Jagiellonowie/Pod Kleckiem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Jagiellonowie
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Pod Kleckiem.

Obóz tatarski śpi, — noc głucha, chmury zasłały niebo grubym wałem, żadne światełko nie mrugnie tam w górze.
A na ziemi szum puszczy, rżenie koni, spętanych na pastwiskach, blask ognisk, tu i owdzie roznieconych, chrapanie śpiących — i ciche westchnienia, i szept modlitwy tam, gdzie jasyr stoi.
Obciążony łupem napastnik powraca, nie zachowując wielkich ostrożności: czego się ma obawiać? Wpadł, zrabował, uchodzi. Nie spotkał oporu, bo kto mu stawi czoło? Król umiera, strach rządzi i panuje. To zasnęli spokojnie, — niby tam straż czuwa tu i owdzie przy ogniu, ale drzemie.
Tylko wśród jeńców jakieś tchnienie chodzi, jakiś głos woła w ich sercach, coś płoszy sen ze strudzonych powiek. W bólu i w pętach leżą, nasłuchując, a w ich duszach jedna gorąca modlitwa: — Zbaw, Panie!
Straszne obrazy snują się im przed oczami: ten widzi dom płonący, mordowane dzieci, ten żonę na powrozie, tamta męża we krwi, straszne postacie dzikich najezdników, więzy, niewola, a dalej — śmierć lub okropne życie.
A stara puszcza coś mówi, coś szepcze, jakaś wieść idzie w cichem tchnieniu nocy, coś liście dziwnie gwarzą, ziemia drży, jak matka, gdy dziecię tuli strwożona do piersi, i chmury — zda się — ku nim się schylają, jakby osłonić chciały.
Coś idzie lasem, coś płynie z chmurami, jakaś nadzieja... Boże! co to? cicho! cicho! ktoś pęta przeciął w ciemności — och, zbawca!
Jest więcej takich: w milczeniu głębokiem, tłumiąc okrzyk radości, jedni pomagają drugim, zrywają pęta. — Wozy tuż! wozy z bronią! Ich tysiące!
Wtem krzykiem rozgrzmiał las: „Jezus! Maryja!“ Polski zastęp wpada na obóz uśpiony. Zrywają się Tatarzy, wre walka w ciemności, — jeńcy wolni za broń chwytają, — zamieszanie, popłoch, ucieczka. — Jezus! Marja! zwycięstwo.
Zaskoczeni znienacka Tatarzy, spostrzegłszy, iż w ciemności mordują się wzajem, nie znając ani sił nieprzyjaciela, ani wiedząc, skąd przybył i skąd grozi, pierzchnęli w najwyższym nieładzie, zostawiając obóz i łupy: olbrzymi jasyr i skarby niezmierne.
Wschodzące słońce oświetliło pobojowisko, brzmiące radosnym hymnem dziękczynienia. Tysiące ocalonych klęczy wśród krwi i trupów, z wzniesionemi oczyma, z rękami ku niebu, z twarzą zalaną łzami.
Boże! Chryste! — nic więcej pośród łkań nie słychać. Tu ojciec znalazł dzieci, jeszcze spętane powrozem, — żona — męża, — syn — ojca, — płacz, szczęście, radość nie do opisania.
Kto sprawcą tego? — Książę Michał Gliński, przyjaciel króla, pan dumny i mężny, nielubiony za pychę, samowolę, — lecz dziś wszystko mu przebaczono. I Bóg ma przebaczy: tyle modłów za niego bije z ust tysięcy.
A gdzież on? — Poszedł dalej ścigać napastnika, — jeszcze niecały jasyr odzyskany; jeszcze trudu niemało. A sam zawsze na czele, jak piorun uderza, dwa konie pod nim w utarczce zabito, trzeciego dosiadł i wroga pokonał, jasyr odebrał znowu. 40.000 nieszczęśliwych jeńców odzyskało wolność dzięki jego męstwu, energji.
Gdy powrócił do Wilna, król mówić już nie miał siły, rękę tylko wyciągnął, wzniósł głowę i skonał.
I ten sam Gliński zdrajcą. Trudno w to prawie uwierzyć, a jednakże tak było. Ambitny, dumny, pyszny, mający zaufanie króla Aleksandra, rządził nim i Litwą, król ulegał zupełnie jego woli. — Po śmierci Aleksandra zmieniło się wszystko: Zygmunt mu niedowierzał, w sprawie z Zabrzezińskim, głównym jego nieprzyjacielem, nie wiedział kto ma słuszność, komu wierzyć, to też wyrok odkładał.
Zniecierpliwiony Gliński zemstę gotował i zdradę: przekonają się, co on może. Zabrzezińskiego we własnym jego zamku napadł i zamordował, potem uciekł do Moskwy, ofiarował wielkiemu księciu swe usługi, połowę Litwy zagarnąć obiecał, a choć pokonany dwukrotnie pod Orszą, podstępem zabrał Smoleńsk.
Widział pomimo to, że car moskiewski nie ufa mu zupełnie — zbudziła się obawa, a może sumienie, — chciał zwrócić Smoleńsk, jak zabrał go — zdradą, i tem okupić sobie przebaczenie, wolny powrót na Litwę.
List podobno przejęto, wydało się wszystko, — a może wystarczało podejrzenie, dość, że potężny książę został wtrącony do lochu.
Podanie mówi, że był przedtem oślepiony, a kochająca córka, by osłodzić ojcu gorzkie dni niewoli, dobrowolnie dzieliła z nim więzienie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.