Jak kotek Murzynek nauczył się myszki zjadać

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Maria Julia Zaleska
Tytuł Jak kotek Murzynek nauczył się myszki zjadać
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 120
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wydania 1932
Druk Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



M. ZALEWSKA
Jak kotek Murzynek nauczył
się myszki zjadać.
ilustrowała
IRKA BRATKOWSKA
WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ
W WARSZAWIE
Printed in Poland
Druk. Sikora, Warszawa





Trzy siostrzyczki Stasia, Basia i Joasia miały przepiękną kotkę Szarusię. Szarusia była bardzo przywiązaną do dziewczynek, ale najbardziej lubiła Joasię. Gdy Joasia wieczorem układała się do snu, Szarusia wskakiwała do łóżeczka dziewczynki, kładła łepek na poduszeczce, tylne nóżki podwijała pod siebie, a przednie wyciągała do dziewczynki. Joasia przytulała główkę do pyszczka Szarusi i obejmowała kotkę małemi rączkami. Szarusia głośno mruczała z zadowolenia i swojem monotonnem mrruuu... kołysała dziewczynkę do snu.
Rano, zaledwie Joasia otworzyła oczęta wnet wołała:
— A gdzie Szarusia?
Szarusia biegała krok w krok za dziewczynką, jak piesek i prawie nigdy nie odchodziła od Joasi.
Razu pewnego Joasia zachorowała i leżała w łóżeczku. Dziewczynkę bolała główka, na twarzyczkę wystąpiły silne wypieki, a oczęta były zaczerwienione. Przyszedł doktór, oglądał dziewczynkę i zapisał jakieś lekarstwo. Joasia leżała w łóżeczku smutna, z przymkniętemi powiekami i nic ją nie bawiło, zapomniała nawet o swojej ukochanej kotce.
Szarusia była bardzo zdziwiona, że jej pani nie dokazuje, nie biega, nie pieści swojej kotki, a jeszcze bardziej martwiło Szarusię, że mamusia Joasi nie pozwala teraz spać z dziewczynką. Biedna koteczka posmutniała również bardzo i aż wychudła ze zmartwienia. Chodziła z kąta w kąt, miaucząc żałośnie, zapomniała o łakociach, nie chciała tknąć smacznego mleczka, nie nęciły jej myszki, które, widząc, iż nikt ich nie prześladuje, rozzuchwaliły się bardzo i ogromne szkody wyrządzały mamusi w śpiżarni.
Ale oto pewnego dnia Joasia obudziła się zdrowsza, wypieki zginęły, oczęta patrzały wesoło. Dziewczynka usiadła na łóżeczku, rozejrzała się po pokoju i zawołała:
— A gdzie Szarusia?
Szarusia hyc! — i znalazła się na łóżeczku dziewczynki, a wkrótce wesołe mrruuu... dało się słyszeć w pokoju. Szarusia była bardzo zadowolona, że jej pani powróciła do zdrowia. Raptem kotka zerwała się z łóżka i wybiegła z pokoju.
— Co jej się stało? — myślała dziewczynka.
Szarusia nie wracała długo. Nadeszła pora obiadowa, a Szarusi nie było. Przyszła mamusia, postawiła na krzesełku koło łóżeczka Joasi talerzyk i odeszła do kuchni, aby przynieść kaszkę na mleku. W tej chwili wbiegła do pokoju Szarusia, w pyszczku trzymała coś czarnego. Zanim Joasia spostrzegła co to jest, Szarusia wskoczyła na krzesełko i złożyła na talerzyku dwie tłuste myszki, sama zaś usiadła przed dziewczynką i głośnem mruczeniem zdawała się zapraszać do spożycia smacznego obiadku.
— Zjedz, Joasiu, zjedz, sama upolowałam — widzisz jakie tłuste.
Przyszła mamusia i roześmiała się serdecznie, gdy zobaczyła, jaki upominek Szarusia przyniosła swojej pani.
Od tej pory jeszcze większa przyjaźń zapanowała pomiędzy kotką, a dziewczynką.
Cóż z tego, kiedy Joasia nie zawsze mogła bawić się z Szarusią: dziewczynek było trzy, a kotka tylko jedna. Często z tego powodu były nieporozumienia pomiędzy siostrzyczkami, kiedy Joasia pragnęła iść z Szarusią na spacer, to Basia chciała karmić kotkę mleczkiem, a Stasia bawić się papierkiem, który był uwiązany do sznurka i miał naśladować myszkę.
Najgorzej na tych sprzeczkach wychodziła Szarusia, bo dziewczynki wyrywały ją sobie z rąk do rąk i nieraz pociągnęły ją przy tem za łapkę lub ogonek.
Każda przeto dziewczynka marzyła o tem, aby mieć swoją własną kotkę.
Nadeszła wiosna, zakwitły drzewa w ogrodach, zazieleniły się łąki. Słoneczko przygrzewało coraz dłużej, coraz cieplej. Dziewczynki wybiegały do ogródka i bawiły się tam wesoło, chodziły na pobliską łączkę i do lasu zrywać polne kwiatuszki.
Szarusia zawsze towarzyszyła tym wyprawom.
Aż oto od pewnego czasu koteczka zupełnie przestała towarzyszyć dziewczynkom. Cały dzień była gdzieś za domem. Gdzie, dziewczynki nie wiedziały. Wpadnie na chwilkę, zje coś, wypije trochę mleczka i zaraz ucieka. Nawet Joasia nie mogła wyśledzić, gdzie się chowała Szarusia.
Pewnego dnia zajrzała mamusia do małego składziku, gdzie przechowywały się rozmaite stare rzeczy. W jednym z kątów, na słomie siedziała Szarusia, zakrywając sobą jakieś małe ciemne stworzonka. Na widok mamusi Szarusia wstała, wygięła grzbiet i, patrząc złemi, niespokojnemi oczami, miauczała zcicha.
— Nie bój się, nie bój! Nie zrobię twoim małym nic złego, — rzekła mamusia.
— Stasiu, Basiu, Joasiu! Gdzie jesteście? Chodźcie tu prędko.
Dziewczynki, prześcigając się wzajemnie biegły do matki.
— Słuchamy mamusiu! — mówiła sapiąc ze zmęczenia Basia.
— No, patrzcie, gdzie chowała się przed wami Szarusia.
— A, a, a! — wyrwał się okrzyk zdumienia z ust dziewczynek i wszystkie trzy rzuciły się do Szarusi.
— Ach mamusiu, jakie ładne!
— Ależ to prawdziwe, żywe kocięta.
— Mamusiu! one ślepe, — wołały dziewczynki, wpatrując się z zachwytem w małe stworzonka.
Szarusia niespokojnie chodziła koło kociąt i miauczała żałośnie.
— Nie bój się, nie bój głuptasku, nic złego twoim dzieciom nie zrobimy.
Kociąt było czworo: dwoje burych prążkowanych jak tygrysy, jeden biały w czarne łatki i jeden cały czarny.
— Och mamusiu, jak to dobrze, teraz zupełnie nie będziemy się sprzeczać, bo każda z nas będzie miała po jednym kotku.
— O nie, moje panienki. Wybierzcie sobie najwyżej dwoje kociąt — dwoje oddamy znajomym, gdy podrosną.
— Mamusiu, to znowu będą kłótnie, — rzekła Joasia. Trzeba, żebyśmy wszystkie miały po jednym kociątku.
— Więc dobrze, skoro zatrzymacie sobie dwoje kociąt i Szarusię, to każda z was będzie miała po jednym.
— A dla mamusi co będzie, a dla tatusia?
Mamusia uśmiechnęła się.
— No, jakoś to będzie. Myślę, że ani tatuś, ani mamusia nie będą bawić się kotkami.
Kocięta rosły prędko. W kilka dni potem otworzyły się im ślepki. Z wielkim apetytem piły teraz mleczko z miseczki i fikały ucieszne koziołki. Joasia opiekowała się całą kocią rodziną. Najśmieszniejszy był czarny kotek, który bardzo lubił mleczko, ale że był ogromnie leniwy, nigdy sam nie podszedł do spodeczka, tylko trzeba było go przynosić. Nie używał przytem ruchu, tylko wciąż wysypiał się w koszyczku, wysłanym siankiem, utył przeto tak, że małe nóżki z wielkim trudem unosiły jego pękate ciałko. Szerść lśniła się na nim jak lustro, a że nie miał na sobie najmniejszej białej plamki, dziewczynki przezwały go Murzynkiem.
Czas leciał szybko, kocięta rosły jak na drożdżach i pewnego dnia mamusia Szarusia postanowiła, że czas rozpocząć naukę kociąt. Sama Szarusia była bardzo wykształconą kotką i nie chciała, aby jej dziatki rosły niemądre. Nauka każdemu w życiu się przyda. Wiedziała dobrze o tem Szarusia, że uczony kotek łatwiej zapracuje na kawałek chleba z masełkiem, ba, i na smaczne mleczko, a czasem i na kiełbaskę! Łatwiej, uczonemu kotkowi upolować tłustą myszkę, łatwiej, w zamożnym domu utrzymać posadę.
Zaczęła się nauka. Szarusia złapała niewielką myszkę, przygniotła jej łapki i przyniosła w pyszczku dzieciom.
Kocięta wybiegły i przyglądają się zdumione co to będzie.
Tymczasem Szarusia wypuściła myszkę z pyszczka. Myszka, w nogi! Szarusia, hyc! i złapała ją. Potem powtórzyła to samo kilka razy. Podobała się kociętom taka zabawa. Za czwartym razem już same goniły za myszką. Jeden Murzynek przyglądał się zabawie obojętnym okiem, przeciągając się leniwie.
Szarusia codziennie powtarzała naukę i wkrótce wszystkie kocięta doskonale łapały upolowaną przez Szarusię myszkę. Czasem w chwilach wolnych od nauki, kocięta bawiły się kłębkiem nici.
Jeden Murzynek tylko nie brał udziału w tych wszystkich zabawach. Najchętniej czas spędzał w małej komórce koło kuchni, gdzie całymi dniami wysypiał smacznie w koszyczku na sianku, posłanem przez Joasię.
Czas płynął prędko. Murzynek rósł i tył coraz bardziej i zrobił się tak niezdarny, że nawet najmniejszej myszki nie mógł schwycić. Rodzeństwo śmiało się zeń serdecznie. Ba, nawet myszki kpiły sobie z Murzynka. Zdarzało się nieraz, że kiedy Murzynek chrapał smacznie na swojem ulubionem miejscu, z norki wychodziły myszki i ująwszy się za przednie łapki tańczyły wokoło kotka.
Jedna myszka usiadła koło ogonka kotka i śpiewała cieniutkim głosikiem:

Śpij Murzynku, śpij kochanie
Bo my pójdziem na śniadanie

Inne myszki wtórowały jej chórem:

Pii, pii, pii!
Niech Murzynek śpi!
Pachnie mleczko, nęci szynka,
Małym myszkom cieknie ślinka.
Pii, pii, pii
Niech Murzynek śpi!
Znikło mleczko, potem szynka
Czas obudzić już Murzynka

Pii, pii, pii
Niech Murzynek śpi!
Spałeś, kotku do tej pory
A my teraz, myk do nory!
Pii, pii, pii
Niech Murzynek śpi!

Murzynek otworzył jedno oko, spojrzał na myszki i aaa... pcich! kichnął głośno. — Myszek ani śladu. A Murzynek znowu śpi.
Pewnego dnia przyjechał w odwiedziny wujaszek dziewczynek. Wujaszek umiał malować prześliczne obrazki. Dziewczynki prosiły wujaszka, żeby coś im namalował na pamiątkę.
— Dobrze bąki, namaluję wam myszki.
— Doskonale, doskonale, — ucieszyły się dziewczynki.
Wujaszek ustawił na sztalugach kawał tektury, wziął paletę do rąk i zaczął coś malować.
— Dobrze, ale jak chcecie, żebym namalował wam myszki?
— Niech piją mleczko, — zgodziły się inne dziewczynki.
— No to przynieście mi miseczkę.
Stasia pobiegła do kuchni i przyniosła ulubioną miseczkę Murzynka, z której kotek zawsze pił mleczko.
Wujaszek ustawił miseczkę na stoliku i zaczął malować. Po chwili obraz był wykończony. Koło miseczki siedziały dwie myszki i smacznie spijały mleczko. Myszki zdawały się, jak żywe, miseczka sprawiała wrażenie prawdziwej miseczki tak, że Basia chciała uchwycić ją rączką. Dziewczynki nie posiadały się z radości, na widok tak pięknego obrazka.
Wujaszek starannie oczyścił pendzle, naczynie z farbą postawił na stoliku za sztalugami, a obraz zostawił na sztalugach, aby wyschnął i wszyscy wyszli z pokoju.
Murzynek tymczasem wyspał się znakomicie i wstał, aby napić się mleczka.
Lecz co to? Spodeczka z mleczkiem na zwykłym miejscu niema. Idzie Murzynek dalej z pokoju do pokoju, rozgląda się wokoło — spodeczka niema nigdzie. Czyżby dziewczynki o nim zapomniały? W tem... rzecz nie do uwierzenia! Jego, Murzynka, spodek stoi na jakichś kijach, a dwie myszki spijają mleczko! O, tego zawiele!
Kotek sprężył się, wyprostował i jednym susem... hyc! — do myszy. Pociemniało Murzynkowi w oczach. Myszy ani śladu. Coś lepkiego, mokrego, o przykrym zapachu okryło piękną puszystą szerść kotka.
Biedny kotek prychał, kichał, otrząsał się, zbierał farbę łapkami — nic nie pomagało. Obrzydliwa, lepka masa okryła łepek, nosek i powieki koteczka. Pełno miał jej w uszach i pyszczku. Na podłodze za każdym krokiem zostawiał ślady swoich nóżek.
Któż, opisać potrafi śmiech i zmartwienie dzieci, gdy po powrocie z przechadzki zastały Murzynka w tak przykrej sytuacji.
Długo obmywała go Joasia terpentyną przy pomocy wujka i mamusi. Biedny kotek odchorował ciężko swoją przygodę. Wreszcie pewnego dnia, gdy nabrał już sił, wyszedł na przechadzkę po mieszkaniu. Wtem z norki wybiegła myszka i poznawszy leniwego Murzynka, spacerowała po pokoju. Lecz Murzynek teraz był innym. Jednym susem skoczył ku myszce. Myszka w nogi. Murzynek za nią. Zdumiona myszka obejrzała się. Czyżby nie poznała kotka? To ją zgubiło. Za chwilę poczuła na sobie ostre pazury i zęby Murzynka. Od tej pory, Murzynek nie darował ani jednej myszce, jakby chciał na nich wywrzeć gniew za swoją przygodę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Julia Zaleska.