Profesya djablo wesoła...

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arkadij Awierczenko
Tytuł Profesya djablo wesoła...
Pochodzenie Opętana przez djabła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Towarzystwo Księgarzy Polskich na Kresach
Druk Drukarnia Społeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. S.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ARKADJUSZ AWERCZENKO.
PROFESYA
DJABLO WESOŁA...

Profesya djabio wesoła.
Pamięci Marka Twaina
(Humoreska).

Nie znoszę, by mię odrywano od zajęcia, wpadam wtedy we wściekłość.
Właśnie dziś zadzwoniono do telefonu.
— Hallo! Cóż tam znowu?
— Mówi biuro pogrzebowe pod firmą „Prostota i Luksus“.
— Czego trzeba?
— Przed chwilą zakomunikowano nam, że u pana stało się nieszczęście.
— To zależy z jakiego punktu widzenia... — odparłem ironicznie — z waszego czy z mego?
— Co takiego? Nie słyszę.
— Pytam: kto wam powiedział?
— Nie wiemy. Przed chwilą zawiadomiono nas; prawdopodobnie zatem u pana. Męstwa, panie!
— Dlaczego po co?
— Jakżesz panie... taka strata... Rozumiemy przecież...
— Więc czego wam trzeba?
— Pozwoli pan przysłać naszego agenta?
— Ależ proszę! Jeżeli, naturalnie, niema on czego lepszego do roboty, a ma godzinę wolnego czasu...
— Ależ naturalnie! Hasłem naszem: wszystko dla klijentów!
— Prześliczne hasło.
— Kto miał z nami raz choćby do czynienia, ten nazawsze pozostanie naszym klijentem...
— Rzecz prosta — zgodziłem się. Myślę, że i ja nie uniknę swego losu.
— Co pan mówi?
— Mówię: do widzenia.

∗             ∗

Wesoły jegomość przyszedł.
Agenta biur pogrzebowych można odróżnić od zwykłego człowieka z tyłu; z przodu ma on takiż sam wygląd, jak każdy inny człowiek.
Ale jeżeli zajdziecie mu z tyłu — to odrazu rzuci się wam w oczy charakterystyczna cecha agenta pogrzebowego: oto metalowa sprzączka czarnego krawata zawsze wystaje z pod kołnierza surduta na cal wyżej, niżby tego sobie życzyć należało...
Niekiedy zdarza się, że żona takiego agenta, albo jego przyjaciel serdeczny, zwraca mu na tę niewłaściwość uwagę, ale wszystko napróżno. Natura tak chce.
Otóż, wszedłszy do gabinetu, agent się skłonił, błysnął metalową sprzączką od krawata i rzekł:
— Męstwa panie!
— Siądź pan — zaproponowałem spokojnie. — Bardzo byłoby mi miło, gdybym mógł mu być w czemś użytecznym.
— Wszyscy tam będziemy — zauważył agent w sposób dość niejasny.
— Jedni wcześniej, inni później — zrobiłem niezbędną korrekturę...
— Tak! — zgodził się. — I pytam się: po co człowiek żyje na świecie?
Westchnąłem.
— Ha, trudno Męstwa panie!
Umilkł, poczem delikatnie a przezornie zapytał, badając nieznany grunt:
— Czy to była bliska panu osoba?
— Niewątpliwie. Od swego przyjścia na świat.
— Aha! Dziecko?
— Prawdziwe dziecko.
— Chłopiec, dziewczynka?
Jeżeli wybierać z tych dwóch kategoryj, to była to raczej dziewczynka.
— Jej „tam“ będzie lepiej! Dziecina nie miała czasu jeszcze nagrzeszyć, a przeto zgotowane ma tam życie archanielskie...
— O, gdybyż kto mógł mi to gwarantować, westchnąłem. — Gdyż oto mam pewne podstawy mniemać, że nagrzeszyła ona w swojem życiu dość.
— Zlituj się pan! Jakież mogą być jej grzechy? jeśli nawet zasmucała pana swemi zbytkami, to czyliż może pan mieć w swem sercu coś przeciwko tem u dziecięciu?
— Pan zbyt jej schlebia, nazywając ją „dziecięciem” — zauważyłem. Prawda jest, że wyglądała dość młodo, wszelako, tak czy owak, trzydzieści i sześć latek spełniło się jej...
— 36 lat! — zdziwił się agent — a przecież paneś mówił, że to prawdziwe dziecko?
— I teraz to powtarzam. W kobiecie, drogi panie, zawsze tkwi nadzwyczajnie dużo z dziecka!
— Męstwa, panie — rzekł agent. — Strata kochanej kobiety — jest to wielka boleść, ale nie należy rozpaczać. Rozpacz jest wielkim grzechem
— Nie sądzę, aby ten grzech był mi właściwym.
— Jeżeli panu będzie już za ciężko na duszy, to pomódl się pan. Modlitwa zmniejsza mękę, a jej też tam lżej będzie.
— Dziękuję. Pańskie rady są dla mnie balsamem kojącym Dalibóg, pański zawód...
— Każdy ma dziś swój zawód... — skromnie zgodził się agent. — I jeszcze to panu powiem: żyj pan nadzieją, że jeszcze kiedyś spotkasz się tam z nią. Wcześniej czy później każdy człowiek umiera. Jeżeli umarł wcześnie — te mało nagrzeszył; jeżeli zaś późno — to grzechy jego zwiększyły się...
Proporcjonalnie tło lat przeżytych — westchnąłem.
— Proporcjonalnie do lat przeżytych — męstwa panie! Pierwsze chwile po stracie okropne są, ale potem, stopniowo wszystko zapomina się. Pan możesz spotkać inną, pokochać ją i być z nią jeszcze szczęśliwszym. I myślę, że umiłowana nieboszczka da panu swą pozagrobową zgodę na to pańskie nowe szczęście...
No, co do mnie, to myślę, że w tej sprawie nie będzie ona miała nic do powiedzenia. Przeciwnie, ona za życia wciąż chciała mnie ożenić!
— Oczywiście, to nie jest znów tak ważne... I jeśliś ją pan kochał jak żonę, to i bez ślubu kościół przyjmie ją na swe łono...
— Pan jesteś na błędnej drodze — uśmiechnąłem się smętnie. — Ja nigdy jej nie kochałem jak żonę, bo była ona tylko moją dobrą ciotką.
— Przepraszam, nie zrozumiałem pana. A zatem stracił pan swoją kochaną cioteczkę?
— Niestety!
— Cóż robić! Wszyscy będziemy tam i ani jeden człowiek nie uniknie swego losu. Naturalnie, ciężko jest stracić kochaną ciotkę, ale jeszcze ciężej jest stracić drogą żonę, albo najdroższe dziecko...
— To prawda — potaknąłem z cichym smutkiem. — Ciotek wiele, a żona tylko jedna!
— Prawda, że mam rację? — ożywił się agent. — I ciotka ciotce nie równa. Zdarzy się czasem taka ciotka, że niech ją wszyscy djabli...
— Zdarzają się czasem ciotki — wiedźmy — potwierdziłem sentencjonalnie.
— Che-che-che! To racja. A ja panu to jeszcze powiem, że niejeden klijent skacze pod sufit, jeżeli ciotka nogi wyciągnie... Naturalnie jeżeli zmarła ciotka jaka bogata, i zostawiła huk pieniędzy.
— Wyobraź pan sobie: moja nieboszczka ciotka też kierowała się dobremi zasadami w życiu, bo zostawiła mi 40,000 rubli.
— Ależ z pana figlarz! — zaśmiał się agent, klepiąc mnie po ramieniu — Pan sobie żarty stroi, a ja go tu pocieszam, uspokajam... W takim razie powinszować, powinszować... To też spodziewam się, że przy takim kapitale wszystko będzie jak należy.
— I tak już jest wszystko, jak należy — uspokoiłem agenta.
— Che-che-che! Dalibóg, przyjemnie mieć do czynienia z takimi jak pan klijentami! Więc pozwoli pan teraz zdjąć miarę?
— Jaką miarę?
— Na trumienkę.
— Po co? Ze mnie zdejmować — jeszcze za wcześnie, z ciotki — za późno.
— Dlaczego zapóżno? Jest to rzecz najłatwiejsza w świecie. Nieboszczka pewno w sąsiednim pokoju?
— O nie! Skądżeby znowu?
— Czy może czeka we własnem mieszkaniu?
— Nie sądzę, aby oczekiwanie na cośkolwiek było dziś jej właściwością.
Agent podniósł się, przyjrzał mi się z niepokojem i spytał:
— Wybaczy pan.. Czy pańska ciotka rzeczywiście umarła?
— O, mogę to panu zaręczyć.
— I rzeczywiście potrzebuje pogrzebu i trumny?
— Jakby to panu powiedzieć... Przypuszczam, że co się tyczy pogrzebu — to jest jej obojętne, co się zaś tyczy trumny... Nowa, dobra trumna przydałaby jej się niewątpliwie... Zresztą nie wiem, jak tam u nich...
— Ależ panie! U nas wszystkie trumny nowe!...
— U was tak, — rzekłem ironicznie — ale u nich nie zawsze tak. Myślę, zresztą, że nie byłaby od tego, aby jej zmienić starą, zbutwiałą trumnę na nową...
— Pardon, wybaczy pan... — zawołał z pomieszaniem ajent, trąc czoło. — Pan powiada, że pańska ciotka umarła... kiedyż więc ona umarła?
— Trzy lata temu. Męstwa panie!
— W takim razie... pocóż pan mnie zawezwał?!?
— Alboź ja pana wzywałem? Pańskie biuro samo do mnie zatelefonowało i zaproponowało przysłać do mnie pana!
— Ale pan mnie odrywa od roboty...
— Pańskie biuro mnie także oderwało od roboty. Zresztą, nie rozumiem pana: zamiast, by cieszyć się, że u mnie wszystko w porządku, pan jeszcze rzucasz się, dlaczego u mnie niema nieboszczyka... Męstwa panie!
— O, więcej już nie uda się panu nigdy mnie znęcić do siebie — zauważył ponuro agent, szukając kapelusza.
— O, jakżebym ja pragnął tego! Widzi przecież pan sam, że interesy nasze zbyt się rozchodzą: co jest złem dla nas, to jest dobrem dla was.
— Psie życie! — burknął agent, obracając się do mnie plecami i jeszcze raz podkreślając swą metalową sprzączką swój humanitarny zawód.
— Psi zawód!
— Wszelako i taki jest lepszy od śmierci, — odparłem filozoficznie, odprowadzając go do drzwi...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arkadij Awierczenko i tłumacza: anonimowy.