Jak pokonałem championa świata

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Jak pokonałem championa świata
Pochodzenie Opętana przez djabła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Towarzystwo Księgarzy Polskich na Kresach
Druk Drukarnia Społeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Jak pokonałem
championa świata.
(Humoreska).

— Odrazu widać, że z pana doświadczony podróżnik — zauważyłem.
— Tak.., Z racji profesji zmuszeni jesteśmy do przenoszenia się z miejsca na miejsce po całej kuliziem skiej.
Spojrzałem pytająco na swego kompaniona.
— Hm... A jakiż pański zawód?
— Jestem siłaczem! Championem świata.
Przez delikatność nie zdziwiłem się. Skinąłem tylko głową i oświadczyłem:
— Aha! A pan do Charkowa udaje się?
— Do Charkowa.
— Nie znoszę tego miasta: nudne, brudne partacko zbudowane. Wszelako ludzie tam, dobrzy.
Milczeliśmy chwilę.
„Champion świata“ z ukosa spoglądał na mnie wreszcie nie wytrzymał i, klepiąc mnie po ramieniu rzekł:
— Pan mnie zdumiewa.
— Czemże to, jeżeli łaska?
— Pierwszy raz takiego człowieka spotykam. Wiadomo panu zapewne, że my, championi jesteśmy nieszczęśliwymi ludźmi. Starczy tylko, aby który z naszych nowych znajomych, dowiedział się o naszym zawodzie, by zaraz uznał za swoją powinność obmacać nam mięśnie na rękach, potem rozpocząć niemożliwie długą rozmowę o atletach, o jakichś tam samorodnych, cudownych siłaczach i t. p. i t. p. Takiemu panu zdaje się, że my, atleci o niczem innem rozmawiać nie możemy. Potem, w trakcie rozmowy, przypomni sobie np. Luricha, którego widział, dajmy na to, piętnaście lat temu, i jeszcze raz obmaca panu mięśnie rąk i nóg, a potem da panu swoje do obmacania I dalejże nudzić pana rozmową, przed którą niema się gdzie ukryć... Pan, zdaje się, jest w mojem życiu pierwszym człowiekiem, który postąpił wobec mnie zupełnie poprawnie.
Huknął się pięścią w kolano, aż ławka drgnęła.
W tej chwili wszedł do wagonu nowy pasażer. Odrazu można było poznać, że jest to człek towarzyski. Opadł koło mnie na kanapę, zdjął kapelusz, wytarł chustą czoło i bez ceremonji zwrócił się do championa: — Daleko pan jedzie?
— Do Charkowa.
— Że też chce się panu jechać do takiej dziury! Przecież tam niema teraz co robić!
— No, jakby to panu powiedzieć, wszędzie można coś robić... Położę na obie łopatki ze dwa tuziny zapaśników w cyrku — ot, i będzie robota.
— Co słyszę! Więc pan atleta?
— Siłacz.
— Nie może być! Co pan powiada? Czy pozwoli pan spróbować swoich mięśni?
— Proszę bardzo.
— Oho! To nie mięśnie, ale liny, powrozy... A czy to bardzo niebezpieczna rzecz taka walka? Mówią, że to niekiedy kończy się śmiercią?
— Zdarza się
— A kto teraz bierze udział w walkach?
— O, wielu bierze udział. Ze znanych Emile de Bain, Cyganiewicz, Papa Costopulo, Iljaszenko.
— A powiedz mi pan, gdzie teraz Voss?
— Voss już dawno zaniechał zapasów.
— To był atleta! Łapy to, powiadam panu, jak u niedźwiedzia... Nogi, jak słupy telegraficzne. Wszystkie kobiety, to powiadam panu... A nogi ma pan dobre?
— Owszem. Ujdą.
— Pozwoli pan spróbować? Oho! To stal nie mięśnie! A spróbuj pan moich mięśni na rękach Jak pan myśli, czy można je rozwinąć?
Wielce towarzyski jegomość ścisnął rękę i podstawił ją pod nos championa świata...
— Hm... No, tak. Trochę można...
— Aha! Mówiłem. Kiedyś, to dwa pudy pod nosiłem. A czy da pan wiarę, że u nas w Rostowie, w porcie, to był jeden tragarz, który robił rzeczy wprost nieprawdopodobne. Weźmie bywało, dwadzieścia pudów w jedną rękę i biega po podwórku...
Champion westchnął i zapytał głosem znużonym:
— Tak? A gdzież on teraz?
— Nie wiem. I jeszcze jedno. U nas, na stacji w Rostowie, to był, proszę pana, jeden spinacz wagonów taki silny, że jak wziął za oś — to cały wagon podniósł. Taki to żeby miał się z kim zmagać, toby dopiero cudów dokazał...
Rozmowa wyczerpała się. Nastało długie milczenie.
Towarzyski jegomość znowu wyjął chusteczkę, otarł czoło i nucąc pod nosem jakąś piosnkę, zapytał:
— A gdzie teraz Lurich?
— W Warszawie.
— A Pytlasiński?
— Zagranicą.
— Hm... A czy to trudno wałczyć na pasy?
— Jak komu, proszę pana. Wszystko od wprawy zależy.
— A czy wie pan, że u mego ojca był subjekt w sklepie, który wszystkich wyzywał do walki — i wszyscy się go bali. Raz zrobił z tego powodu skandal w cyrku i wyszedł, zabierając 1000 rubli nagrody bez walki, I nic mu za to nie zrobiono... wszyscy go się bali...

II.

Kiedy wielce towarzyski jegomość wyniósł się, champion mrugnął na mnie i rzekł:
— Widziałeś pan? Co, to ananas! Tacy oni wszyscy. Taki, proszę pana, może paplać bez przerwy. Dalibóg, pan jest pierwszym człowiekiem, który...
— No, — przerwałem z uśmiechem. Trudno, żeby mój zawód nie nauczył mnie taktu, i nie rozwinął wrażliwości...
— A pan, przepraszam, że pytam, czem się zajmuje?
— Jestem literat.
— Doprawdy? Do jakich pism pan pisuje?
— Do różnych; do dzienników, do tygodników...
— A pan, przepraszam że pytam, kiedy siada do biurka, to już ma gotowy temat w głowie?
— Prawie, że już. — Ot, tego nie mogę zrozumieć: jak to tak komu może temat sam przyjść do głowy? Jabym proszę pana, sto lat siedział i nicby mi do głowy takiego nie przyszło...
Wzruszyłem ramionami.
— Wszystko zależy od wprawy.
— Ja także, proszę pana, raz w życiu wierszyk napisałem. Bardzo był ładny. Ale zgubiłem gdzieś, jeżeli znajdę — to przyślę go panu do przejrzenia... Dobrze? Może go weźmie jakie pismo. Dobrze?
— Ależ, proszę bardzo...
— Ja w Petersburgu mam, proszę pana, jednego znajomego, Mikuś Drapalski się nazywa. Nie zna go pan przypadkiem?
— Nie, nie znam...
— Ten też proszę pana wierszyki ładne pisze... Szarady układa... Ach, pardon... Może mi pan powie, jak się panu podoba Rostand?
— Owszem bardzo.
— Mnie także bardzo. Coś kiedyś czytałem... A czy to prawda, proszę pana, że Gorkij jest teraz w Finlandji?
— Zdaje się, ze tak jest. Wrócił z Wioch
— A pan też wierszyki pisze?
— Nie, nie piszę.
— Tak, to trudna sprawa. Mikuś Drapaiski, to — wie pan — jak mysz się spoci...
— Hm... Różnie ludzie tworzą...
Champion świata umilkł. Uderzał się tylko po ręce rzemieniem od ramy okiennej. Myślałem, że na tem rozmowa się skończy. Ale champion nie dał za wygranę Zagwizdał coś pod nosem, ziewnął, zakrył usta, poczem znowu zapylał:
— A gdzie teraz Przybyszewski?
— Nie wiem, zdaje się że zagranicą
— A Strindberg?
— Umarł.
— Ot, była głowa! Ja go tam nie czytałem, ale tak mnie mówili. A propos, czy to prawda, że on miał sześć żon?
— To głupie plotki!
— Swoją drogą, to był głęboki pisarz! Szkoda go. A propos, pan zna Marka Twain’a?
— Znam, jakże można nie znać.
— Ten także proszę pana, nie był głupi. Kiedyś robił dużo hałasu...
— Tak — rzekłem — razem z Lurichem, robił hałas. A propos, czy to prawda, że Lurich mógł 60 pudów jedną ręką udźwignąć?
Champion odrazu skulił się i jakoś niewyraźnie wzruszył ramionami.
— 60 pudów nie można podnieść.
Dobrze. A gdzie teraz Abs?
— Umarł,
— Nie może być! A Lurich co porabia?
Champion nic nie odparł. Podniósł się posępny i począł układać rzeczy.
Był to, jak się zdaje, pierwszy wypadek, że champion świata położony został na obie łopatki przez spokojnego, Bogu ducha winnego, humorystę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.