Hero i Leander (Konarski, 1908)/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Konarski
Tytuł Wstęp
Pochodzenie Hero i Leander
Wydanie drugie
Data wydania 1908
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów, Złoczów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


WSTĘP.[1]

Poemat Muzajosa zajmuje odrębne poniekąd miejsce w literaturze starożytnej, a cechy tej odrębności nie nadały mu ani wybitna oryginalność formy, ani też charakterystyczne jakieś znamiona w przeprowadzaniu rzeczy lub kolorycie utworu, lecz tylko treść, a raczej pojęcie i zrozumienie przez autora przedmiotu, który w nim opiewa. Treść »Herony i Leandra« stanowi miłość, lecz miłość przedstawiona w duchu nieco odmiennym od pojęć starożytnych poetów — bardziej nowożytnym, romantycznym.
Starożytni znali potęgę miłości, korzyli przed nią czoło, czcili ją i szanowali, lecz znali miłość przeważnie tylko jako szczodrą szafarkę czarów i rozkoszy, — rwali róże, nie tykając cierni. Chrystyanizm dopiero, uduchowniając całą istotę człowieka, uduchownił także i miłość jego, nauczył go kochać bez nadziei, a nawet i bez wzajemności; podniósł społeczne stanowisko kobiety, stąd też złoty wiek minstreli i trubadurów mógł zakwitnąć tak bujnie tylko pod ożywczymi promieniami ciepła chrystyanizmu. Miłość więc i siostrzyca jej poezya wspólnymi kroczyły tory: jedna i druga musiała się wpierw uwolnić od krępujących ją więzów cielesności, zanim zdołała w wznioślejszym polocie wzbić się ku niebu, nim jej zaświtała epoka romantyzmu.
Realne poglądy na miłość starożytnych Greków i Rzymian sprawiły, że choć wieszcze ich poruszali wszystkie struny uczuć drgających w sercu człowieka, kreślili wszystkie zachwyty i boleści duszy ludzkiej, a więc także bardzo często i miłość opiewali, to przecież w całym skarbcu podań i poezyi starożytnych nie wielu doszukać się możemy śladów miłości pojmowanej tak, jak my ją dziś pojmujemy. Psyche oczarowana potęgą wdzięków Erosa i błądząca za nim po całym świecie, nieszczęśliwa miłość Dydony do Eneasza, Safo rzucająca się ze skał Leukadyi w toń morską z rozpaczy za przeniewierczym Faonem, a wreszcie Leander płynący przez wiry Hellespontu w objęcia ubóstwianej kochanki, oto może już wszystkie wypadki, w których miłość ofiary swoje nie samą tylko słodyczą poiła. Żadna atoli z tych ofiar nie wzbudza w nas takiej sympatyi, żadna z historyi miłosnych przekazanych nam przez starożytność nie mieści w sobie tyle pierwiastków romantycznych, a zarazem i grozy takiej, jak krótka powieść o miłości dwojga kochanków z nad brzegów Hellespontu.
Oto młoda i piękna Hero, a piękna tak, że sława jej wdzięków sprowadza z dalekich krańców świata tłumy uwielbiającej dziewicę młodzieży, stracona jest na wieki dla świata i serca własnego, bo choć dusza jej tęskni i marzy, choć istota cała rwie się do miłości — jej kochać wzbroniono: złość, czy fanatyzm religijny rodziców, skazał ją na wieczne sieroctwo serca, poświęcił ją twardej służbie bogini miłości, która mimo to, że sama jedynie miłością żyje i świat cały nią upaja, od służebnic wymaga wiecznego dziewictwa uczuć, dozgonnej czystości.
Smutne były chwile Herony od czasu wstąpienia jej w służbę bogini; nadmorska wieża służyła jej za mieszkanie, a wierna służebnica była samotnej jedyną towarzyszką niedoli, powiernicą smutków. Pobożna dziewica nie sarkała jednak na okrutne wyroki rodziców, a choć żal za straconą młodością i tęsknota za życiem szarpała boleścią młodzieńcze jej łono — nigdy nie opuściła grobowych murów swej wieży, aby podzielić ochocze tańce lub śpiewy wesołych towarzyszek.
Lecz cóż znaczą najsilniejsze postanowienia, najświętsze śluby, wobec nieubłaganej potęgi miłości?...
Zbliżył się dzień uroczysty, święcony ku czci bogini, w której służbie pozostawała Herona, a w dniu tym zgromadziły się w Sestos — rodzinnem mieście dziewiczej kapłanki — zblizka i zdala niezliczone tłumy pobożnych pątników, chcąc uczcić wszechwładną boginię; najliczniej atoli zebrała się młodzież, przywiedziona do Sestos nie tyle duchem pobożnym, ile raczej sercem żądnem podziwiać wdzięki dziewcząt zgromadzonych przy tak wielkiem święcie. Pomiędzy przybyłymi wyróżniał się pięknością oblicza i postawy Leander, młodzieniec z sąsiedniego Abydu, a królował on między wszystkimi rówieśnikami tak, jak i Herona królowała krasą między dziewicami zgromadzonemi we wspaniałej świątyni. Cóż więc dziwnego, że Leander za pierwszem spojrzeniem na czarującą kapłankę rozgorzał ku niej nieugaszonym ogniem miłości i tęsknoty, cóż więc dziwnego, że i Herona ujrzawszy namiętne spojrzenia jego, uczuła również raźniejsze serca bicie? Przyjazna chwila zbliżyła ich do siebie, a gorące słowa Leandra zwalczyły wnet opór i skrupuły dziewicy, przekonały ją o dozgonnej jego miłości. Lecz jak smutna przyszłość odsłaniała się oczom kochanków! Ślub prawy nie mógł ich nigdy jawnie zespolić, bo Hero była własnością bogini i jej służbie miała całe życie poświęcić. Tajemnie więc tylko mogli się widywać, a noc miała zawsze opiekuńczem skrzydłem ciemności osłaniać miłosne ich schadzki.
Rzecby można atoli, że nawet przyroda spiknęła się z losem tak wrogim kochankom i postanowiła stanąć w drodze świętokradzkiej miłości. Abydos, rodzinne miasto Leandra, choć sąsiadujące z grodem Sestos, było oddalone od niego cieśniną burzliwego Hellespontu. Lecz nie przeląkł się Leander morskich bałwanów, co noc rzucał się w toń morza i przepływał Hellespont dążąc do tęskniącej kochanki, która z pochodnią w dłoni stała na brzegu morskim i światłem jej wiodła lubego wśród wirów przepastnych. Nie długo wszakże cieszyli się kochankowie tymi kradzionymi uściskami, — pochodnia miłości stała się wkrótce żałobną pochodnią śmierci. Zbliżyła się bowiem zima, a z nią poczęły szaleć burze po rozwścieklonem morzu. Leander przecież nie zadrżał i teraz przed groźnem niebezpieczeństwem, zapragnął jak zwykle podążyć po grzbiecie morza do Sestos ukochanego i puścił się nieustraszony w zapasy z morzem, mimo ryku wichrów i piętrzących się bałwanów. I Hero też stała jak zawsze na brzegu morza z pochodnią w ręku, lecz próżne jej oczekiwania i próżno pociesza zrozpaczone serce, że Leandra uściska za chwilę — kochanka niema i niema! Słońce już wbiegło na szlak niebieski, a Herona stoi wciąż jeszcze, zdrętwiała wpatruje się w zdradliwą toń morza, trzymając w ręku zgasłą już pochodnię. W tem spostrzega u stóp skały, na której stała, zwłoki kochanka poszarpane przez nielitosne bałwany — niema z bólu rozdziera szaty na piersi i rzuca się w bezdeń morską, chcąc się z ukochanym na wieki już połączyć...
Śmiercią zatem kończy się ta tragiczna historya nieszczęśliwych kochanków; być może, że pokarała ich w ten sposób bogini, zagniewana na Heronę za potarganie ślubów jej złożonych, lecz być także może, iż ulitowała się nad nieszczęśliwymi i zabrała oboje do siebie, w krainę, w której tylko błogość i szczęście miłości jest udziałem.
Kogoż nie uderzy szczególna analogia między powieścią o Heronie i Leandrze, o miłości ich i zgonie, a historyą niemniej smutnej miłości Romea i Julii? Ileż wspólnych pierwiastków zawiera się w obu, ileż podobieństwa w zawiązaniu, przeprowadzeniu i epilogu obu tych strasznych dramatów, czasem i miejscem akcyi tak bardzo odległych od siebie? Powieść o miłości Romea i Julii z nad Hellespontu cieszyła się też w starożytności nie mniejszą popularnością od tej, jaką geniusz Szekspira wyjednał w całym świecie nieszczęśliwym ofiarom waśni Montekich i Kapuletów. Urok wiejący z niej chwytał za serce i oczarowywał wrażliwy ród poetów, którzy od Wergilego i Owidego aż do Schillera, opiewali ją bądź w osobnych poematach, bądź też poświęcali jej przy sposobności wzmianki pełne serdecznego współczucia. Istnieje podanie, niczem zresztą nieuzasadnione, że Apelles, genialny malarz żyjący w czasach Aleksandra Wielkiego (IV. w. przed Chr.), miał uwiecznić miłość Herony i Leandra w jednym ze sławnych swoich obrazów; do dziś jeszcze przechowały się monety z czasów Karakalli i Aleksandra Sewera, a więc z II. i III. wieku po Chrystusie, na których widzimy Heronę trzymającą w ręku lampkę, ową gwiazdę przewodnią jej kochanka, u stóp jej Leandra prującego morskie głębiny, a nad nimi unoszącego się skrzydlatego bożka miłości z gorejącą pochodnią w dłoni. Pamiątki te po Heronie i Leandrze, przekazane nam przez starożytnych, wskazują widocznie, że odczuwali żywo grozę mieszczącą się w strasznej o nich powieści, że uszanowali siłę ich uczucia; a z tych właśnie powodów, że tyle pierwiastków romantycznych łączy w sobie ta powieść tak w treść uboga, lecz tak bogata w zasób uczucia, nader ciekawe byłoby studyum nad tem, w jaki sposób odczuli i przedstawiali greccy i rzymscy poeci tę miłość, która wbrew ich pojęciom, tyle bólów zrodziła, a tak mało w zamian przyniosła rozkoszy. Lecz niestety, wir czasów pochłonął wszystkie poemata, opiewające miłość starożytnego Romea i Julii, a pozostawił nam jedyny tylko utwór Muzajosa pod tytułem »Hero i Leander«, i on to stanowi dziś jedyne źródło, z którego czerpiemy wiadomości o całej ich historyi.
Czas, w którym żył Muzajos, nie da się ściśle oznaczyć, podobnie jak czas, w którym powstała u starożytnych powieść, będąca przedmiotem jego poematu. Wolno nam się wszakże domyślać, że istniała ona już czas dłuższy przed Wergilim (I. w. przed Chr.), bo on wspomina o niej jako o rzeczy ogólnie już znanej; wzmianka zaś, że Apelles obrał ją za przedmiot jednego ze swoich obrazów, jest tylko jak już wspomnieliśmy, podaniem, które dostało się do nas za pośrednictwem jednego z wszystko wiedzących scholiastów. Nie zamierzamy wcale schodzić w tej krótkiej przedmowie na ślizkie pole domysłów i hipotez i roztaczać przed czytelnikiem całego szeregu najrozliczniejszych przypuszczeń, dotyczących poruszonych tu kwestyi; jako charakterystyczną rzecz jednak wypada przytoczyć, że byli tacy, którzy autorstwo Herony i Leandra przypisywali owemu na pół mytycznemu Muzajosowi, żyjącemu w zamierzchłej przeszłości przed Chrystusem, jak i to również, że z drugiej strony i na takich nie zbywało, którzy powieść naszą uważali za płód fantazyi mnicha jakiegoś z XIII. lub XIV. stulecia, puszczony w świat pod imieniem starożytnego poety dla pozyskania rozgłosu i sławy, pod płaszczykiem renomowanej już firmy. Dopiero Gotfryd Hermann, genialny niemiecki filolog, rzucił nieco światła na sprawę tę, pogrążoną w ciemnościach niewiadomości i domysłów i wykazał tak na podstawie budowy metrycznej poematu, jak i języka jego, że jest on jednym z utworów, należących do epoki tak zwanego »mytograficznego eposu.«
Epoka, której zawdzięczamy Heronę i Leandra, zarysowuje się w literaturze greckiej najwyraźniej w V. i VI. wieku po Chr., a że twórcą, gdy tak rzec można i najważniejszym przedstawicielem tej nowej szkoły był niejaki Nonnos, nazywają ją także i szkołą Nonnosa. Już sama nazwa wskazuje najdokładniej, jaką była istota poematów epicznych, powstałych w owych czasach: treścią ich były po większej części cudowne historye mytyczne, w których fantazya grecka walczyła o lepsze z zamiłowaniem Wschodu i Południa do tajemniczości i mistycyzmu. Nienaturalną tę dążność i chorobliwe gusta pracowników na polu mytograficznego eposu zrozumiemy snadnie dowiedziawszy się, że byli oni prawie wszyscy Egipcyanami, na których przeszła teraz w spuściznie oświata helleńska, którzy jednak nie mogli mimo to zerwać na zawsze z tradycyami przeszłości, i chrystyanizmem nawet oświeceni, lgnęli wciąż do pogańskich mytów i religii. Złote czasy nieśmiertelnych pomników geniuszu greckiego, prastarych homerowych pieśni, minęły już bezpowrotnie; ani stosunki, ani ludzie nie nadawali się już do stworzenia eposu w prawdziwem znaczeniu tego wyrazu. Od czasów Homera przemknęło w pochodzie dziejów nad nieszczęśliwą Grecyą tyle już wieków, naród grecki tyle od tego czasu odniósł tryumfów, tyle walk stoczył i przebolał tyle, czyż więc teraz, gdy już nie tylko wyrósł na męża, ale nawet zgrzybiałej doczekał się starości, moglibyśmy się spodziewać usłyszeć z ust jego naiwne szczebiotanie dziecięcia, jakiem jest w rzeczy epos prawdziwe? Dojrzały też, uczony, pełen sofistyki, a nierzadko i dworactwa jest każdy z poematów szkoły Nonnosa: naiwność i prostotę zastępuje sztuka, serce — fantazyi ustępuje miejsca. Epik z czasów homerowych, wędrowny od osady do osady włóczący się rapsoda, był jak nasz lirnik ukraiński, w pieśń u łona matki upowity, uczący się jej dalej od szumu drzew i rozgoworu wiatrów na mogilniku stepowym, — on śpiewał, bo musiał śpiewać, serce mu słało pieśni na usta; — epik zaś z czasów naszej epoki to przedewszystkiem uczony, który za stosem ksiąg, pracą mozolną dopiero wżył się w to, co tamten odczuł jednem serca biciem, który w poemacie składał nagromadzone skarby erudycyi, ale nie uczuć miłości tego, co opiewał; on śpiewał, bo chciał śpiewać. Nie dziw też, że począwszy od budowy wiersza, którym epopeje owe spisano, a skończywszy na treści samej, wszystko w nich wymuszone, a częstokroć i dziwackie. Prosty, a tak dźwięczny i potoczysty wiersz homerycki (heksametr), spokojna, a poważna dykcya homerowych pieśni, nie przemawiały już do serca uczonych epików — w poezyi widzieli oni sztukę, podziwiali zręczność, z jaką pokonywano napiętrzone trudności. Zatrzymano wprawdzie homerycki heksametr, lecz dobroć wiersza tak pod względem rytmiczności, jak szyku, a nawet i używania pewnych wyrażeń, zawarowywała niezliczona ilość formuł i formułek, tak, że poeta dostawszy się raz w błędne koło owych przepisów, utykał co chwila o jakąś zaporę, tamującą wolniejszy polot jego ducha.
Wspomnieliśmy już powyżej, że ulubionym tematem epików ze szkoły Nonnosa były myty cudowne i fantastyczne, awanturnicze powieści Wschodu; nie dziw zatem, że próżno usiłowalibyśmy dopatrzyć się w którymś z większych poematów owej epoki jakiej myśli przewodniej, planu, podług którego autor rzecz całą wykończył. Logiczna ciągłość idei, a nawet logiczny związek faktów, nie leżały poetom owym zgoła na sercu: i owszem, z skrzętnością i zamiłowaniem godnem podziwienia wyszukiwali jakąkolwiekbądź, choćby najluźniejszą sposobność wsunięcia epizodów, w żadnym z całością nie pozostających związku, byleby tylko cudownością i nienaturalnością pociągały. Z przeładowaniem treści pozostawała i dykcya w najzupełniejszej harmonii: przesadna retoryka, sofistyczne wykręty, nagromadzenie niesmacznych obrazów i zbytecznych ozdóbek, karkołomne i z logiką w niezgodzie będące przenośnie są najlepszą miarą poetycznego zmysłu i poczucia piękna wieszczów samych, a snać i czytającej publiczności, której prosty, jędrny, a zdrowy pokarm zadowolić już więcej nie zdołał.
Z takiej to szkoły, tak podobnej do czasów rozkwitu epoki Jezuickiej w naszej literaturze, wyszedł śpiewak Herony i Leandra; na jego chlubę jednak przyznać musimy, że jakkolwiek nie ustrzegł się wpływu ducha czasu, który go wydał, a był nadto nierzadko ślepym prawie naśladowcą mistrza swego Nonnosa, Homera i innych pisarzy, to przecież umiał nadać poematowi swemu cechę miejscami tak oryginalną, że każdy z nas musi przyklasnąć jego talentowi. Okoliczność ta, że ponad wszystkie cudowne historye o Dyonizosie i Aleksandrze Wielkim, nastręczające tyle sposobności do popuszczenia wodzy wybujałej fantazyi, wybrał Muzajos skromną a smutną powieść o kapłance z Sestos, musi bezsprzecznie szalę sądu naszego przeważyć na stronę jego korzyści. Nie stworzył on z tej historyi ani gmatwaniny cudowności i nieprawdopodobieństw, ni też nie wsadził jej na koturn eposu o większych rozmiarach, lecz dał jej formę treści najzupełniej odpowiednią i nakreślił w skromnych ramach chwytający za serce obrazek rodzajowy — elegię erotyczną.
Wobec tego, cośmy przytoczyli dla naszkicowania epoki i szkoły, do której krytycy zaliczają Muzajosa, a zwłaszcza wobec tego, że autor sam najlepiej przemówi do każdego z czytelników, uważamy za rzecz zbyteczną rozwodzić się szerzej nad poematu wartością. Kogoż z nas bowiem, dla których równowaga, miara i spokój są warunkami piękna, nie uderzy w nim ów patos miejscami nienaturalny, owa drobiazgowość i malowniczość zbytnia, które całemu poematowi tyle wdzięku ujmują?
A przecież mimo braków i wad, musi on się odznaczać i niepospolitymi przymiotami, kiedy się oparł tylu wiekom ziejącym niepamięcią i do dziś jest ulubieńcem cywilizowanego świata, przekładany na wszystkie prawie języki[2]. Cóżto więc wyposażyło go ową cudowną władzą ujmowania serc ludzkich, cóż było dla niego owym sezamem, otwierającym podwoje wszystkich ziem i krajów? Oto perły prawdziwego natchnienia, rozsiane licznie po całym utworze, których blask fałszywych kamieni i szychu nigdy zaćmić nie zdołał. Oto prostota rzewna, ujmująca czytelnika tam, gdzie się Muzajos nie dał uwieść zwodniczym ponętom szkolarskiej maniery, prostota tem wdzięczniejsza, że tuż obok niej spotkać możemy sentymentalność i przeładowanie. Nie upstrzył on powieści swej luźnymi epizodami, nie obciążył balastem erudycyi, lecz znalazł w niej miejsce jedynie dla kochającej się pary, której na chwilę nie spuścił z oczu, nie wydalił z serca. Młodzieńczy zapał i rzewność uczucia, z jakiem autor skreśla koleje nieszczęsnych kochanków, cieniując najdelikatniej ich tęsknotę, zachwyty i bole, serdeczność i ciepło jakieś wiejące z całego utworu, były jak sądzimy, owym cudownym środkiem utrzymującym go przy życiu przez wieków tyle: czy nie uleciały one jednak bez śladu w nieudolnym naszym przekładzie, osądzi baczny, a łaskawy czytelnik.







Przypisy

  1. Za wskazówkę przy pisaniu niniejszego słowa wstępnego posłużyły następujące dzieła:
    Grundriss der griechischen Litteratur von G. Bernhardy. 3-te Bearb. Halle. 1877.
    Griechische Literaturgeschichte in neuer Bearbeitung von Dr. Rudolf Nicolay. Magdeburg 1878.
    Musaei de Herone et Leandro Carmen — recognovit et adnotationibus instruxit Carolus Frider. Heinrich. Hannoverae 1793.
    De Musaeo Nonni imitatore liber Ludovici Schwabii. Tubingae 1876.
  2. Powieść Muzajosa była, o ile nam wiadomo, dwukrotnie przekładaną na język polski. Pierwszy przekład okazał się r. 1572 drukowany w Krakowie u Mikołaja Szarfenberga, a dokonany przez X. Walentego Jakóbowskiego. Drugi wyszedł pod tytułem: „Muzeusz Poeta Grecki o Leandrze i Erze, przekładania Franciszka Z. (Zagórskiego) z przydatkiem Sielanek (tłómacza). Warszawa w druk. Korespondenta 1796. str. 126“. Z żadnem z tych dzieł nie mogliśmy się niestety nigdzie spotkać.
    Przekładu dokonaliśmy wprost z oryginału podług wydania F. S. Lehrsa — Parisiis, Editore Ambrosio Firmin Didot. 1862.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Konarski.