Józef Balsamo/Tom VIII/Rozdział XCVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Józef Balsamo
Podtytuł Romans
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wende i spółka
Druk Drukarnia „Rola“ J. Buriana
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Joseph Balsamo
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom VIII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VIII jako ePub Pobierz Cały tom VIII jako PDF Pobierz Cały tom VIII jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XCVI
W JAKI SPOSÓB RADOŚĆ JEDNYCH JEST ZMARTWIENIEM DRUGICH

— Dzień dobry, panienko, to ja — rzekła Nicolina, zgrabnie się kłaniając.
— A ty skąd się tu wzięłaś? — spytała Andrea, odkładając pióro.
— Panienka zapomniała o mnie, więc się przyszłam przypomnieć.
— Jeślim zapomniała o tobie, to miałam widocznie ważne ku temu przyczyny. Kto ci pozwolił tu przyjechać?
— Pan baron, panienko — odparła Nicolina, marszcząc brwi.
— Ojciec potrzebuje cię zapewne w Paryżu, a ja obchodzę się doskonale bez ciebie... Możesz zatem wrócić, moje dziecko.
— O! ciągnęła dalej subretka, nie zważając na to, co posłyszała, — panienka tu sama jedna. Przypuszczałam więc, że sprawię pani przyjemność.
I piękne jej oczy zmrużyły się jakgdyby do płaczu.
Andrea zrozumiała wymówkę i żal jej się zrobiło jedynej towarzyszki lat dziecięcych.
— Moja droga, nie mogę bez pozwolenia delfinowej przyjąć cię do siebie, jestem tu jak w gościnie, nie chcę obciążać jej kuchni o jedne usta więcej.
— Hm... czyż te usta takie duże!— szepnęła figlarnie Nicolina.
— Mniejsza o to, ale z innej przyczyny nie możesz tu pozostać.
— Z powodu owego podobieństwa? Widocznie pani mi się jeszcze nie przyjrzała.
— A... prawda... teraz dopiero spostrzegam, że jesteś zmieniona.
— Dobry pan, ten, który tyle zrobił dla pana Filipa, był u nas wczoraj, przekładał panu, że panienka nie może być tutaj sama i że można włosy moje zmienić z koloru blond na czarny. Zabrał mnie z sobą, dotrzymał słowa, i oto jestem.
Andrea uśmiechnęła się przyjaźnie.
— Widocznie, kochasz mnie bardzo, jeśli chcesz się dla mnie zamknąć w Trianon, gdzie będziesz prawie jak w więzieniu.
Nicolina inteligentnym wzrokiem spoglądała dokoła.
— Pokój ten nie jest zbyt wesoły, to prawda, ale wszak panienka cały dzień tu nie siedzi?
— Ja wyjdę, ale ty?
— Ja?
— Ty nie będziesz miała towarzystwa, ani spaceru, ani zabawy, umrzesz z nudów.
— O! poradzę sobie, przecież jest okno, lubię patrzeć i być widzianą, a zresztą, niech się panienka o mnie nie martwi.
— Nie, Nicolino, nie zatrzymam cię, dopóki nie będę miała wyraźnego polecenia.
— Od kogo?
— Od mego ojca.
— To ostatnie pani słowo?
— Tak.
Nicolina wyjęła z za staniczka bilecik barona.
— Ponieważ prośby moje nie mogą zwyciężyć skrupułów panienki, więc proszę list pana de Taverney.
I podała Andrei bilecik.
Młoda dzieweczka przeczytała co następuje:
„Wiem to sam i wszyscy już zauważyli, że nie masz, drogie dziecko, stosownego otoczenia w Trianon; powinnabyś mieć dwie kobiety i lokaja dla siebie, jak mnie niezbędne byłoby 20 tysięcy liwrów renty rocznej. Ponieważ kontentuje się tylko tysiącem, idź za moim przykładem i weź Nicolinę, którą ci posyłam. Zręczna ona, sprytna i bardzo do nas przywiązana, łatwo się nagina do okoliczności. Zatrzymaj ją i nie myśl, że z ujmą dla siebie tobie ją odstępuję. Jego Królewska Mość, który zaszczyca nas swą łaską i który, jak wiem z dobrego źródła, zwrócił na ciebie uwagę, zauważył również, że nie masz stosownych toalet. Pomyśl o tem, bo to bardzo ważne, Andreo.

Twój przywiązany ojciec,
Baron de Taverney“.
Andrea wpadła w smutną zadumę. Jakże strasznie była osamotnioną!... Brat daleko, a ojciec...

Podarła z gniewem list zaczęty, z zamiarem napisania nowego i objaśnienia barona, jak małą wartość mają dla niej fatałaszki. Ale wyobraziła sobie ironiczny uśmiech, z jakim ojciec przyjął jej filozoficzną tyradę i... dała pokój; natomiast, odpowiedziała, co następuje:
„Drogi Ojcze!... W tej chwili właśnie przybyła do mnie Nicolina, którą przyjmuję, jedynie, przez wzgląd na ciebie. Czyż będę bogatszą, a nadewszystko, mniej śmieszną, mając przy sobie tę dziewczynę? Nicolina martwić się będzie, patrząc na moje poniżenie, a przytem nudzić się tu będzie śmiertelnie. Sądzę, że Jego Królewska Mość jest zbyt dobrym i taktownym, aby zwracał uwagę na moje toalety, wiedząc, że nie jestem w stanie sprawić sobie piękniejszych“.
Taką była odpowiedź niewinnej dziewczyny, nie przeczuwającej nawet, co baron w swym liście chciał właściwie wyrazić.
Nicolina więc pozostała w Trianon, wyznaczono jej pokoik, graniczący z pokojem jej pani; za sprytną zaś była na to, aby nie być miłą, skromną i cichą, aby nie przeszkadzać w niczem Andrei.
O pierwszej baronówna udała się do Trianon, wyglądała bardzo zgrabnie, bo Nicolina ubrała ją z niezwykłą starannością.
Subretka pozotała sama. Nic nie uszło jej uwagi, począwszy od łóżka do kominka, wszystko przeszło przez jej badanie.
Wyjrzała przez okno i zobaczyła masztalerzy, przeprowadzających konie następczyni tronu. Pfe... masztalerze! Odwróciła głowę z pogardą. Po prawej stronie wszystkie okna były pootwierane, wyglądały z nich panny służące dam honorowych, które zapewne były już również, jak baronówna, w pawilonie królewskim.
— Ech? nie poto tu przyjechałam, żeby się przypatrywać pokojówkom — szepnęła Nicolina.
Naprzeciwko odbywały się próby orkiestry i chóru. Nicolinie w to graj właśnie, uśmiechała się do kapelmistrza i śpiewaków. Ale nie na długo starczyła ta rozrywka; próba się skończyła i pokój naprzeciwko opróżnił się zupełnie. Otrzepując meble i ścierając kurz, spostrzegła u góry małe okienko, które się otwarło jakby samo.
Ktoś jednak być tam musiał i to ktoś dość impertynecki. Nicolina, nie była jednak pewna tego, wychyliła się więc za okno, aby lepiej widzieć, i zobaczyła jakąś głowę, która na jej widok cofnęła się natychmiast. Do licha, to być nie może. Przypuszczała, że się myli, że może to kot jaki tylko?
Ależ, nie, — widzi przecie wyraźnie plecy mieszkańca owej facjatki; plecy, to za mało, a twarzy jak na złość dojrzeć niepodobna.
Nicolina nie łatwo dawała za wygraną, schowała się za firankę i czekała.
Okno zostawiła otwarte, aby nie zwrócić uwagi. Jakiś czas nie widziała nikogo, wreszcie ów ktoś, nie domyślając się podejścia, wyprostował się i spojrzał przed siebie.
Nicolina o mało nie zemdlała. Sąsiadem owym był Gilbert.
Młody chłopak, widząc opadającą kotarę, zadrżał, cofnął się w tył i zamknął szczelnie okienko.
Poznał mnie, zdziwił się i ukrył ze złości!...
Tak sądziła Nicolina i sądziła dobrze.
Gilbert wolałby był spostrzec djabła, niż dawną kochankę, posiadającą przytem tajemnicę jego z ulicy Coq-Héron. Wściekły był.
— Na co mi teraz to odkrycie, z którego tak byłem dumy?... Nicoliny nie wypędzą zato, że miała kochanka, ale jeżeli ona opowie wszystkie awantury moje dawniejsze, łatwo mogą mnie wyrzucić z Trianon. Jestem zatem na łasce tego djabła w spódnicy.
Zdawało mu się, że Nicolina obecnością swą, profanuje pokój jego ideału, przytem poznawał, że się boi zręcznej i mściwej subretki.
Czuł że wojna, między nim a nią, wybuchnie prędzej czy później, ale był człowiekiem zręcznym i przewidującym nie myślał rozpoczynać walki, dopóki nie będzie pewnym zwycięstwa. To też niewidziany przez nikogo, wiedział o wszystkiem, co się działo u Andrei i zarazem u Nicoliny.
Po ośmiu dniach, Gilbert zauważył jakiś pióropusz rozmawiający z Nicoliną; zmrok już zapadał, więc gruchająca parka nie spostrzegła go wcale.
Długo opierała się dziewczyna przyjściu na schadzkę, ale de Beausire (bo to on był), tak ładnie prosił, że dała się ubłagać, a dzisiaj przyszła. Skorzystała z okoliczności, że Andrea wybrała się na obiad do pani de Noaille i odprowadzała w tej chwili młodego oficera przez park. Gilbert szedł za nimi o jakie dziesięć kroków, z dziką radością podsłuchiwał ich westchnienia i rozmowy i musiał być zadowolonym z rezultatu, bo nazajutrz, z samego rana, stanął w swem okienku i oczekiwał spojrzenia nieprzyjaciółki. Nareszcie, około dziesiątej, usiadła przy oknie, reperując mitynki swej pani. Gilbert zaśpiewał znaną jej piosenkę; Nicolina drgnęła i spojrzała ze zdumieniem w górę. W okienku, o zgrozo! stał ogrodniczek, śmiejąc się sarkastycznie. Pokojówka skrzywiła się i chciała zrazu spojrzeć wyzywająco, ale Gilbert miał tak dziwny uśmiech na twarzy, że zarumieniła się i spuściła oczy na robotę.
— Zrozumiała, to dosyć — pomyślał chłopak.
Od tego czasu Nicolina była jak w klatce, gdzie się ruszyła, zdawała się widzieć i ogrodnika, w końcu więc postanowiła rozmówić się z nim ostatecznie.
Gilbert odgadł manewr i unikał starannie spotkania, ale Nicolina nie składała tak łatwo broni; zauważywszy ruch w pokoiku, weszła na schodki prowadzące do facjatki i zastukała, nikt nie odpowiedział; nazajutrz zdjęła pantofelek, prezent Andrei, i rzuciła go przez otwarte okienko do wnętrza; ale Gilbert zauważył ruch na vis-a-vis i ani się nie poruszył.
Była to jednak straszna, bądź co bądź, pokusa dla młodego chłopaka. Nicolina była piękną dziewczyną; nieraz też miał ochotę odsunąć rygiel i przyjąć ją u siebie, zwyciężał się jednak i nie otworzył.
— Nie, mówił do siebie — robi to ona z wyrachowania, zawsze interes bierze w niej górę nad uczuciem; romansuje już z kim innym. Trzymajmy się ostro!
Przypadek dopomógł Nicolinie.
Spotkali się na podwórzu.
— A, dobry wieczór, panie Gilbercie, pan tutaj?
— Jak pani widzi, a co pani porabia w Trianon?
— Jestem znowu u panienki.
— Ja zaś zostałem ogrodnikiem.
Nicolina ukłoniła się z powagą, Gilbert odkłonił się jej dworsko i rozeszli się.
Gilbert zawrócił niby do siebie, a właściwie czekał za studnią i obserwował Nicolinę, przekonany, że idzie ona znowu na schadzkę. Tak też się stało. Szybko i zręcznie podążył zaraz za nią. Ciemno już było zupełnie, a w parku drzewa rzucały długie fantastyczne cienie. Nicolina odprowadziła kochanka aż do krat parku. Jakże się zdziwił ogrodniczek, gdy zamiast młodego Beausire’a, zobaczył teraz starego już, ale eleganckiego pana, ubranego wytwornie. Zaciekawiony zbliżył się i poznał księcia de Richelieu.
— Do djabła! panno Nicolino, postępujesz widzę szybko; po oficerze, marszałek Francji! Ho! ho!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.