Jedyny środek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Jedyny środek
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Единственное средство
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Jedyny środek.

Niegdyś, również i nasze przedsiębiorstwo padało pastwą kradzieży, dokonywanych przez kasjerów. Na samo wspomnienie tych czasów strach mnie oblatuje. Nie, nie okradali nas, lecz dosłownie wybierali wszystko z naszej biednej kasy. Wewnątrz kasa była obita zielonym aksamitem — aksamit też ukradli. Jednemu z tych złodziei okradanie nas tak się spodobało, że razem z pieniędzmi buchnął zamek kasy i jej wierzch. W przeciągu ostatnich pięciu lat przez nasze przedsiębiorstwo przewinęło się dziewięciu kasjerów. Dziś, na większe święta, wszyscy bez wyjątku, przysyłają nam powinszowania z Krasnojarska.
— Straszne to, lecz jak złu zaradzić? — martwiliśmy się, oddając dziewiątego kasjera w ręce sprawiedliwości. — Wstyd i hańba! Wszyscy dziesięciu — kanalje!
Zaczęto się zastanawiać i radzić. Komu powierzyć kasę? Kto tu nie jest łajdakiem, kto nie złodziej? Wybór padł na Iwana Pietrowicza, pomocnika buchaltera: cichy, pobożny, niechluj, nie wie co to komfort. Wybraliśmy go, pobłogosławili na tę walkę z pokusami i uspokoiliśmy się, lecz... nie na długo.
Nazajutrz Iwan Pietrowicz miał już nowy krawat. Na trzeci dzień przyjechał do biura dorożką, czego przedtem nigdy nie robił.
— Zauważyliście — mówiliśmy po upływie tygodnia. — Nowy krawat... Binokle... Wczoraj zapraszał na imieniny. Coś się niedobrego święci... Częściej się modli... Ma widać nieczyste sumienie.
Temi spostrzeżeniami podzieliliśmy się z jego ekscelencją.
— Czyżby i dziesiąty miał być kanalją? — westchnął nasz dyrektor. — Nie, to niemożliwe... Taki porządny i skromny człowiek... Zresztą... chodźmy do niego. Poszliśmy do Iwana Pietrowicza i ustawiliśmy się dookoła kasy.
— Wybacz, Iwanie Pietrowiczu — zwrócił się doń błagalnym głosem dyrektor. — Posiada pan całkowite nasze zaufanie... Wierzymy ci... Hm... tak... Ale wie pan... Pozwól przeprowadzić rewizję kasy! No, niechże się pan nie opiera.
— Ależ proszę! Doskonale! — wesoło odparł kasjer. — Rewidujcie, ile się panom tylko podoba!
Zaczęło się liczenie. Liczyliśmy, liczyliśmy i niedoliczyliśmy się czterystu rubli... A więc i ten również?... I dziesiąty? Boże wielki! To po pierwsze; po drugie zaś, jeżeli w przeciągu tygodnia potrafił roztrwonić tak wielką sumę, to ile ukradnie przez rok, przez dwa lata... Ze strachu osłupieliśmy. Ogarnęło nas zdumienie i rozpacz... Co tu począć? No więc co? Przekazać sprawę władzom sądowym? Nie. Sposób to równie stary, jak i pozbawiony wszelkiego pożytku. Jedenasty też ukradnie; dwunasty zrobi to samo... Wszystkich przecież nie można oddawać sądom. Zbić łotra? Nie można. Gotów się obrazić... Wygnać i na jego miejsce przyjąć innego? Przecież jedenasty też ukradnie. Co teraz będzie? Czerwony jak burak dyrektor i my bladziuteńcy — wszyscy wlepiliśmy błędne spojrzenia w Iwana Pietrowicza. Oparci o żółtą kratę, oddawaliśmy się ponurym dumaniom. Myśleliśmy, natężaliśmy nasze biedne mózgi i cierpieliśmy... A on? On był niewzruszony. Z całym spokojem przerzucał liczydła, zupełnie tak, jakby to nie on ukradł.
Długo trwało milczenie.
— Na coś wydał pieniądze? — zwrócił się wreszcie do niego głosem nabrzmiałym łzami nasz dyrektor.
— Na różne wydatki, ekscelencjo!
— Hm... Na wydatki powiadasz... Bardzom z tego rad! Milczeć! Ja ciiii poka...
Dyrektor przeszedł się kilka razy po pokoju i tak ciągnął dalej:
— Co teraz począć? Jak się tu podobnych... bałwanów ustrzec? Panowie! Na miły Bóg, czemuż milczycie? Jak z tego wybrnąć? Przecież tej kanalji nie będziemy bić! (Dyrektor zamyślił się). Słuchajno, Iwan Pietrowicz... Wpłacimy za ciebie te pieniądze, nie dopuścimy, aby rozgłoszenie tej sprawy okryć nas miało hańbą, niech cię licho porwie, tylko bądź szczery, bez żadnych wykrętów.. Kobietki lubisz, co?
Iwan Pietrowicz uśmiechnął się. Widoczne było zakłopotanie na twarzy jego.
— Rozumiem cię doskonale — konkludował dyrektor. — Kto ich tam nie lubi? Tak, rozumiem cię. Wszyscyśmy jednakowo grzeszni. Wszyscy łakniemy miłości, jak powiedział... jakiś... filozof... No, już dobrze! Słuchaj więc. Jeżeli tak bardzo je lubisz, to proszę: dam ci do jednej list... Bardzo ładniutka... Możesz jej składać wizyty na mój rachunek. Zgadzasz się? Do drugiej też dam ci list. Do trzeciej również napiszę! A szelmy ładniutkie, wszystkie parlują po francusku... pulchniutkie. Wino lubisz?
— Ekscelencjo, różne bywają gatunki win... Lizbońskiego, naprzykład, do ust nie biorę. Każdy trunek, za pozwoleniem waszej ekscelencji, ma swój walor...
— Nie pleć... Co tydzień będę ci posyłał tuzin szampana. Chlaj, ale nie trwoń pieniędzy i nie okrywaj nas wstydem. Nie rozkazuję, lecz błagam! Do teatru też pewnie lubisz chodzić?
I tak dalej... Wreszcie zdecydowaliśmy, poza szampanem oczywiście, kupić mu krzesło na abonamentowe przedstawienia w teatrze, potroić pensję, zafundować parę karych cugantów, co tydzień wysyłać go „trójką“ do podmiejskich knajpek — wszystko, rzecz prosta, na koszt przedsiębiorstwa. Krawiec, cygara, fotografje, kwiaty na benefisy aktorek, umeblowanie mieszkania — też opłacało nasze przedsiębiorstwo. Niech się pławi w rozkoszy, tylko, na miły Bóg, niech nie kradnie! Rób co ci się żywnie podoba, tylko nie bądź złodziejem!
No i cóż? Od przeszło już roku Iwan Pietrowicz zajmuje stanowisko kasjera i brak nam słów na pochwały. Jest uczciwy i skrupulatny... Nie kradnie... Zresztą podczas cotygodniowej rewizji konstatujemy, że w kasie brak jakichś tam dziesięciu do piętnastu rubli. Ale czyż to są pieniądze? Ot, drobnostka, o której nie warto nawet mówić. Coś nie coś trzeba przecież złożyć w ofierze na ołtarzu instynktu kasjerskiego. Niech żre, aby tylko nie kradł tysięcy.
Teraz rozkoszujemy się formalnie... W naszej kasie zawsze są pieniądze. Prawda, kasjer kosztuje nas bardzo drogo, jednakże, trzeba mu oddać sprawiedliwość, jest on o wiele tańszy od dziewięciu swoich poprzedników. Mogę zaręczyć, że nie często spotyka się przedsiębiorstwo lub bank, które mogłyby się poszczycić tak tanim kasjerem! Jesteśmy grubo wygrani i dla tego wy, możni tego świata, będziecie conajmniej dziwakami, jeżeli nie pójdziecie w nasze ślady.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.