Jerzy/List IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Jerzy
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Druk Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


LIST IV.
JERZY DO HENRYKA.

„Nie spodziewałem się, czytając list twój i wezwanie do dalszego pisania, iż rzeczywiście wycieczkę moję opisywać będzie warto; ale los usłużył mi widocznie, bo postacie jakie mnie tu otaczają, zdają się należeć raczej do fantastycznych, Jean Paulowskich kreacyj, niż do rzeczywistego świata. I miło mi że tobie, schylonemu za mnie nad chemicznym tyglem, śledzącemu zmordowanem okiem przez mikroskop byt niedostrzeżonych jestestw, badającemu za mnie wielkie problemata nauki, przeszlę te fantastyczne obrazy takiemi, jakiemi odbiły się w moim mózgu.
Zaczynam więc od początku. Wydobyłem się z gwarnego i dymnego dyliżansu w Kurowie, w popołudniowych godzinach. Dzień był spiekły, kurz i gorąco dusiły nieznośnie; ale musiałem natychmiast jechać dalej, chcąc dnia tego jeszcze stanąć w Zalipnej, bo miałem cztery mile drogi przed sobą. W zapadłym jakimś kącie chowa się ta perła Lucyana; ciekawy jestem jakim odkrył ją sposobem.
Niebawem bryczka pocztowa, zaprzężona parą dzielnych koni, niosła mnie szybkim kłusem z miasteczka w okolicę nieznaną mi, ale pełną łąk, drzew i zieloności. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, i wśród Bożego świata odetchnąłem czystem powietrzem pól i lasów. Okolica nie miała innego wdzięku, prócz rozległych niw, falujących bujnem zbożem, wśród których wznosił się gdzie niegdzie krzyż obrośnięty tarniną; ale mimo to wionęła nieujętą poezyą ciszy, swobody, pracy i dostatku. Mijaliśmy wesołe wsie jedne po drugich, aż w końcu pocztylion, wskazując mi kępy drzew i kościelne wieże, rysujące się przymglonym szafirem na ognistem tle nieba, rzekł:
— To Zalipna, panie.
Wjechaliśmy w szeroką aleę, utworzoną przez cztery rzędy lip odwiecznych i zostawiając wioskę i kościół na boku, stanęliśmy przed dworem.
Dwór był bardzo stary, modrzewiowy, z obszernym gankiem rozsiadłym szeroko; nad nim wznosił się dach wysoki, śpiczasty, nierówny, na którego szczycie skrzypiała chorągiewka. Choć stary, stał przecie prosto i zdrowo, znać pielęgnowany starannie, chroniony od zniszczenia; jednak poczerniałe ściany świadczyły, że musiał pamiętać dawne pokolenia i czasy. W około znać było jeszcze ślady obronnych fos i zwodzonych mostów; ale wały i fosy, oddawna mułem zaszłe i krzewami zarosłe, tworzyły teraz kwietny, zielony wieniec w około dziedzińca, a zmieszana woń jaśminów, róż i berberysów napełniała powietrze. Wszystko tchnęło tutaj rozkosznym spokojem, i zrozumiałem, że jakkolwiek pięknym i ponętnym jest świat szeroki, można się tu pokochać i zostać na wieki.
Ale mało miałem czasu rozglądać się po dziedzińcu i sadzie, którego stare drzewa i gałęzie, obciążone owocem, wyglądały z poza dworu, bo na ganku spotkała mnie postać, która również zdawała się wychylać ze mgły przeszłości i jak ten stary dworzec, nie przystawać już do dzisiejszych ludzi. Była to kobieta ubrana w suknię z bogatej materyi, uszytą starożytnym krojem, ciemnego koloru, przy której twarz jej, pergaminowej bladości, odbijała martwą barwą. Rysy jej suche i wybitne zaostrzyły się pod ręką czasu; czoło pokrajane zmarszczkami, cieniły włosy mlecznej białości, wyglądające z pod koronkowego czepca; kreza z ciężkich weneckich koronek spadała w około jej szyi pomarszczonej i białej jak śnieg ręki. Wieku jej nie mogłem odgadnąć; postać była sucha, przygarbiona i jakby zawiędła, ale oczy pełne żywości, mimo zblakłego koloru, świadczyły, że lata, które ciężyły nad jej ciałem i pochylały je ku ziemi, zostawiły umysł nietknięty. Czy była piękną kiedyś? — któż mógł wiedzieć. Ślady pierwotnych rysów zatarł czas, pozostała tylko fizyognomia jaką wyrobiło życie, a ta była szlachetna i sympatyczna. Dzisiaj z zapadłemi policzkami i blademi usty, z nosem śpiczastym, z wyrazem smutku i tajemniczej zadumy starości, podobną była do jakiegoś portretu Van Dycka, który cudem zeszedł ze ściany i przechadza się między żywymi.
Stałem chwilę, uderzony tem zjawiskiem, pytając sam siebie, czy myślą moją wywołany, nie stanął tu widomie legendowy duch tego domu, nie wiedząc sam czy śnię, czy marzę? Ale w mgnieniu oka drzwi wchodowe się rozwarły i stary sługa, znać wiekowy rówieśnik swej pani, wyszedł i począł zdejmować mój lekki pakunek, jak gdybym był oczekiwanym. Kobieta zaś podniosła się z poręczowego krzesła na którem siedziała, i powitała mnie ruchem i uśmiechem pełnym wdzięku i powagi. Lucyan rachował na mnie, byłem oczekiwanym od dni kilku. Dowiedziałem się wkrótce, że ta dziwna kobieta, jest to panna Rozalia, cioteczna babka i jedyna krewna jego narzeczonej. Przeżyła wszystkich swoich, pogrzebała kilka pokoleń, a dziś na ośmnastoletniej Stasi, jedynej odrośli starego rodu, skupiło się jej serce. Widziałem że ją kocha trwożną miłością tych, którym żadne cierpienie oszczędzonem nie było, ale miłością bez zazdrości i żółci, rozciągniętą do wszystkich, których kochała Stasia. Lucyan wiele znać mówił o mnie babce, bo przyjęty zostałem serdecznie.
Czas jakiś pozostaliśmy sami na ganku, gdyż Lucyan, jak mi mówiono, był na przechadzce z narzeczoną. Wykształcony umysł staruszki zachował całą bystrość, a nabrał wysokiego polotu. Tak długo żyjąc na świecie, nie dziwiła się już niczemu i miała dla wszystkiego pobłażanie wiedzy. Wdzięk szlachetności i rozumu otacza jej czoło. Patrzyłem z dziwną sympatyą na tę kobietę, która stała w życiu jak pomnik przeszłości, bez goryczy dla następnych pokoleń, śmiało mierząc się oko w oko z widmem starości i czerpiąc w niej spokój mądrości i rezygnacyi. Jest to jeden z tych wysokich duchów, które bliżej zachodu świetniejszem błyszczą światłem, a przed tą głową, nad którą przeszły burze życia nie złamawszy jej, warto schylić czoło.
W jej towarzystwie czas mijał mi szybko, czułem się jakby pomiędzy swoimi. W końcu młoda para ukazała nam się w głębi szpaleru i dwoje tych ludzi pięknych i promiennych szczęściem, tworzyło słoneczny obraz na tle lip starych, który rozjaśnił ten dom sędziwy i poważne oblicze babki. Lucyan był tak rozkochany, że wzroku nie zdjął ani na chwilę z twarzy narzeczonej; zdawał się ją otaczać miłością nieskończoną i zapominać, że świat istnieje w koło niego, że stąpa po ziemi. Dla mnie, com go znał tak dobrze we wszystkich fazach serca i ducha, wydał się on jakby przytworzony, odsłonił mi nowe oblicze.
Nie sądziłem nigdy, by ta miękka dusza zdolną była do tak silnego uczucia, i nie wahałem się tu powtórzyć oklepanego frazesu, że miłość jest wielkim mistrzem. Ale też, spojrzawszy na Stasię, każdy zrozumieć go musiał i pozazdrościć mu. Z początku zdawało mi się, że widzę promień wschodzącego słońca, ujęty w alabastrowe kształty; wdzięk, woń, harmonia, to ona cała, żadne słowo oddać tego nie jest w stanie. Zwoje płowych, jedwabistych włosów, skręcone w wielki węzeł nad karkiem, przechylały w tył ciężarem swoim maleńką główkę, nadając jej jakąś dziecinnie dumną cechę; w głębokiem spojrzeniu ciemnych źrenic zdaje się przeglądać duch nieświadomy siebie; a jednak przed ich śmiałym, czystym blaskiem najhardziejsze oko się spuści. Wysoka i smukła, szła wsparta na ramieniu Lucyana, dosięgając go prawie bujnym wzrostem, a każdy jej ruch wdzięczny, utoczony, przykuwał wzrok i serce do tej piękności, która nie skupiała się w rysach twarzy, ani w kształtach ciała, lecz podwajała się ruchem, podnosiła wyrazem. Bo wyraz tej postaci był dziwny: kazał myśleć i marzyć. Znać było niepospolitą energię pod miękkością tych młodziutkich rysów; łuk brwi ciemnych, rysunek ust, zdradzały wolę nieużytą dotąd, uśpioną dziecinnem życiem, ale istniejącą. Na czole gładkiem, szerokiem, przerzniętem niebieskawami żyłkami, zdawały się snuć jakieś marzenia, nieodgadnione może dla niej samej; w różanych ustach pół otwartych, był uśmiech tajemniczy, jakby wiodła cichą rozmowę ze światem, z niebem, czy z naturą. Bo między narzeczonymi nie było całkowitej harmonii, ani pełnego akordu dwóch równych uczuć: w jego oku był tyko odblask jej wejrzenia, miłość stała się treścią jego istoty; ona miała coś więcej i coś mniej zarazem. Nie było w jej wyrazie zupełnego oddania, cechującego miłość w całej pełni, jaką podobna istota uczuć może. Duch jej zdaje się otulony tajemniczą zasłoną, nieprzedartą jeszcze; serce dziewicze dotąd nie rozpoznało siebie. Daj Boże by nie rozpoznało zapóźno. Oto pierwsze wrażenie jakie odebrałem, a wiesz że ono jest najwierniejszem, bo najbardziej obejmuje ogół; później rozpatrujemy lepiej szczegóły, dostrzegamy trafniej drobiazgi, ale w pierwszem wejrzeniu poznać można z góry, że tak powiem, wypadek wzajemnego stosunku władz i uczuć człowieka i ogólna summę wartości jego.
Miałem czas rozpatrzeć się w Stasi, bo młodzi ludzie szli, nie widząc mnie wcale, przez cały dziedziniec. Na kilka kroków od domu ona porzuciła nagle ramię Lucyana, z żywością dziecka pobiegła ku nam, jednym skokiem stanęła na ganku i przyklękając u nóg babki, jak rozpieszczona jedynaczka, całowała jej ręce.
— Czy nie gniewasz się, żeśmy cię tak odbiegli? — pytała srebrnym głosem, z przymileniem istoty, która wie zawczasu że wszystko jej wybaczonem będzie.
Ale mówiąc to, podniosła oczy i zobaczyła mnie niespodzianie; a przyznam ci się nawet, że zapatrzony w nią zapomniałem powitać. Podniosła się szybko zawstydzona, oblana rumieńcem, niepewna co ma począć z sobą.
— Swawolnico, mówiła babka, spoglądając na nią z miłością i dumą, swawolnico, idź powiedz Lucyanowi, że przyjechał pan Jerzy. Niech ci go sam przedstawi...
— Nie potrzeba żadnych przestawień, odparła Stasia, szybko przychodząc do siebie, z rodzajem śmiałości stanowiącej tło jej charakteru. Ja znam doskonale pana Jerzego; Lucyan mówił mi o nim tyle razy...
I podając mi rękę ze swobodą, w której się jeszcze trochę zmieszania przebijało, podniosła na mnie oczy ciekawie i zarumieniła się po raz drugi, zostawiając aksamitną rączkę w mojej dłoni, jakby nagłem ogarniona zamyśleniem.
Nadejście Lucyana wyrwało mnie z położenia, które zaczynało być kłopotliwe.
Takie było poznanie się moje z jego narzeczoną.
Zawezwano nas na herbatę i weszliśmy przez wielką sień do gromnej sali jadalnej, zajmującej całą szerokość domu i półkolem w ogród wpuszczonej. Sto osób mogło się w niej wygodnie pomieścić; stawiano ją widać na wielkie biesiady i przystrajano wspaniale. Ściany obite karmazynowym adamaszkiem, objętym w dębowe rzeźbione lamperye, ozdobione były szeregiem familijnych portretów, z rozmaitych wieków. Nie miałem czasu rozglądać się w nich szczegółowo, wiem tylko że spotkać tam można i rycerzy stalą okutych, i poważne matrony z różańcem w ręku; dalej piękne panie w kwiecistych robronach, z piórkami na pudrowanych włosach, modnisiów ośmnastego stulecia, w żabotach i haftowanych frakach, — a wszyscy ustawieni obok siebie rzędem, zdają się spoglądać nieruchomemi oczyma. Dwa wielkie marmurowe kominy w przeciwległych ścianach, musiały w zimie rozweselać tę ogromną salę płomieniem i trzaskiem palącej się jedliny. Nad jednym z nich wisiał portret prześlicznej dziewczyny, bladej i wątłej; nad drugim miejsce było puste, choć znać po świeżości adamaszku, że zajmował je dawniej portret odpowiedni.
Widać w tym domu panowało wielkie poszanowanie pamiątek, bo sali tej, nieprzystosowanej już do dzisiejszych potrzeb, nie zmieniono w niczem, i codzień do ogromnego stołu zasiadało kilka osób, w obec tych wizerunków przeszłości, nie zmieniając nic w obyczajach i rozkładzie dworu, zawielkiego na pozostałą rodzinę. Adamaszek stracił świeżość barwy, przeszedł w jakieś żółtawe tony; poczerniały złocone ramy portretów, ale wszystko pozostało nietknięte. Tylko przez szklane drzwi ogrodu dochodził ożywczy powiew letniej nocy, i księżyc, odbijając się w wielkim stawie, rzucał srebrne promienie do sali, jakby przeciwstawienie wiecznie młodej i świeżej natury, z tem co koniecznie skazanem jest na zniszczenie.
Po herbacie skupiliśmy się wszyscy około drzwi ogrodu, babka na wielkiem poręczowem krześle, Lucyan i Stasia obok siebie.
Nieskończony jest wdzięk domowego koła, kiedy opromienia je miłość. Ja, sierota od pierwszej młodości, umiem go cenić, jak wygnaniec raj utracony, i odrazu przystając do tych ludzi, jakby do swoich, czułem że i oni za obcego mnie nie mieli. Rozmowa toczyła się swobodnie, przerywana nieraz chwilowem milczeniem. Lucyan, dumny miłością swoją, był ożywiony jak samo szczęście; nigdy nie widziałem go tak świetnym. Regularne rysy jego pięknej twarzy promieniały, czarne ogniste oczy spoczywały na Stasi i wówczas zamyślał się nagle, głos mu drżał i zamierał, tonąc w cichym zachwycie. Stasia mało mieszała się do rozmowy naszej: zamyślona obrywała listki kwiatów, które miała w ręku. Spotykałem nieraz ciemne jej oczy utkwione we mnie, kiedym mówił, z wyrazem zdziwienia i uwagi. Widać jednak że to milczenie niezwykłem być musi, bo panna Rozalia zapytała o przyczynę. Słysząc to, dziewczyna podniosła się, jakby ze snu zbudzona.
— Głowa mnie boli, odparła posępnie. Pan Jerzy gotów pomyśleć żem bardzo nudna.
I zbliżając się do babki, usiadła na małym stołeczku przy jej nogach, wspierając śliczną główkę na jej kolanach; ale na mnie spoglądała ukradkiem.
Może niepróżno Stasia jest pieszczoną jedynaczką, niepróżno tak piękną i wdzięczną; wie o tem i kaprysi trochę, bo sądzi że jej z tem dobrze. Może chowano ją tylko na ładne, bezmyślne cacko. Szkoda! Nie cierpię wszystkiego co może zwać się fantazyą i kaprysem, a jednak przyznaję, że gdyby Stasia była moją narzeczoną, nie miałbym serca gniewać się na nią. Kto wie, może kochałbym ją nawet coraz więcej za te chmury bez przyczyny, podobnie jak Lucyan, który zbliżywszy się do niej, póty coś szeptał, całując jej rączki, aż zasępione rozjaśniła czoło, rozśmiała się, później znowu ze śmiechu przeszła w płacz i uciekła w głąb’ domu, ze łzami i śmiechem.
Lucyan chciał iść za nią, ale zatrzymała go panna Rozalia.
— Daj jej pokój, — rzekła półgłosem, — to przejdzie samo.
— Cóż jej jest? — pytał Lucyan. Czym ją obraził, czy słaba doprawdy?
— Czy pierwszy raz widzisz ją dzisiaj płaczącą bez przyczyny?
— Nie, ale ja łez jej znieść nie mogę.
Panna Rozalia uśmiechnęła się smutnie.
— Dziecko, — wyrzekła, — nigdy nie mów słów próżnych. Czy ty pojmujesz nawet wiele i co znieść można? Nie troszcz się o te łzy; Stasia skłonna do nich od dzieciństwa. Może to spuścizna przeszłych pokoleń; może to czego sama zrozumieć nie umie, a co schyla jej głowę, jak kwiat przed burzą. Twoją będzie rzeczą na przyszłość usuwać burze z jej życia i dać sierocemu sercu wiarę w szczęście.
Lucyan, zamiast odpowiedzi, podniósł do ust jej rękę, a ja mimowolnie spojrzałem na niego, zadając sobie pytanie, czy ten człowiek jest w stanie być komu tarczą w życiu. Panna Rozalia pochwyciła spojrzenie moje z bystrością niepokoju. Nie wiem czem zdobyłem sobie tak szybko rodzaj zaufania, bo zwróciła się ku mnie.
— Nie sądź pan Stasi, — rzekła, — z tej małej próbki, nie uważaj jej za dziecko nierozsądne. W tej dziewczynie są dziwne fenomena duchowe, które ja rozumiem, bo ją znam od kolebki, które Lucyan pojmuje, bo ją kocha, a które pan, człowiek myśli, myślą odgadnąć zdołasz.
Skłoniłem głowę zamiast odpowiedzi, ale panna Rozalia domagała się wyraźniejszej.
— Czy pan nie wierzysz, — pytała, — że są chwile w życiu, w których człowiek podlega dziwnym wpływom?
— Sądzę, pani, — odrzekłem, — że zawsze i wszędzie jesteśmy pod podwójnym wpływem: zewnętrznego świata i materyalnej istoty naszej. Są to konieczne warunki bytu. Ale....
I tu umilkłem, spostrzegając, że ze zwykłą szorstkością swoją, mogłem dojść zadaleko i nie chcąc wymówić całej myśli.
Panna Rozalia zrozumiała to widać, bo wyrzekła z uśmiechem:
— Widzisz pan, że cię uważamy za przyjaciela. Czyż nie mamy prawa do zupełnej szczerości?
— Babciu, — przerwał jej Lucyan żartobliwie, — ostrzegam cię, że Jerzy, to sentencya chodząca. Nieubłagany on dla słabostek ludzkich, bo im sam nie podlega. Jest to doskonałość, przed którą ja, prosty śmiertelnik, schylam głowę z pokorą. Uważaj tylko, że prosząc go o szczerość, wywołujesz kazanie przeciw komu?... — przeciw biednej Stasi.
— Lucyan ma słuszność, — odparłem, śmiejąc się szczerze. Oddaję sobie sprawiedliwość: jestem nudny jak stary samotnik, sentencyonalny jak nauczyciel, surowy i niezręczny; to też sam na siebie wydaję wyrok milczenia.
— Na który ja nie zgadzam się wcale, — odparła panna Rozalia, wchodząc z dziwnym wdziękiem w ton rozmowy nasze. Panie Jerzy, jesteś bardzo zarozumiałym, że tak śmiało sądzisz samego siebie. Ja protestuję, bo od kilku godzin jak jesteśmy razem, nie znalazłam cię wcale nudnym.
Przepraszam, że ci wypisuję to wszystko; ale jako wierny sprawozdawca, nie mogę opuszczać i tego co mnie się tyczy. W końcu, od słowa do słowa, panna Rozalia, ze zręcznością kobiety rozumnej i światowej, wywołała koniecznie dalszy ciąg tej nieszczęśliwej rozmowy.
— Stanęliśmy na tem, — wyrzekła, przytaczając dosłownie moje wyrazy, — że na człowieka oddziaływa świat zewnętrzny i materyalna istota jego. Ale...
— Ale, — powtórzyłem, rzucając się już w swój przedmiot bez ogródki, bom zrozumiał że inaczej z niego wybrnąć nie zdołam,.... ale człowiek siłą woli i rozumu powinien zapanować nad obojgiem i nie poddawać się wrażeniom zmysłów, ani rozdrażnieniu nerwów. Pod tym tylko warunkiem zdobywa godność człowieka, wtedy tylko rachować można na niego i z nim, bo staje się wolną potęgą; istotą wiedzącą dokąd dąży.
— Ale tego od dziecka, od kobiety, — przerwał Lucyan, — wymagać nie można.
— Wychowanie powinno z dzieci wyrabiać ludzi, — mówiłem dalej. Kobieta, zarówno jak mężczyzna, powinna być człowiekiem. Nie mogę w niej widzieć błyszczącego cacka tylko, wiecznego dziecka, skazanego jakiemś prawem wyjątkowem na wieczną bezmyślność. Szanuję ją, i dlatego wymagam wiele, jak od towarzyszki życia, od siostry myśli, od matki przyszłości. Jeżeli śmiem kobiecie powierzyć przyszłość serca mego, straż domowego ogniska, mam prawo żądać by wiedziała do czego się obowiązuje, chcę mieć do czynienia z istotą odpowiedzialną, a nie z jakimś kapryśnym motylem fantazji, który mi z rąk uleci, zostawiając tylko pył stubarwnych skrzydeł w mojej dłoni, i zbrudzi mnie, sam tracąc barwy.
Znasz mnie: są przedmioty o których nie umiem mówić na zimno. Dotknąłem tu jednego z najbardziej palących problematów obecnych i mimowolnie uniosłem się, może nie w porę. Mało żyjąc z konwencyonalnym światem, nie zwykłem słów i zdań swoich stosować do ludzi z któremi mówię.
Lucyan słuchał mnie dość obojętnie, jak wszystkiego co wydaje mu się utopią, a więc nieużytecznem na obecną chwilę; może też nie słuchał mnie wcale. Ale panna Rozalia odparła mi poważnie:
— Słuchając pana, zdaje mi się że masz słuszność w zasadzie; ale życie i doświadczenie pokazuje nam świat wprost przeciwny.
— Pani, — rzekłem, — czyż świat wydaje ci się tyle doskonałym, że już nie może kroku uczynić naprzód? W takim razie powinienby przestać istnieć. Ja mylić się mogę; lecz droga ludzkości wydaje mi się jeszcze długą bardzo, bo gdzie się obejrzę, widzę niesprawiedliwość, ucisk i ciemnotę. Ale to dodaje mi tylko bodźca do rozwinięcia wszystkich sił dusznych; bo powinniśmy patrzeć nie w to co było, lecz w to co być powinno, bo doskonałość nasza jest nieskończona, a wierzę w przyszłość i w Boga.
— Więc według pana, — pytała dalej, nie powinniśmy się oglądać na tradycye, na doświadczenie, tę spuściznę wiekową. Poznaję w panu te dzisiejsze doktryny, których cechą jest spotwarzanie tego wszystkiego co istniało.
Panna Rozalia widocznie zaczynała się lękać zasad moich. Słyszała o wielkiej minionej walce pomiędzy utopiami socyalnemi, a zdrową nauką, i zapominając czasu i daty, widziała we mnie coś nakształt Saint-Simonisty.
Uśmiechnąłem się mimowolnie; ale cóż robić raz wdawszy się w dysputę, musiałem brnąć dalej i tłumaczyć, zaczynając od a, b, c. prawa nieodwołalne rządzące społeczeństwem.
— Szanuję tradycye, — mówiłem, — ale nie bezwzględnie. Doświadczenie uczy nas odrzucać to, w czem się mylono, zostawiając to co było dobrem, i prawo obyczaju poddawać pod kontrolę sprawiedliwości. Przyznaj mi pani tylko słuszność w zasadzie, a porozumiemy się łatwo co do praktyki. Czyż przyszedłszy do uznania błędu powinniśmy błądzić dalej, dla tego iż taki był obyczaj przeszłości?..
Staruszka potrząsła głową.
— To zawsze jedna śpiewka, — wyrzekła. Łatwo wam młodym kamienować to, czego nie pamiętacie; przeszłość miała jednak wiele dobrego, któreście odrzucili niebacznie.
— Omyłka jest rzeczą ludzką, — odparłem; — zresztą są obyczaje i instytucye, które dobre w swojej chwili, zużywają się i stają niepotrzebne przy koniecznej przemianie stosunków. Wadą świata w takim razie byłoby to że żyje, społeczeństwa że postępuje, a żyjąc przeżywa i przetwarza. Musisz mi pani przyznać, że stagnacya jest śmiercią.
Na tak postawioną kwestyą odpowiedź loiczna być musiała po mojej myśli. Ale kobiety umieją wykręcać się od podobnych odpowiedzi, z instynktem istot, które od dzieciństwa skazuje wychowanie na moralne karłactwo, nie rozwijając w nich zdrowego myślenia, i które zwykle lękają się logiki, jak diabeł święconej wody.
Rozprawa nasza, nie wiem jakim sposobem, zeszła na ogólniki i zmieniła kierunek. Rozeszliśmy się dość późno. Panna Rozalia zawezwała Lucyana na jakąś naradę do siebie, a ja przez ogród skierowałem się ku oficynie, gdzie pokój mój przygotowano obok pokoju Lucyana.
Ale zaledwie stanąłem na progu drzwi szklanych, ujrzałem Stasię siedzącą na darniowej ławeczce o kroków kilka, za krzakiem bzu, który nam ją ukrywał. Widocznie musiała słyszeć całą naszą rozmowę. Przemykałem się pocichu niedaleko od niej, trochę zły i zawstydzony tem odkryciem. Ale dziewczyna powstała szybko i zbliżyła się do mnie. Twarzyczka jej trochę przybladła, oczy jednak były łagodne i zamyślone.
— Panie Jerzy, — rzekła, wyciągając do mnie rękę z dziecinną powagą, — panie Jerzy, słyszałam wszystko coś pan mówił. Pierwszy raz w życiu słyszałam podobne słowa; odtąd ręczę panu że chcę być, że będę „człowiekiem!..”
Ścisnąłem jej rękę i poczułem nawzajem uścisk szczery, silny, jej maleńkiej dłoni, i uczułem że uściskowi temu zawierzyć można, jak gdybym dotknął męzkiej ręki przyjaznej. Spojrzałem na nią: dziwna energia tkwiła w jej dziecinnych rysach, postanowienie błyszczało w oczach, i jakieś uczucie wdzięczności, zapału nieokreślonego. Przyznam ci się, że na razie nie znalazłem słowa odpowiedzi, i zanim otworzyłem usta, Stasia odeszła, zostawiając mnie pod wrażeniem tego spotkania.
Biedna Stasia! chowana w cieplarnianej atmosferze, umiała jednak zrozumieć moralną godność, której jej brakło; z dziecinną namiętnością garnęła się do światła i prawdy. Jak przeczystą musi być ta natura, jak bogatą inteligencya, gdy tak odrazu zasmakować mogła w tym gorzkim pokarmie i przyswoić go sobie, choć zawierał naganę dla niej, którą przyzwyczajono tylko do uwielbienia i pieszczoty.
A teraz zapytuję ciebie: czyją będzie wina, jeżeli istota ta pójdzie fałszywą drogą? Czy może ona być odpowiedzialną za wybór jaki uczyniła, za szczęście lub nieszczęście całego życia, kiedy nie nauczono jej myśleć i wyrobiono w niej instynkta tylko, zostawiając w uśpieniu władzę co je kontrolować i użytkować może? Biedna Stasia i biedne jej podobne!..
Ale skończyć muszę ten list olbrzymi, bo już i ranek do okna zagląda. Starałem ci się opisać miejsce i ludzi z któremi jestem; jeżeli myśl twoja podąży za mną, wiedzieć będzie gdzie mnie szukać. Widzisz przynajmniej, że serce moje jest pomiędzy istotami które kochać warto, a inteligencyi nasuwają się różne problemata do rozwiązania. Dla ludzi myśli niebrak ich nigdzie; ale tutaj fantazyi mogę puścić wodze i zapomnieć na chwilę o ścisłych naukowych kwestyach, bo może te, które znajdują się w duchach i sercach ludzkich, dziwniejsze są i trudniejsze do rozwiązania.
Bywaj zdrów i pamiętaj o mnie. Teraz dobranoc! Chce mi się spać bardzo, a panna Rozalia kazała mi uważać na sen jaki mieć będę, pierwszy raz śpiąc pod tym dachem; bo istnieje tradycyą, jakoby sen taki musiał sprawdzić się koniecznie.”





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.