Sceptyk (Nansen)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Peter Nansen
Tytuł Sceptyk
Pochodzenie Opętana przez djabła
Data wydania 1927
Wydawnictwo Towarzystwo Księgarzy Polskich na Kresach
Druk Drukarnia Społeczna
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. M.
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
P. NANSEN.
SCEPTYK


Na zakrytej werandzie, pełnej kwitnących kwiatów w wazonach siedzi na ławce panienka w kostjumie balowym. Obok niej stoi młody kawaler. Z salonu dolatują dźwięki muzyki...
— Na panu, naturalnie, zupełnie nie można! polegać? Panie Birker!
— Czy pani znowu powraca do kwestji moich braków?
— Właśnie, że tak. Z pana wielki prostak Pan sądzi, że wszystkie panny, które cokolwiek więcej z panem żartowały, już są w nim zakochane...
— Ależ, co znowu! Uchowaj Boże!
— Nadomiar pan jest bez taktu.
— Jestem zawsze uprzejmy.
— Tego nie powiem...
— Przypuszczam, że młode panny są za bardzo dobrze wychowane, aby patrzyły krzywem okiem na biednego nieznajomego, który im nic a nic złego nie zrobił...
— Panie Birker!
— Panno Krogh!
— Paneś — osobnik nadzwyczaj mi niesympatyczny!
— Z żalem wyznaję, że nie mogę pani zrewanżować się tem samem za jej uprzejmość. Przeciwnie, uważam, że jest pani czarującą.
— Czy pan wie, co w panu jest najbardziej oburzającego?
— Nie, nigdym dotąd nie zastanawiał się nad tem.
Pan myśli jedno, a mówi drugie. Paneś jednaki w traktowaniu wszystkich pań: jednako pochlebny, jednako uśmiechający się i... nieznośny.
— Dlaczegożbym nie miał się uśmiechać?
— Owszem — ale niech to będzie szczere.
— A czy teraz mogę się uśmiechnąć?
— Bądź pan gentelmanem, panie Birker, i usiądź pan. Tu obok mnie jest jeszcze trochę miejsca.
— Siedzimy teraz, niby dwie zaręczone kury na jednej grzędzie. Czy mogę panią prosić o wachlarz?
— Panie Birker, czy nie mógłby pan choć przez kilka minut pomówić ze mną poważnie?
— Więc odważyła się pani aż na tak nieprzyjemny krok? No, no...
— Nie, ja nie mogę mówić z panem poważnie. — Wynoś się pan!
— Nie mogę... Jestem przykuty do ławy skazańców...
— Powiedz mi pan, panie Birker, czy pan chodzi kiedy do... kościoła?
— Tak.
— A jakich kazań najhardziej i najchętniej pan słucha?
— Niestety, ku największemu memu żalowi nie mogę ich sobie przypomnieć. Przeważnie — o ile się nie mylę — tyczą się one nieboszczyków.
— Nieboszczyków?
— Tak. A także pogrzebów.
— Czy pan wie, co o panu mówią?
— Nie
— Że pan jesteś bezbożnik!
— To nieprawda. Pani mnie zupełnie oszołomiła. Mniemałem, że pani wymieni dzieciobójstwo, albo dwużeństwo...
— Fe, panie Birker! jak lekkomyślnie się pan wyraża! Możnaby nawet pomyśleć, że pan jest, w danym wypadku szczerym...
— Dzięki Bogu, że tak jest. Pani zatem sądzi, że ja nigdy nie myślę tego, co mówię?
— Czy pan jest zawsze taki?
— Niestety, jestem zawsze bardzo zepsuty. A czy wie pani z czego to pochodzi?
— Z czego?
— Jestem beznadziejnie zakochany. Czy życzy sobie pani posłuchać tej tak smutnej historji?
— Panie Birker! Czy pan mówi... poważnie?
— Najzupełniej poważnie... Było to właśnie rok temu. — (Proszę być ostrożną i ławką nie huśtać...). — Byłem młody, pełen życia, ufności, pełen błogich nadziei — słowem pełen tych wszystkich zalet szlachetności, któremi naładowany powinien być każdy młody człowiek.
— Jednakowoż odzywano się o panu niezbyt dobrze...
— To złośliwa potwarz, panno Krogh, Ja byłem prawie niewinny.
— Czy był pan kiedy wierzącym?
— Owszem, byłem obecnym przy bierzmowaniu pewnej kuzyny i byłem ojcem chrzestnym pewnego dziecka mego przyjaciela.
— Pan ma żonatych przyjaciół?
— Nie żonatych, ale...
— Co znaczy: „ale“?
— Łaskawa Pani! Obejdźmy tę kwestję milczeniem; pani nie wolno słuchać takich rzeczy, a mnie opowiadać ich pani. A zatem, byłem młody i niewinny... Aż oto razu pewnego przybyłem na bal!...
— Czyż jest w tem coś złego?
— Sama pani przed chwilą mówiła o powadze słów, a teraz... Na balu tym spotkałem ją. Była piękna, nieprawdopodobnie piękna... wysoka, kształtna, blondyna, zalotna; piękne zęby, delikatna cera, biała szyjka...
— Nie zagłębiaj się pan dalej w detale...
— Dlaczego? Tak czy owak, zarazbym skończył swój opis. Kompetencja moja w tym względzie nie jest zbyt wielka. Brak mi w opisie tylko — ust. Za chwilę wrócę do nich. Tańczyłem z nią w pierwszym tańcu po kolacji i trzeciego walca — walca tylko dlatego, że wybrała mnie, przyrzekłszy poprzednio lejtnantowi Gdy tylko zaproponowałem jej tańczyć ze mną zgodziła się. Podczas gdyśmy jedli lody po drugim tańcu, pocałowałem ją w usta, w gorące, świeże, aksamitne usteczka... O, nigdy, nigdy nie zapomnę tych ust... Czemu pani wstaje? O, zostań pani! Myśmy przykuci do tej ławy dopóty — dopóki nie wstaniemy odrazu oboje...
— Zezwalam panu nie kończyć swej opowieści. Nazajutrz przyzna pan, napisałam, że wszystko to było, rzecz prosta, tylko żartem zarówno z mojej, jak i z pańskiej strony... Prosiłam także pana o jedno — a paneś tego nie spełnił. To z pańskiej strony nieładnie, panie Birker! Nieładnie wywlekać znowu na świat Boży tę niemądrą historję...
— Ach pani! Pani nazywa tę historję niemądrą...
— A pan jak ją znajdzie? Może jest to pańska nieszczęśliwa miłość?
— Pani zbyt się gorączkuje, panno Krogh. Pozwól mi pani dokończyć, wypowiedzieć się... Przyznałem, że list pani był rozumny i poprawny. Ja również byłem zajęty ułożeniem do pani listu treści analogicznej... Czy wie pani jednak, czego ja nigdy nie zapomnę z czasów naszego narzeczeństwa — tak, śmiem powtórzyć, — z czasów naszego narzeczeństwa? Ust pani! Ust gorących, świeżych, aksamitnych... Te usta stały się moją nieszczęśliwą miłością. One sprowadziły mnie na manowce, doprowadziły do bezbożności, do abnegacji wiary, ponieważ nigdy nie mogłem znaleźć tego, czegom szukał... Tak, panno Krogh!
— Co?
— Teraz spotkaliśmy się po upływie roku w tym samym domu w tych samych warunkach... czyli, że nic się nie zmieniło.
— Tylko, że ja teraz nie poświęcę lejtnanta dla pana!
— Dziś siedzieliśmy obok siebie przy stole. Rok temu oświadczyłem się pani. — Było to niemądre.
— Nie powinien pan jednak być tak dalece niedelikatnym.
— Potem pocałowałem panią. Było to najmądrzejsze z tego, co kiedykolwiek w życiu zrobiłem...
— Panie Birker!
— Porządek faktów był zły. Numer drugi winien być numerem pierwszym, — zaś numer pierwszy mógł wcale nie istnieć... Pani już wstaje? Pani rozerwie sobie suknię... A zatem, poprawmy swój błąd!
— Panie Bir... ker!!
— A teraz pozwól mi pani zaprosić się do tańca. Teraz będzie już pani ostrożniejszą... Brawo! Poprawię pani wstążki na szyjce...
— Panie Bir... ker!! Doprawdy powinnam pogniewać się raz na zawsze na pana i nie mówić do pana nigdy!
— Rozumiem to, panno Krogh Jednakowoż gniew pani winna złagodzić ta okoliczność, że pani wróciła okrutnemu sceptykowi — jego dziecięcą wiarę...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Peter Nansen i tłumacza: anonimowy.