Jędza/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Jędza
Podtytuł powieść
Data wydania 1899
Wydawnictwo Redakcya „Gazety Polskiej“
Drukarz J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.



Krótki dzień zimowy zbliżał się do końca, gdy Jadwiga dążyła ku trzeciemu już z domów, w których miała dziś sprawy do załatwienia. W dwóch pierwszych zatrzymano ją długo, ale o to mniejsza: dziś w wigilię świąt nie potrzebuje śpieszyć się do pracy, a nie oczekują też na nią żadne zabawy. Gorszem nad długie zabawienie w tych miejscach było to, że nie otrzymała w nich całej należnej zapłaty. Ta pani, do której należała owa suknia, bogatym szlakiem z paciorek przyozdobiona, była doprawdy nad wiek swój żywą i wesołą. Czterdzieści lat miała pewno, dzieci kilkoro, a szczebiotała, śmiała się i podskakiwała, jak piętnastoletnia panienka. Włożywszy tę oddawna upragnioną i wymarzoną suknię, kręciła się czas jakiś przed zwierciadłem, potem z radością, jak ptak roztrzepotana, rzuciła się Jadwidze na szyję.
— Moja panno Jadwigo, prawdziwa artystka z pani! Ach, panno Jadwigo, jakież pani masz złote rączki!
W oba policzki ją wycałowała, pobiegła do męża, aby jemu tę śliczność pokazać, dzieci zawołała, słowem, ruch w domu powstał, gwałt, klaskanie w ręce, uciecha taka, jakgdyby nagle wszystkie błogosławieństwa niebios i ziemi na dom ten się posypały.
Było to tak zabawne i tak zaraźliwe, że Jadwiga śmiała się też z całego serca, a wdzięczne i pochlebne przyjęcie jej roboty sprawiło jej zadowolenie wielkie. Oprócz zadowolenia jednak, czuła trochę niepokoju, bo znając dom ten od lat kilku, wiedziała, że po tym wesołym początku nastąpić może dość smutny koniec[1] Jakoż nie omyliła się. Wesoła pani, wziąwszy z ręki jej kartkę papieru z kilku wypisanemi cyframi, posmutniała, i wtedy dopiero na czole jej spostrzedz się dały wypływające z pod filuternych loczków zmarszczki. Posmutniała, lecz grzeczną i serdeczną dla Jadwigi być nie przestała. Owszem, po raz drugi wycałowała ją w oba policzki i gorącemi słowy przepraszać zaczęła, że dziś całej tej kwoty wypłacić nie może, więc oto połowa tylko... ale za dwa tygodnie pewno... pewno...
Przeprosiny i obietnice były zarówno żywe, z głębi serca płynące, Jadwiga zaś za grzeczności, dobroć, serdeczność pozwoliłaby siebie bez oporu na drugi koniec świata zaprowadzić. Żadnego też niezadowolenia nie okazując, zakłopotaną, ale zawsze uprzejmą panią uprzejmie pożegnała, dzieci, które czepiając się rąk jej i szyi, za śliczną sukienkę mamy dziękowały, ze szczerym śmiechem wycałowała, i poszła. Za dwa tygodnie wróci tam znowu, i może dług odbierze, a jeżeli i nie odbierze, to cóż robić? Nie zginie przez to i państwa tych do sądu nie pociągnie. Dobrzy ludzie! Niech zdrowi bawią się, kiedy im na świecie tak wesoło!
W drugim domu spotkała ją znowu inna historya. Te dziecinne sukienki, które z prawdziwem zamiłowaniem i najgorliwszem staraniem wypracowała, wypieściła, wystroiła, okazały się po przymierzeniu niezupełnie dobrze zrobionemi. Osoby, do rodziny tej należące, a wielkiemu aktowi przymierzania asystujące, po całogodzinnem obracaniu trojga dzieci we wszystkie strony, zgodnie uznały, że trzeba tu było koniecznie jedno zwęzić, drugie rozszerzyć, trzecie skrócić, czwarte przydłużyć. W potrzebę tych poprawek Jadwiga ani trochę nie wierzyła, znała się na tem wybornie i wiedziała, że wszystko zupełnie dobrze było zrobione. Rozumiała też przyczynę tych niesłusznych zarzutów i wymagań. Za robotę niezupełnie jeszcze wykonaną całkowitej zapłaty wymagać nie można. Ci państwo, z powodu świąt, tak znaczne wydatki mieć musieli, że na jej opłacenie im nie starczyło. Tak pomyślała, ale nie powiedziała i nie okazała co myśli. Dom ten był jednym z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych w mieście; poróżnienie się z nim naraziłoby ją na stratę znacznej części wziętości i zarobku. Mocno więc zacisnąwszy usta, aby żadne niepotrzebne słowo wyjść z tych nie mogło, ofiarowaną sobie małą zaliczkę przyjęła, i obojętnie pożegnana, z obojętnym ukłonem wyszła.
Teraz także, gdy rozmijając się z mnóstwem ludzi, szła chodnikiem ulicy, brwi miała schmurzone i usta zaciśnięte, co na delikatne rysy jej twarzy rzucało wyraz ponury. Nie o tej jednak niesprawiedliwości, której tylko co doświadczyła, myślała; gniew przez nią obudzony był niczem w porównaniu z przykrością, z jaką wejść musiała do trzeciego jeszcze domu.
Ten niemłody, pulchny, rumiany jegomość, któremu przed kilku tygodniami sześć webowych, bardzo wytwornych koszul uszyła była i odniosła, tak wtedy dziwnie z za swoich okularów jej się przypatrywał, i mówiąc do niej, tak pociesznie usta wydymał, że byłaby śmiechem parsknęła, gdyby się jej jakoś straszno i nieprzyjemnie nie zrobiło. Zdawać się mogło, że oczyma wypić, a ustami wsiąknąć ją w siebie pragnął. Nic niegrzecznego, ani takiego, za co obrazićby się mogła, jej nie powiedział; ale ten szczególny umizg, który na twarzy miał, był dla niej poprostu wstrętnym. Czego on od niej chcieć może? Zapewne nic, zapewne jest to zwykły jego sposób patrzenia, uśmiechania się i mówienia; jednak ona wolałaby, o! jakżeby wolała wcale do niego iść! Cóż, kiedy zarekomendowaną mu jako szwaczka została przez pewną panią, która była dla niej zawsze dobrą i dobrze jej za robotę płaciła! On także wręczył jej wtedy natychmiast umówioną zapłatę, a ta, którą teraz otrzymać ma od niego, stanowi dla niej sumę poważną, po tamtych szczególniej dwóch zawodach, które jej sprawiono, bardzo poważną. Musi więc iść, robotę oddać i zapłatę odebrać; gdyby nie wiedzieć jak nie chciała, musi! Zresztą, nie miała żadnego wyraźnego i rozsądnego powodu nie iść do tego pana. Nie podobał się jej jego sposób patrzenia i mówienia; na myśl o nowem spotkaniu się z nim czuła jakąś niejasną bojaźń. Wielkie rzeczy! Alboż ona ma prawo i możność dogadzania swoim sympatyom i antypatyom, lub ulegania jakimś nierozsądnym strachom?
— Co trzeba, to trzeba!
Weszła na wschody ładnej kamienicy i przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka; a kiedy drzwi otworzyły się przed nią, przyjazny, prawie wesoły uśmiech twarz jej przed chwilą ponurą rozpogodził. Że też zupełnie zapomniała była o tym Ignasiu, który tu za lokaja służy, a jest jej dawnym i dobrym znajomym! Syn ubogiej praczki, na tym samym dziedzińcu mieszkającej, wzrósł wśród jego mieszkańców, wszystkim potrosze usługując i przez wszystkich potrosze żywiony i hodowany. Ona też w tem żywieniu i hodowaniu znaczny udział brać musiała, bo na jej widok ten szesnastoletni wyrostek w starej surducinie i wykrzywionych butach, aż zatrząsł się z radości.
— Panienka! a moja złota panienka! Ot, nie spodziewał się człowiek komu drzwi otworzy! ot siurpryza!
W obie ręce ją całował. Nigdy zapomnieć nie mógł o smacznych porcyach chleba z masłem, któremi go przez lat kilka obdarzała, ani też o tem, że ona to nauczyła go czytać, co mu do osiągnięcia zaszczytnego jego stanowiska znacznie dopomogło. Z ręką na rękawie jego surduta złożoną, Jadwiga śpiesznie wyrzekła:
— Mój Ignasiu, mój drogi! zrób ty mi łaskę! Ja tu na wschodach zostanę, a ty zanieś ten kosz z moją robotą do pana, i powiedz, aby przez ciebie pieniądze, które mi się należą, przysłał. Kosz mi odnieś i pieniądze przynieś, a ja tu poczekam... Powiedz panu, że czasu nie mam, że bardzo się śpieszę, mój drogi!...
Nie skończyła jeszcze mówić, gdy Ignaś z usłużnością wielką kosz z ręki jej pochwycił i ku wnętrzu mieszkania się zwrócił.
— Zaraz! w moment! o jej! dlaczegoż nie?
W parę minut powrócił, ale bez kosza.
— Pan prosił, żeby panienka była łaskawa wejść...
— Mówiłeś, że czasu nie mam?
— Mówiłem, ale koniecznie prosi.
Może także cokolwiek do poprawienia w robocie jej znalazł? Cóż? Najmniejszej rozsądnej przyczyny nie ma do odmawiania chwili rozmowy człowiekowi, który zarobku jej dostarcza; jeżeli zresztą zawróci się i odejdzie, jakimże sposobem odbierze należną sobie zapłatę? Wprawdzie jakiś niewytłómaczony strach i wstyd wciąż ją ogarnia, ale jest to dzieciństwo, kaprys, któremu przecież zapanować nad sobą nie pozwoli. Co trzeba, to trzeba!
Prędko w przedpokoju zdjęła kalosze, i z rękoma wsuniętemi w rękawy futerka, sztywna, z brwią namarszczoną, weszła do ładnego kawalerskiego saloniku.
Pośrodku saloniku stał niemłody, niewysoki, pulchny, rumiany, mocno łysy jegomość, w okularach, z jedną ręką okrytą rękawiczką, którą właśnie zapinał. Zapewne gdzieś na wieczerzę wigilijną był zaproszony, i już miał z domu wychodzić, bo na stole okrytym pięknym dywanem stał elegancki kapelusz, a z eleganckiego też, wyświeżonego jego ubrania bił zapach perfum. Zaledwie Jadwiga próg saloniku przestąpiła, spojrzenie tego wytwornego pana pobiegło zza okularów, rzecz szczególna! wprost ku jej nogom. Dwa razy przedtem już ją widział, i za każdym razem spostrzegał, że ma drobną i śliczną nóżkę, że zaś, brzydząc się błotem, gdy chodziła po mieście, wysoko zwykle podnosiła suknię, więc i teraz także ta śliczna nóżka doskonale była widzialną.
— Proszę pani bliżej! Niech pani będzie łaskawa! Ale niechże pani będzie łaskawa, usiądzie, odpocznie!
Do połowy prawie naprzód wygięty, wzrokiem teraz obejmował wysmukłą jej kibić i eleganckim gestem jeden z otaczających stół fotelów ukazywał. Był grzecznym nie do opisania, aż do pokory prawie; tylko z za okularów świeciły mu dwie iskry, a mięsiste wargi tworzyły przymilony i jakby do pocałunku sposobiący się umizg, który już przedtem na Jadwigę niemiłe wywierał wrażenie. Zupełnie pomimowoli i bezwiednie, powieki spuścić musiała. Ze spuszczonemi też powiekami i przytłumionym głosem krótko odpowiedziała:
— Przepraszam, czasu nie mam.
On zbliżył się do niej i w samą twarz jej patrząc, słodko mówić zaczął:
— Ale pocóż tak się śpieszyć? Dlaczego nie posiedzieć, nie odpocząć, nie pogawędzić trochę? Szkoda takich oczek dla wiecznej pracy! Szkoda takich rączek...
— Niech pan będzie łaskaw odda mi moją należność, bo do domu śpieszyć muszę! — przerwała głosem daleko silniejszym i bardziej stanowczym niż wprzódy, bo gniew już wzbierać w niej zaczął.
— A jakże! a naturalnie! Natychmiast! za chwilkę, za chwileczkę! — z nieporównaną galanteryą wykrzyknął grzeczny i woniejący jegomość, przyczem kilku podskokami przeniósł się do przyległego pokoju, z którego mniej niż w minutę powrócił. W ręce ociągniętej glansowaną rękawiczką, niósł parę barwnych papierków, które podał jej z tą samą zawsze grzecznością, a jednocześnie ręką bez rękawiczki jej rękę ujął.
— Widzi pani, jak akuratny jestem! Ale co mnie za to? Co mnie będzie za to?
— Jakto! Za co? — zawołała, wyrywając rękę i ze stalowym błyskiem oczu uczyniła poruszenie ku drzwiom.
Ale teraz ręka w rękawiczce znalazła się tak blisko jej kibici, że przez futro dotknięcie jej uczuła, a ręka bez rękawiczki przyciągnąć ją usiłowała ku tużurkowi, bijącemu wonią perfum, i olśniewającemu białością sztywnemu przodowi koszuli. Prędzej, niż się to da wypowiedzieć, rumiany, tłusty policzek, tuż przy swojej twarzy, a mięsiste, wilgotne wargi przy swoich ustach uczuła.
— A toż co? Jak pan śmiesz! — krzyknęła, i nie powiedziała więcej nic, tylko po pokoju rozległ się suchy trzask, od uderzenia w policzek pochodzący. Ręka, która dźwięk ten wywołała, małą była, ale ogromnym gniewem uniesioną, więc dźwięk był silny, usłyszał go za niezupełnie zamkniętemi drzwiami przedpokoju Ignaś, i tak rozweselonym się uczuł, że aż na ziemi przysiadł, obie ręce do ust przycisnął, i chichocząc z szeroko wytrzeszczonemi oczyma, szeptał:
— A to, to, to! Chi, chi, chi, chi! A to, to, to! Człowiek pęknie chyba od śmiechu! Chi, chi, chi! A to, to, to!
Skromny ten poklask, czynowi Jadwigi udzielony, nie pocieszył jej wcale, nie słyszała go nawet, jak i następnie głosu lokajczyka, który na wschody za nią wybiegłszy, wołał:
— Kosz odniosę! Niech panienka będzie spokojna! Moja złota panienko, jutro odniosę, z pewnością nie zapomnę.
Jak wiatr, jak huragan ze wschodów zleciała i wybiegła na ulicę. Nie było w niej ani jednego najcieńszego muskułu, ani jednego najgrubszego nerwu, któryby nie drżał z gniewu i rozżalenia. Biegła, a z nią razem w uszach jej szumiąc i w piersi kołacąc, biegł rój czarnych myśli. Jak on śmiał tak jej ubliżyć! Za kogoż ją brał? Kimże była, aby pierwszy lepszy próbował obejmować ją i całować? Dobrze trafił! jak raz ona to do rozrzucania całusów po świecie usposobiona! Gdyby nie była tak ubogą i samotną, nikt nie ośmieliłby się z nią tak postąpić. Gdzież są bracia jej, którzyby powinni od podobnych obelg osłaniać ją i bronić? Dlaczego przed tą, której tylko co doznała, nie osłoniła jej matka? A mogła to uczynić! bo przeczuwając w tym panu coś niedobrego, prosiła przecież wczoraj, aby ją matka w odniesieniu roboty do jego mieszkania wyręczyła. I jakąż otrzymała odpowiedź?
— Naturalnie, że pójdę, pobiegnę, polecę! A jakże! Ty tu pani i masz prawo matce rozkazywać! Nędza! niedola! choroba! śmierć! utrapienie! Jezus, Marya! pobiegnę, polecę!...
Jadwiga dosyć już dokazała, że tej odpowiedzi wysłuchała w milczeniu; lecz naturalnie, aby matka szła do tego pana, o tem już mowy więcej nie było. Poszła sama, i oto, co ją spotkało!
Sama też wprawdzie obraziła się i pomściła. Doskonale rozumie, że ludzi w twarz bić nie jest rzeczą ładną, ale cóż począć miała? Przytem, takie oburzenie ją zdjęło, że nie wiedziała sama, co czyni. Jednej osobie dziś język pokazała, z drugą na dziedzińcu pokłóciła się, trzecią w twarz uderzyła. Trzy razy też dnia tego nazwano ją jędzą. Ślicznie! Jednak żadnego z tych postępków swoich w najmniejszym stopniu nie żałuje. Nie jest przecie krzywem drzewem, po któremby wszystkie kozy bezpiecznie skakać mogły, ani takiem cielęciem, które nawet wtedy, gdy je rzną, nie zabeczy!
Tylko ciężko jej, ach, jak ciężko, jak smutno! Czuje, że dłużej iść nie może. Bardzo wcześnie dziś wstała, od samego rana była wciąż czemś zgryziona i zirytowana, wiele chodziła, teraz jak strzała prędko przebiegła spory kawał drogi; bok i ramiona bolą ją od popychania licznych przechodniów, serce mocno bije, nogi drżą, przez chwilę odpocząć musi.
O róg jakiejś kamienicy ramieniem wsparta staje, i tą samą ręką, którą przed chwilą aktu samoobrony dokonała, łzy z rozognionych policzków ociera. W myśli surowo sama siebie łaje za to, że sił jej zabrakło i że łez powstrzymać nie może. Bałwanem i mazgajem samą siebie w myśli nazywa. Jednocześnie przecież i tłómaczy się przed sobą, że pewno, każdą inną drogą postępując, choćby najciernistszą, nie stawałaby się jak bałwan i nie beczałaby jak mazgaj, gdyby ją w domu cokolwiek miłego oczekiwało, gdyby wiedziała, że wracając z tej ciężkiej wędrówki po mieście, gdy głodna, zziębła, zmartwiona, upokorzona otworzy drzwi tego ubogiego, ciasnego domu swego, głos jakikolwiek przyjaźnie, łagodnie, po ludzku do niej przemówi, ręka czyjakolwiek z serdecznem powitaniem ku niej się wyciągnie. Gdyby chociaż spotykała ją tam cisza i witała chłodna, lecz spokojna samotność. Ale wiedziała dobrze, co ją czeka.
Ot, jak to jednak na świecie bywa! Na pozór, zdaje się, cóż lepszego? Córka po dniu pracy wraca do matki, która na nią w domu oczekuje. Witają się uściskiem, opowiadają sobie co robiły i czego doświadczyły, pocieszają się wzajem, gawędzą, wspólnie odpoczywają. Jakże to błogo, poetycznie, idealnie! Matka! najsłodsze w mowie ludzkiej imię, najbliższa w świecie istota, najpewniejsza i najpobłażliwsza przyjaciółka! Mówią i opisują ludzie, że bywa też inaczej! A choć komu wcale jest inaczej i ktoś nie chce, o! jak nie chce wracać do domu i do matki, jednak na ulicy długo stać nie może, bo zimno dokucza i przechodnie popychają, a co gorsza przypatrywać się mu zaczynają i w twarz zaglądać z ciekawości, co to za bałwan taki stanął i drogę ludziom zagradza wtedy, gdy oni do rodzinnej, świątecznej uczty śpieszą? Więc trzeba iść dalej. Nie można sobie na kaprysy i mazgajenie się pozwalać. Trzeba iść. Co trzeba, to trzeba!
Poszła, powolniej nieco niż wprzódy, a idąc myślała, że jednak matka jej nie była zawsze taką, jak teraz. Zawsze wprawdzie miała charakter gniewliwy i popędliwy, którą to popędliwość ona, Jadwiga, od niej może w dziedzictwie wzięła. Ale dopóki ojciec żył, wszystko szło nieźle. Bracia do szkół, ona na pensyę chodziła. Po śmierci ojca zmieniło się wszystko; oni do szkół chodzić przestali, a ona z pensyi przeniosła się do krawieckiej pracowni, aż w ośmnastym roku życia na własną rękę pracować zaczęła. Osiem lat prawie od tej pory upłynęło, a przed sześciu ona z matką tu przyjechała, bo w rodzinnem mieście z igły utrzymać się było nie podobna. Obce tu są, krewnych ani dawnych znajomych nie mają wcale, a odkąd Władyś i Józio pisywać nawet do nich przestali, w domu taka już zrobiła się bieda, taki wieczny kwas zapanował, że czasem i wytrzymać było trudno. Cóż jednak robić? Topić się nie ma ochoty, a bezczynnie lamentować nie może, choćby dlatego, że lamentem niepodobna ani najeść się, ani przyodziać, ani w piecu napalić. Więc trzeba iść naprzód. Co trzeba, to trzeba! Poszła, ale ujrzawszy Ruchlę o róg bramy opartą i jak posąg wśród zmroku stojącą, przystanęła znowu.
— Moja Ruchlo — ozwała się, — czego ty tu stoisz i daremnie marzniesz? Przecież to wigilia Świąt i do tego już wieczór! Któż teraz myśli o chodzeniu do krawców?
Żydówka powoli wzniosła w górę ramiona.
— Już ja tak przywykła, — odpowiedziała.
— Jakże twój mąż ma się teraz?
— A nic; chwała Bogu troszkę lepiej.
— Robotę ma?
— Troszkę ma.
Zdawało się, że Jadwiga coś powiedzieć, o coś zapytać chciała, ale wahała się chwilę. Nakoniec zaczęła.
— Czy pocztylion tu nie przychodził i nam listu nie przyniósł?
Ruchla zwolna odpowiedziała:
— Nie, jego tu nie było. Ja ciągle tu stała, i pewno mówię, że jego tu nie było.
— Naturalnie! — szepnęła do siebie Jadwiga.
Widocznem było, że miała trochę nadziei, i jak tyle już razy, doznała zawodu, bo twarz pomimo woli na dłoń opuściła i zamyśliła się. Nie odchodziła, strasznie jej się nie chciało do domu powracać. Znów Boże Narodzenie nadeszło, a żaden z nich nie odezwał się, nie napisał. Będą się tam w domu działy śliczne rzeczy! Miły wieczór ją oczekuje!
Ruchla schyliła się nieco nad zamyśloną, i zcicha, z przyjazną żartobliwością zapytała:
— A od kogo to panienka takiego miłego listu czeka, że tak często pyta się mnie, czy był pocztylion? Pewno ten pan bardzo miły, kiedy panienka tak listu od niego czeka! Daj Boże! daj Boże panience szczęście, bo panienka jest dobra!
Jakto! była więc na ziemi istota ludzka, która ją dobrą nazywała! Może wrażenie przez nazwę tę wywarte sprawiło, że łagodnie, i nawet poufale odpowiedziała:
— Niema na świecie, moja Ruchlo, takiego pana, od któregobym ja listu czekała. Od braci listów ja i matka czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy..
— A gdzie oni są? — zapytała Żydówka.
Wymieniła nazwę rodzinnego miasta.
— Jeden w biurze, a drugi w wojsku służy.
Z nagłem postanowieniem, aby już iść do domu, Żydówce na pożegnanie skinęła głową.
— Dobranoc, Ruchlo! Idźże do domu, bo zmarzniesz tylko i zachorować możesz, a dziś już pewno nic tu nie wystoisz...
— Już ja tak przywykła. Dobranoc panience! Daj Boże szczęście!
Jaka ta Żydówka dziwną, dziką myśl miała, że ona od jakiegoś miłego pana listu oczekuje! Zdarza się na świecie, i nie rzadko, że dziewczęta od miłych sobie ludzi listy otrzymują; ale jej nie spotkało to nigdy i pewno nie spotka. Nikt na ziemi nie myśli o niej i nie dba o nią! Dla niej są tylko takie amory, jak tego pachnącego jegomości, któremu dziś w twarz dała.
Przy wspomnieniu o tych amorach wzdrygnęła się, i tak prędko znów iść zaczęła, że prawie w mgnieniu oka znalazła się u drzwi własnego mieszkania. Nie zaraz jednak weszła. Z ręką na klamce drzwi, obejrzała się po dziedzińcu. Święto! Okna żydowskich mieszkań słabo, jak zwykle, połyskują od małych lampek, ale u chrześcian wielkie, uroczyste, wesołe święto! Wszędzie, na najwyższem piętrze, niżej i jeszcze niżej, poprzedzielane ciemnawemi żydowskiemi oknami, tu dwa, tam trzy, tam cztery okna jaśnieją rzęsistem światłem. Za niemi widać festony skromnych zapewne, lecz świeżo upranych firanek, przesuwają się sylwetki ożywionych ludzkich postaci i twarzy.
U ślusarza ktoś na harmonijce rznie zamaszystego obertasa i słychać głośny śmiech kobiecy. U Pauliny rysują się na szybie dwie bardzo ku sobie przybliżone głowy, z których jedna cała w lokach i we wstążkach, a druga z małym wąsikiem i dużą czupryną. Jadwidze zaś zdaje się, że do ucha jej dolatuje szczebiot wesołej szwaczki i sympatycznie brzmiący głos urzędnika pocztowego. Panna Karolina, za jasno oświetlonemi i w wazony przyozdobionemi oknami gra na fortepianie; zapewne przed wigilijną wieczerzą w ten sposób rozrywa ślepą matkę i siebie. Trzy dewotki formalną iluminacyę u siebie urządziły, a ponieważ mieszkają nisko, więc wybornie widzieć można, jak w białych, świeżutkich czepcach barczyste i ciężkie, ale zwinne, krążą dokoła nakrytego stołu, przy którym siedzi już siwiutki, ładny staruszek, zapewne przyjaciel lub krewny, na świętą wieczerzę zaproszony. Daleko weselej jeszcze dzieje się u pokątnego doradcy, mieszkającego w samym rogu dziedzińca. Tam, jedno okno zajęło całkiem drzewko, z mnóstwem zapalonych świeczek i uwieszonych do jego gałęzi pozłacanych orzechów i cukierków. Dokoła zaś tego drzewka, wyżej i niżej, unosi się prawdziwy deszcz dziecinnych główek. Jest ich ze sześcioro, snać pouczepiały się okna, powłaziły na krzesła i wszystkie śmieją się, z różowemi od szczęścia buziami, z rękoma ku gałęziom rajskiego drzewka wyciągniętemi.
Jakkolwiek Jadwiga wie dobrze, iż pokątny doradca jest bardzo złym człowiekiem, myśli jednak teraz, że dzieci jego podobne są do malowanych na obrazach aniołków, a śmiechy ich głośne, radosne w jeden chór zlewają się w jej uchu z harmonijką ślusarza i śmiechem jego żony, z fortepianem panny Karoliny i szczebiotem lekkomyślnej szwaczki, z basowym głosem ładnego staruszka, który siedzi u stołu emerytek, z brzękiem talerzy i szklanek rozlegającym się w mieszkaniu szewca Jerzego, który teraz nie stuka już i nie hałasuje popijanemu, ale u samego okna siedząc, poważnie i z zamaszystemi gestami, przed kimś we wnętrzu mieszkania znajdującym się peroruje. Wszystko to razem nie tworzy wcale hałasu, tylko łagodny szmer, zda się, uroczystością wielkiego święta przytłumiony, z różnych przegródek tego kotła wyciekający na dziedziniec obszerny, śniegiem usłany, czterema wysokiemi ścianami otoczony, a jako dach mający ciemne niebo wieczorne, na które zaczynają występować gwiazdy... Widać i słychać, że w przegródki tego kotła warzące zwykle pieprz ciężkiej pracy i ocet ubóstwa wpłynęło dziś po kilka kropel oliwy spoczynku i miodu radości.
Przez dwa okna mieszkania Jadwigi, nisko nad ziemią umieszczone, widać także stół do połowy białą serwetą nakryty. Na jednym jego końcu bieleją dwa talerze i paczka opłatków; na drugim stoi rogato wyglądająca maszyna do szycia. W świetle dużej lampy, tej samej, przy której zwykle szyje Jadwiga, wyraźnie zobaczyć można stojące pod ścianami szafy, komody, krzesła i w kąt pokoju wsunięty szkielet ludzki, głowy i ramion tylko pozbawiony. To manekin, który, rozebrany z sukni, wygląda zupełnie jak biały i suchy szkielet. Jasno tu tak samo, jak gdzieindziej, tylko pusto i cicho.
Jadwiga wchodziła właśnie do tej jasno oświetlonej, ale pustej i cichej izby, gdy we drzwiach od przepierzenia, z parą łyżek, nożów i widelców w ręku, ukazała się jej matka. Przez uszanowanie dla święta, zresztą ze starego zwyczają[2], ogarnęła się i nieco przystroiła. Miała na sobie suknię kawowego koloru, z luźnym, lecz zgrabnie ręką jej córki uszytym kaftanem, starannie ugarnirowany biały czepek i świecącą broszkę u płóciennego kołnierza. Trzewiki jej nie klapały o podłogę, czarne włosy dwoma gładkiemi pasmami spuszczały się na ciemne, głęboko zbrużdżone czoło. W ubraniu tem, zdaleka miała pozór pogodny i przyjemny; zbliska jednak nie trudno było dostrzedz, że płakała dziś wiele, tak wiele, że łzy wyryły na jej policzkach dwie chropowate, czerwone brózdy. Oczy jej też były pełne przepaścistszego jeszcze niż przedtem smutku, a zaciśnięte wargi poruszały się nieustannie to w prawo, to w lewo, od czego poruszał się także nos, od płaczu opuchły i zaczerwieniony.
Matka nie powitała wchodzącej córki ani jednem słowem, ani skinieniem głowy; Jadwiga także nie wymówiła żadnego pozdrowienia. Zwyczaj witania się po dłużej lub krócej trwającem rozłączeniu snać był oddawna ze stosunku ich wyłączony.
— Cóż tam, pieniądze pooddawali? — odezwała się nakoniec Szyszkowa, kładąc łyżki i noże obok talerzy i na talerze patrząc.
— Nie wszyscy, odpowiedziała Jadwiga; w jednem miejscu oddano mi połowę, w drugiem część...
O trzeciem zamilczała. Zdejmowała prędko kapelusz i futro; mówiła spokojnie.
— Jezus, Marya! Czemuż nie dopominałaś się? Trzeba było dopominać się, wymagać! Cóż to, Jezus, Marya? Darmo dla nich pracować będziesz? Plaga egipska! Śmierć! Zgryzota! nieszczęście! Oczy wyślepiasz, nie dosypiasz, jak wół pracujesz, a za to nędzę jeść będziesz i matkę nędzą karmić? Ale, czy ty taka, aby umieć za sobą ująć się, przy swojem stanąć, nie dać sobie krzywdy wyrządzić! Nie dali, to i nie dali! Jeszcze im pewno pięknie dygnęłaś za to! Ot, cielę na niedzielę!
Większej nad przezwanie ją cielęciem obelgi dla Jadwigi być nie mogło; więc też ręce jej, starannie składające kapelusz w szufladzie komody, drgnęły; ale zapanowała nad sobą, i tylko drżącym nieco głosem rzekła:
— Zdaje się, moja mamo, że dotąd jeszcze ani ja, ani mama nie potrzebowałyśmy karmić się nędzą.
— Jezus, Marya! Naturalnie, że w bogactwie żyjemy! We wszystko opływamy! Apartamenta mamy, stroje, przysmaki, bale! Skaranie boże, męka! zgryzota! Przepraszam, że ośmieliłam się zrobić uwagę. Bardzo przepraszam! Ty sama najlepiej wszystko wiesz i umiesz. Jezus, Marya! Rozumu masz dosyć, a jej! aż nadto... byle serca tyle...
Poszła do kuchni, Jadwiga zaś obejrzała się po pokoju. Prawie wcale nie był on dziś wymiatany. Ze środka podłogi tylko zniknęły szmatki różnych materyi, ale pod ścianami bielały szlaki pyłu, który też okrywał szafy i komody. Poskoczyła, płóciennym fartuchem od szyi do stóp suknię okryła i, pochwyciwszy szczotkę, żwawo, starannie rozpoczęła robotę wymiatania i oczyszczania pokoju. W chwili właśnie, gdy nisko schylona szczotką wydobywała z pod sprzętów sporą kupę śmieci, Szyszkowa, z chlebem i solniczką w ręku, znowu we drzwiach przepierzenia stanęła.
— A toż co? A toż na co? Jezus, Marya! zamiotłam dziś przecież mieszkanie, uprzątnęłam, pyły starłam, a ty znowu zamiatasz! Śmierć, utrapienie, nieszczęście, zguba! Po cóż to robisz? I po cóż ty to robisz? No, i dlaczego ty to robisz? Dlaczego? dlaczego?
— Dlatego, moja mamo, że nie lubię brudów w mieszkaniu!
Nie dlatego! Wcale nie dlatego! Jezus, Marya! Nie jestem ja taką idyotką, aby nie rozumieć, dlaczego ty to robisz! Brudów żadnych niema. Sama wymiotłam i sprzątnęłam. Plaga egipska, nędza, utrapienie, wstyd, męka, zginienie zdrowia i życia! ty to dlatego robisz, aby matce pokazać, że ona nic już porządnie zrobić nie umie, że ona już do niczego, że chleb twój darmo zjada, że próchno już z niej tylko, zawalidroga, stary grzyb, daremnie na świecie miejsce zajmujący...
— Ależ moja mamo! — coraz prędzej kupę śmieci ku drzwiom od sieni ciągnąc, zaczęła Jadwiga[3]
Ale stara głos podniosła:
— Dlatego! Dlatego ty to robisz! Jezus, Marya! Oho! Umiesz ty dobrze dokuczyć! Kiedy tylko chcesz, to i nic nie mówiąc, potrafisz dobrze matce dokuczyć! Czystość lubisz, porządek lubisz, brudów w mieszkaniu nie lubisz. To bardzo pięknie! Jezus, Marya! Każdy o tobie powie: „Jaka porządna panna!“ Bardzo pięknie... tylko oprócz porządku i serca troszkę mieć trzeba, a u ciebie serca mało, mało, mało...
— Mama tak często brak serca mi zarzuca, że doprawdy sama wkrótce czuć je w sobie przestanę, — sarknęła Jadwiga, siedząc na ziemi i śmiecie na blaszaną szuflę skrzydłem zmiatając.
— A cóż! — wykrzyknęła Szyszkowa, — może ty masz serce? może masz? Jezus Marya! A gdzież ono? Ot, przyszłaś z miasta i ani nawet zapytałaś się, czy list od braci jest? Co to ciebie obchodzi? Czy ciebie to obchodzi, gdzie oni, jacy oni, co z nimi dzieje się? I owszem! Nie zapytasz się nawet, czy list był od nich? Złość, nieszczęście, zgryzota, męka! Czy spytałaś się o list od braci?
— Nie pytałam się, bo wiedziałam, że go niema...
— Wiedziałaś! wiedziałaś! Tak już na pewno wiedziałaś! Jezus! Marya! A zkądże już taka pewność? Dziś niema, ale jutro być może! Nie tacy już oni niegodziwi, jak ty sobie myślisz. W błocie po po uszy nie siedzą, jak ty o nich językiem bluzgasz! Dziś nie napisali, jutro napiszą. W tym roku nie napisali, na przyszły rok napiszą!
— Daj Boże!
— Daj Boże! jakim ty tonem to „daj Boże!“ Jezus Marya! Ty tak mówisz, jakby kto inny powiedział: „Niech ich dyabli wezmą!“ Złość, choroba, męczarnia! Na kolana tobie upaść, ręce złożyć i z płaczem modlić się, aby Pan Bóg ich serca nam przywrócić raczył. Na kolana padnij! Na kolana...
— Dosyć już ja o to przed Bogiem na kolana padałam i dosyć przez to nocy przepłakałam! Nietylko od szycia mię bolą, ale i od płakania. Gdybym mogła cała roztopić się we łzy i ze świata zniknąć, niech mama będzie pewna, że zrobiłabym to natychmiast, tak mi na świecie dobrze!
— Niedobrze! Niedobrze! Jezus Marya! a któż temu winien, że tobie na świecie niedobrze? Miałaś przecież konkurenta porządnego, przystojnego, młodego człowieka, mogłaś była za mąż wyjść, o nic nie dbać, tak jak i inne szczęśliwą być. Ale, czy ty taka, jak inne! Skaranie boskie, nieszczęście! Czy ty tak jak inne potrafisz dobrocią, łagodnością, grzecznością ująć; podobać się? Jezus Marya! Czy ty taka? Nadęłaś się na niego, naindyczyłaś, jednego miłego słowa powiedzieć mu nie chciałaś, i zraziłaś go, zraziłaś... Uciekł! Chorągiewkę zwinął i uciekł! Zyg, zyg, marchewka, zyg, zyg marchewka, jaśnie oświeconej pokazał i uciekł!
— A niechaj sobie choć na drugi koniec świata ucieka! Dbam ja o niego tyle, co o śnieg przeszło roczny. Nie pierwszy to już raz mama mi tym utraconym konkurentem oczy wypieka..
— A wypiekam! Jezus Marya, wypiekam! bo o twoje szczęście, o twoją przyszłość troszczę się...
— Dziękuję za taką troskliwość...
W tej chwili rozległ się w powietrzu, za oknami, przeraźliwy i długi gwizd nadlatującego do miasta pociągu kolei żelaznej, ale one go nawet nie usłyszały.
Głosy dwóch kobiet, jeden stary i chrapowaty, drugi dźwięczny, lecz w coraz ostrzejsze tony wpadający, podniosły się, napełniły sobą ściany pokoju i wydobywały się na dziedziniec, gdzie w szmer złożony z dźwięków harmonijki i fortepianu, śmiechów kobiecych i dziecinnych, brzęków szkła i fajansu, wpływały strugą nie oliwy i miodu, lecz żółci i kwasu.
Nakoniec, Jadwiga z szuflą pełną śmieci wyszła do sieni, a gdy wróciła i fartuch z siebie zdejmowała, matka jej wniosła wazkę z dymiącą zupą, i na stole ją postawiwszy, powoli jeden opłatek z leżącej na stole paczki wyjęła, z opłatkiem w palcach do córki podeszła. Wargi jej były mocno zaciśnięte, a z oczu łzy jak groch sypały się na policzki. Zapomnieć nie mogła, ach! ani na chwilę zapomnieć nie mogła, że ich, synów jej, tych, których lat tyle namiętnie, bez granic, bałwochwalczo kochała, przy wigilijnym stole nie było, że ona z nimi opłatkiem przełamać się nie może, że oni to czynią gdzieś daleko od niej, z kimś innym, obcym... Rozdzierająca tęsknota, smutek bezdenny, trawiąca zazdrość względem tych niewiadomych, nieznanych, z którymi oni w tej chwili zapewne opłatkiem się łamali, odbierały jej siłę, mowę i prawie przytomność...
Jedną ręką o poręcz krzesła wsparta, bo nogi jej uginały się tak, jakby wnet na klęczki upaść miała, drugą rękę z opłatkiem ku córce wyciągnęła.
— Życzę tobie... Życzę tobie, Jadwisiu... — zaczęła i dokończyć nie mogła. Ręka jej, trzymająca opłatek, trząść się zaczęła jak liść przez wiatr miotany.
Jadwiga popatrzała na nię nieruchomemi oczyma, z których głębi jedna po drugiej wypływały i na rzęsach zawieszały się błyszczące w świetle lampy krople. Palcami dotknęła opłatka i zcicha zaczęła.
— Życzę mamie.. życzę kochanej mamie... i dokończyć nie mogła.
Osunęła się na krzesło, twarz obu dłońmi zakrywając.
Szyszkowa także usiadła, i z głową spuszczoną, z rękoma na kolanach splecionemi, ponuro patrzała w ziemię. Tak obie siedziały przy stole, niedaleko okna, za którem już w tej chwili szmer głosów i dźwięków umilkł. Wszyscy już teraz, za owemi dwoma, trzema, czterema, jak pochodnie wesela wśród ciemności jaśniejącemi oknami, siedzieli przy stołach rodzinnych i świątecznych, tocząc z sobą rodzinne, poufne, niegłośne rozmowy. Na wielkim, śniegiem zasłanym dziedzińcu panowała cisza głęboka i senna, która jest wielkim dziękczynnym głosem, od spracowanych a spoczywających bijącym w niebo. Niebo zaś, nad czworobokiem dachu i nikłemi cieniami kominów ciemną płachtą rozciągnięte, ubrało się w mnótwo[4] złotych, przyjaźnie i cicho ku uciszonej ziemi migających gwiazd.
Nagle, Szyszkowa i Jadwiga, jak sprężyną podrzucone, na równe nogi się zerwały. W tej wielkiej ciszy, pośród której siedziały ze zwieszonemi głowami, tylko w gorzkie swe myśli zasłuchane, tuż, tuż w ich okna, głośno, hucznie, radośnie, dwa silne męskie głosy zaśpiewały:

„W żłobie leży, któż pobieży
Kolędować małemu,
Jezusowi Chrystusowi
Dziś nam narodzonemu?...“


Drugi wiersz nie przebrzmiał jeszcze, gdy Szyszkowa z rozmachanemi ramiony ku oknu przypadła. Przez okno wyraźnie widać było prawie do samych szyb przyklejone dwie męskie, wąsate twarze. Rysy ich zacierały się w ciemności i tylko zaiskrzone oczy błyszczały.
— Plaga egipska! śmierć, nieszczęście, wstyd, złość, skaranie boskie, zgryzota! A któż to takie żarty z nas sobie stroić pozwala? Niegrzeczność! impertynencya! Jezus Marya! Łobuzy jakieś, łotrzyki, uliczniki, awanturniki... próżniaki!...
Za oknem wybuchnął głośny śmiech, dwie twarze z za szyb zniknęły, i słychać było dalszy ciąg piosenki:

„Pastuszkowie przybywajcie,
Jemu wdzięcznie przygrywajcie,
Jako panu naszemu...“


Zarazem dało się słyszeć otwieranie drzwi od sieni i męskie kroki w sieniach.
— Masz tobie! Jezus Marya! Drzwi nie zamknęłaś, Jadwisiu! Klęska, niedola, nieszczęście! Idą tu, łobuzy...
Nie domówiła ostatniego wyrazu, gdy drzwi od sieni otworzyły się szeroko, i próg przestąpiwszy, stanęli tuż przy drzwiach dwaj wysocy, barczyści młodzieńcy, w krótkich kożuszkach, wysokich butach z czapkami w rękach; stanęli i pełnemi, silnemi głosami huknęli znowu:

„My zaś sami z piosneczkami
Za wami pośpieszymy,
A tak tego maleńkiego,
Niech wszyscy zobaczymy..“


— Jezus Marya!... Łobuzy... uliczniki... łotrzyki... czy to myślicie z nas facecye sobie stroić! cudze domy napadać! kobiety straszyć! Jezus Marya! Plaga egipska, choroba...
Ale oni śpiewać przestawszy, i u drzwi ciągle stojąc, gromkiemi głosy obaj razem mówić zaczęli:
— Rekomendujemy się i o gościnne przyjęcie prosimy. Ślusarze jesteśmy, kotlarze, druciarze, nożowniki, bronzowniki, wszystko, co się metalu tyczy, to nasze. Zamki i klamki reparować, rondle łatać, noże ostrzyć, garnki drutować możemy...
Śmiechem parsknęli, a Szyszkowa z rozpostartemi ramiony formalnie rzuciła się na nich.
— Proszę wyjść! proszę natychmiast wyjść sobie! Jezus Marya! plaga egipska! Policyi zawołam! Policya! policya! policya!
Jadwiga przeciwnie, stała nieruchoma, a w przybyłych wpatrywała się tak uparcie i z takiem zdziwieniem, jakby ich poznawała, lecz oczom swoim wierzyć nie mogła. Oni też, więcej na nią, niż na starą patrzali, filuternie ku niej mrugając i białe zęby w uśmiechach szczerząc.
— Staś! Oleś! — zawołała w końcu Jadwiga.
Oni, jakby tylko tego wykrzyku oczekiwali, ku dwom kobietom poskoczywszy, ręce ich całować zaczęli.
— Co to? jak to? Jezus Marya! Kto to? — domyślając się jakby czegoś, rozpoznając kogoś, ale jeszcze oszołomiona i do siebie przyjść nie mogąca, mówiła Szyszkowa.
— Staś i Oleś, babuniu dobrodziejko! Stanisław i Aleksander Ginejkowie.. Staś i Oleś, te malcy, na których babunia niegdyś łaskawą była, a którzy teraz na takie dęby powyrastali, i przez to miasto przejeżdżając, nie mogli wytrzymać, aby na jeden dzień tutaj się nie zatrzymać, aby babunię i kochaną Jadzię wynaleźć i odwiedzić... Wynaleźli, na Wigilijną wieczerzę przyszli, nastraszyli, rozgniewali, ale teraz bardzo pięknie za swoją swywolę przepraszają, i proszą, aby babunia była łaskawa pomacierzyńsku, podawnemu ich przyjąć, i aby kochana Jadzia także przyjęła ich, jak braci, jak krewnych, którzy zawsze o niej mile wspominali, i teraz przez to miasto przejeżdżając, koniecznie pragnęli zobaczyć ją i podawnemu, pobratersku ją ucałować...
Wszystko to mówili jednym ciągiem, jednogłośnie, prędko. Gdy jeden na sekundę mówić przestawał, drugi zaczynał, a tamten wnet z wtórem mu przybiegał. Gdy jeden opuszczał ręce Szyszkowej, drugi ku nim z pocałunkami przypadał, a tamten do Jadwigi się przyklejał, i znowu na odwrót i znowu! A śmiali się przytem prawdziwie pomłodemu, świeżo, serdecznie. Taka świeżość, serdeczność, wesołość biły z grubych i ogorzałych ich twarzy, z żywych ruchów, z młodzieńczych głosów, że zdawać się mogło, iż nagły błysk słońca napełnił pokój i spłynął na twarze dwóch kobiet.
— Ginejkowie! Staś i Oleś! Jezus Marya! To wy... doprawdy wy?... Przypomnieliście sobie o nas! Ktoś na świecie przypomniał sobie o nas! Śmierć, utrapienie, męka, zgryzota... kochani chłopcy!...
Ramiona Szyszkowej, w rękawach kawowego koloru, objęły szyję Stasia, a ustami, temi ustami, które od tak dawna zaciskały się tylko od gniewu lub słone łzy z oczu ciekące połykały, przylgnęła do jego czoła. Oleś zaś, Jadwigi ręce w swoich trzymając i w oczy jej patrząc, zapytał:
— Czy można podawnemu Jadzię pocałować? Tyle lat nie widzieliśmy się z sobą, to może już nie można?
Przez chwilę, z trochą niepokoju i zawstydzenia, patrzała w jego siwe, serdecznie na nią patrzące oczy.
— Można — rzekła nakoniec z uśmiechem, i zapłonione czoło do pocałunku mu podała.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zwyczaju.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak kropki.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mnóstwo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.