrowane w osobie dwunastorublowej lalki.
Interesujący ten mężczyzna miał w rękach ogromne niebieskie pudło, co jest mniej dziwne; dziwniejszem było to, że wszedł do numeru majorowej i że, po kilkunastu sekundach, drzwi zamknęły się za nim... na klucz!...
Gdybym był śpiewakiem włoskim, a majorowa o sześćdziesiąt lat młodszą, niezawodnie zażądałbym osełki do naostrzenia mego puginału. Ale w obecnych okolicznościach, zamiast zazdrości, uczułem gwałtowną senność i, nie robiąc hałasu, wszedłem do swojej stancyjki, aby tam, upadłszy na twardy hotelowy materac, stać się mimowolnym świadkiem następującej rozmowy:
— Więc pan przyniósł te... te? — mówiła majorowa.
— Tak jest, pani — odpowiedział młody człowiek. — Mam ze sobą koafiury blond, szatyn, zupełnie czarne...
Słowom tym towarzyszył szmer, środkujący między ukłonem a wycieraniem butów o podłogę.
— Ciekawam, jaki kolor byłby dla mnie najlepszy?
— Płeć pani jest tak... tak szczęśliwa, że każdy kolor pasowałby wybornie. Najlepiej jednak wydadzą się włosy czarne.
— Acha! — pomyślałem — więc dziś wieczór zobaczymy kochaną majorowę w czarnej peruce...
— Możebyśmy przymierzyli — odzywa się majorowa. — Ja, widzi pan, straciłam włosy po tyfusie i... i...
Nie słyszałem nigdy, aby zacna moja przyjaciółka przechodziła tyfus, z tem wszystkiem jednak nie czułem się obowiązanym do sprostowania tego rodzaju pomyłek.
— Najmłodsze osoby po tyfusie tracą włosy — objaśnił elegancki subjekt. — Może pani raczy usiąść naprzeciw lustra.
Usłyszałem łoskot przesuwanego krzesła.
— Poco pan brzytwy przyniósł? — zapytała niespokojnie dama.
— Myślałem, że potrzeba będzie usunąć włosy, ale widzę, że się obejdzie. Pani ma bardzo ładnie uformowaną głowę...
Nastała chwila milczenia, w ciągu której zapewne słodki uśmiech wykwitł na jelonkowem obliczu starej damy, która przemówiła znowu:
— Pan pewnie nie z tych stron?... Ach, jaki ciężki ubiór!
— Przyzwyczai się pani... Jestem tutaj urodzony, ale kończyłem edukacją w Warszawie. Pani będzie łaskawa przechylić głowę na prawo...
— Wszyscy warszawiacy mają dobre ułożenie i umieją rozmawiać z damami... Zdaje mi się, że krzywo...
— Niech się pani nie obawia, znam swoją sztukę... chociaż — dodał z westchnieniem — nie jestem kontent z zawodu!
— Myślałam, że ubierać głowy damom jest rzeczą bardzo przyjemną?
— Niezawodnie, pani; ja nawet byłbym zupełnie szczęśliwym, gdyby nie to, że mam pociąg familijny do profesji doktorskiej...
— Och!... kole mnie w głowę... Więc pan pochodzi z doktorów?
— Tak jest, pani!... Proszę pochylić głowę naprzód. Mój ojciec był chirurgiem, a dziadek mojej matki prawdziwym doktorem i tak się do swojej sztuki zapalił, że jednego syna zrobił restauratorem, drugiego aptekarzem, trzeciego księdzem... Głowę na lewo!... Potem familja nasza podupadła i ojciec mojej matki, nie mogąc już wypromować się na doktora, założył oberżę. Ale i ten miał medyczną żyłkę, bo wszystkim swoim krewnym i sługom kazał cztery razy w roku stawiać cięte bańki wzdłuż krzyża. O matce mojej niema co nawet gadać, bo ona przez całe życie każdemu, kto u niej mieszkał, albo z wizytą przyjechał, dawała na... Głowę dogóry!... Ja miałem być doktorem, tak chciał ojciec i matka; oddali mnie nawet do klas... Głowa prosto!... Ale że mi w szkołach było za ciężko, więc uciekłem do fryzjera...
— Cóż na to rodzice?
— Ha, cóż! trochę się gniewali, ale później mój pryncypał wytłomaczył ojcu, że doktór, fryzjer i chirurg to prawie wszystko jedno, i starzy udobruchali się...
— Iii... — przerwała majorowa — lepiej pan zrobił, że nie został doktorem. Doktorzy to tylko zabijać umieją.
— Święta prawda! — potwierdził elegant — tak samo mówił wuj Symplicjusz, brat mojej matki. Był to człowiek bardzo rozumny i bardzo szczupły, nazywali go nawet suchotnikiem; ale póki mieszkał przy swoim ojcu, który mu co kwartał stawiał cięte bańki, póty był zdrów... Głowa dogóry... ot tak!... Kiedy dziadek umarł, wzięli wuja w kuracją doktorzy, położyli do łóżka i powiedzieli, że z nim jest strasznie źle. Całe szczęście, że moja matka, usłyszawszy o tem, zaraz powiedziała do wuja: „Sympciu! kpij z nich... Ja cię wyleczę!...“
— Te włosy dobrze leżą, tylko zdaje się, że przy mojej twarzy nie są dość czarne — przerwała stara osoba.
— Upudrujemy twarz, a wtedy włosy wydadzą się ciemniejsze... Pani musiała być piękną brunetką! — wtrącił artysta.
— Więc cóż się stało z pańskim wujem?... Bardzom ciekawa...
— A cóż?... nic! Jak mu mama zaczęła co tydzień dawać na tego... tak zaraz się poprawił, tylko że go doktorzy przyzwyczaili do łóżka, więc już nie wstawał... Teraz upudrujemy z tej strony!... Leżał sobie tedy i kaszlał, kaszlał i pluł, a pluł samemi płucami... Aż jednego dnia...
— Niech pan już nie opowiada takich rzeczy, bo mi się aż słabo robi...
— Pani jest bardzo spazmatyczna — zauważył elegant.
Sen opanowywał mnie, wątek rozmowy prowadzonej w sąsiedztwie rwał się w umyśle moim. Czułem, że wpadam w jakieś filozoficzne awantury i... już nie wiem, co było dalej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.