Jadwiga i Jagiełło/Przybycie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Jadwiga i Jagiełło
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1918
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

JADWIGA.
1384 — 1399.
Przybycie.

W Krakowie wielka radość i przygotowania: niemylne już tym razem wieści głoszą, że oczekiwana od dawna królowa zbliża się do granicy w świetnym i licznym orszaku duchowieństwa, panów węgierskich i dworu.
Dwuletnie bezkrólewie dokuczyło wszystkim, panowie i mieszczanie pragnęli porządku i ładu, więc wszyscy ze wzruszeniem i błogosławieństwem powtarzali dobrą nowinę.
Toć to wnuczka Kazimierza: szczęście przyniesie krajowi!
Co możniejsi panowie gromadzili poczty rycerskie i strojno, zbrojno, pysznie a wspaniale wyruszali na spotkanie młodej pani. Powiększał się tym sposobem dwór Jadwigi, gwarnej i weselej posuwał się naprzód, bo młodziutka królewna mile witała każdego, i cieszyło ją gościnne przyjęcie.
Były to piękne dni październikowe, słoneczne, uśmiechnięte, jakby niebo polskie przywdziało także uroczystą szatę w tej wielkiej dla kraju chwili.
Orszak królewny posuwał się zwolna: nie można było spieszyć w tak długiej podróży, narażającej na trudy niemałe. Wszyscy jechali konno: 13-letnia Jadwiga, jej panny dworskie, poważne matrony, arcybiskup Dymitr, biskup Jan, dwór cały, — dalej sześć siwych koni ciągnęło wspaniałą „kolebkę“, by młoda pani wypocząć w niej mogła, gdyby się czuła strudzona podróżą. A dalej wozy ze służbą, żywnością, szatami i wszystkiem, co niezbędne w tak dalekiej drodze.
Słońce świeci wesoło w poranek jesienny, na purpurowych, żółtych, różnobarwnych liściach błyszczą brylanty rosy, srebrna pajęcza przędza ściele się po ziemi, po krzewach nizkich, po gałęziach rozwiesza swoje białe wstęgi i lekko płynie z wiatrem.
Na pięknej, młodej, a poważnej twarzy przyszłej królowej Polski niema cienia smutku, — spokojnie zbliża się do granic państwa, które ma odtąd stać się jej ojczyzną, w którem upłyną wszystkie dni jej życia, gdzie ma władać rozumnie, rządzić sprawiedliwie, cierpieć, jak każdy człowiek, czynić dobrze i zdobyć miłość i błogosławieństwo — lub potępienie całego narodu, zapisane w dziejach na wieki.
Jadwiga się nie lęka: młodość jest pełną wiary, — zresztą ma serce czyste, a złego i cierpienia jeszcze nie zna.
Panowie, którzy spotkali ją w drodze, Spytko z Mielsztyna, Jan z Tarnowa, Jaśko z Tęczyna, Sędziwój i inni, wszyscy nią zachwyceni i uradowani: spodziewali się ujrzeć dziecko, może roztkliwione rozłączeniem z matką, a ujrzeli dziewczę poważne, spokojne, pogodnie uśmiechnięte, o śmiałem wejrzeniu, roztropne w słowach, uprzejme w obejściu. Nic dziwnego, że garnęli się do niej skwapliwie, a służyli jej na wyścigi, o powadze zapominając.
Wreszcie ujrzano w dali wieżyce Krakowa, a na drodze zbliżający się znowu tłum liczny: na progu ziemi własnej naród wita panią.
Arcybiskup Bodzanta w uroczystych szatach, biskup krakowski i biskup poznański, duchowieństwo, procesja świąteczna, chorągwie, rycerstwo konno, mieszczanie w okazałych strojach, jedwabiach, aksamitach, srebrnych pasach, cechy rzemieślnicze, każdy ze swoją chorągwią.
Arcybiskup Bodzanta w imieniu narodu przemówił do Jadwigi krótko a serdecznie, królewna odpowiadała słów kilka, wzniesiono głośny okrzyk powitania, pochyliły się wszystkie chorągwie przed panią i po trzykroć oddały jej pokłon głęboki, potem ozwały się trąby i kotły, surmy bojowe i łagodne dźwięki fletni, piszczałek. Pośród wesołej wrzawy, okrzyków i pieśni olbrzymi pochód zbliżał się ku miastu.
Zatrzymał się przed bramą, uwieńczoną zielonością, przybraną gorejącemi światłami. Z bramy wystąpił orszak dziewic w bieli, ze światłami w ręku, pieśnią witając królowę, — a jednocześnie uderzyły dzwony.
Wszystkie kościoły rozśpiewały się dzwonami, lud wydawał okrzyki, gorzały światła i pochodnie, ze wszystkich ulic płynął tłum nieprzeliczony, w powodzi świateł, zieloności, kwiatów, a królowa-dziecię patrzała zdumiona i wzruszona zarazem, obejmując pełnem miłości spojrzeniem te tysiące, dla których matką stać się miała.
I po raz pierwszy może uczuła, jak słabe są siły ludzkie wobec wielkości zadania, ogromu obowiązków, które ją czekały. To też z pokorą przestąpiła progi oświetlonej katedry, by w przyszłem swem państwie najpierw powitać Boga i Jemu oddać się w opiekę, bo w Jego mocy wszystko.
Teraz dopiero otwarły się przed nią podwoje zamku, w którym płynąć miało jej życie — aż do końca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.