Jelita/Tom II/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Jelita‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Jelita
Podtytuł Legenda herbowa z r. 1331
Data wydania 1881
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron



XI.


Było to w roku następnym 1332, na dni kilka jakoś przed uroczystością narodzin św. Jana Chrzciciela — Florjan z ojcem i żoną, brata Leliwę i kilku ziemian przyjmowali u siebie.
Powieściom o zwycięzkiéj owéj wyprawie starego króla pod Płowce, nie było końca; bo gdziekolwiek się Szary ukazał, nie dawano mu spokoju, zagadując go o to co widział, słyszał, czego naówczas był świadkiem.
Mówiliśmy już, że owe trzy włócznie Krzyżackie, które mężnego rycerza przebodły, wziął on był sobie do szczytu, a że stary swój w Krakowie przemalować kazał. Opatrywano tarczę nową, skórą ociągniętą i gwoźdzmi złocistemi obitą, na któréj dosyć misternie skrzyżowały się trzy kopje — zawołanie téż rodu z Koźlarogów zmieniło się na Jelita... aby dzieci i wnuki pamiętały, czém swój szczyt opłacił nowy.
Setny może raz Szary powtarzać musiał, jak to król długo potajemnie za Krzyżakami chodzić musiał, wyczekując chwili, gdy się pomścić będzie mógł za kraju zniszczenie; jak wojewodę Wincza, poczciwa żona odwiodła od zdrady, z królem pojednała, skłoniła go, aby Krzyżaków porzucił.
— Swięta[1] to niewiasta — mówił Florjan — nie żałowała trudu, nie zważała na niebezpieczeństwa, i męża ocaliła od sromu, a król z jego pomocą pokonał Krzyżaków...
— Prawda to — odparł Leliwa — że juści po troszę to złe, które uczynił, naprawił. Król mu przebaczył, zatarło się niby — a no szlachta wielkopolska nie zapomniała mu, że z Krzyżakami majętności jéj najeżdżał.
Po tém com słyszał, w skórze jego do dziś dnia bym nie chciał być.
— Mój bracie — odezwał się Florjan — ziemianie nasi, prawda, na razie krwi są bardzo gorącéj, i gdy ona w nich zakipi, rąbać i zabijać gotowi, ale téż nikt tak prędko nie ostyga, jak my.
Wojewoda do domu powrócił, ludzie z lasów też i na nowo poklecili chaty; straty się po troszę zapomniały — dadzą mu pokój. Ma to za sobą Wincz, że Krzyżackiemu łupieztwu na żaden sposób zabieżeć nie mógł.
— Ale się na nie patrzał, ale z niemi chodził — dodał Leliwa — Nałęcze nie Nałęcze gromy nań ciskają — on wszystkiemu winien. On!
Mówię ci, w skórze jego nie chciałbym być. Z dobrego to źródła wiem, że się nań naposiedli, i że go zgładzą, a z nim wszystkich, kto żyw...
Florjan się porwał z siedzenia niespokojny.
— Niechże Bóg uchowa! — zawołał. — Gdybym wiedział, że mu grozi w istocie niebezpieczeństwo, jemu i Halce pobiegłbym na pomoc, bo mi téj kobiety żal... okrutny...
Leliwa głową pokręcił.
— Niewiele byś tam pomógł — rzekł. — To wiem, że nań spisek jest, że ludzi do niego należy siła, i że im nie ujdzie!
Grzymała opowiadał, niedawno powróciwszy ze zjazdu ziemian, który we Srodzie był, iż tam się sprzysięgali nieprzyjaciele wojewody, krzywd swych na nim powetować... Zdrajcy łeb ściąć, z rodziny nikogo nie szczędzić i wszystko z dymem puścić...
Szary się wzdrygnął.
— Jeżeli tak jest — rzekł — jutro na koń z ludźmi siadam i do Pomorzan muszę.
Rzucili się mu wszyscy odradzać, poczynając od ojca, ale Szary twardo przy swojem stał.
— Nie może to być, abym naszą powinowatę, która mnie chorego pielęgnowała i do domu wiozła, opuścił... Pomogę nie pomogę, powinność spełnię.
Domna nie mówiła nic, błagająco patrzała na męża. Dalibór rozjątrzonego łagodził.
— Bajki plotą — szeptał cicho — darmo się zerwiesz — a i ludzi sobie narazić nie dobrze... Dać temu pokój. Palca we drzwi wkładać nie trzeba.
Florjan milczał, lecz po wyjeździe Leliwów drugiego dnia w drogę się wybierać zaczął..
Ludzi dobrał sobie zbrojnych kilkunastu, żonę pożegnał, ojca i ruszył najprostszemi drogami na noc całą.
O mil sześć od domu, przyszło spocząć. W gospodzie siedzieli podróżni przy piwie. Jechali do swoich do Sieradzia, a byli wielkopolanie.
— Co tam słychać koło Poznania? — zapytał Szary.
Wąsaty, gruby ziemianin śmiać się począł dziko.
— Dobrze słychać! dobrze — rzekł, panosząc się i w bok biorąc — łotrom łby ścinają, aby drudzy się kajali.
— Jakim? komu? — rzekł Florjan pobladłszy nieco.
— Tak ci jest, tak — ciągnął daléj podróżny. — W samą wigilią narodzenia Ś. Jana Chrzciciela, nasi najechali na dwór w Pomorzanach, i — stała się sprawiedliwość, zdrajcę wojewodę posiekano w kawałki, nie zostało żywéj duszy, dwór spalono...
Kara boża, choć przez ręce ludzkie. Tak niech wszystkim zdrajcom bywa. Amen.



KONIEC.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Święta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.