Herbaciane róże/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kurt Matull, Matthias Blank
Tytuł Herbaciane róże
Wydawca Wydawnictwo „Republika”, Sp. z o.o.
Data wyd. 13.4.1939
Druk drukarnia własna, Łódź
Miejsce wyd. Łódź
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Tytuł cyklu:
Lord Lister, genannt Raffles, der grosse Unbekannte
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Sprawiedliwość

Tymczasem Raffles pierwszym pociągiem czmychnął do Portsmouth. Bez przeszkód wsiadł na okręt, przepływający kanał i po krótkiej podróży znalazł się na kontynencie. Postanowił zatrzymać się w mieście, w którym łatwo mógłby się ukryć przed wzrokiem policji. Wybór jego padł na Monachium. W Monachium zatrzymał się w hotelu „Cztery pory roku“ jako hrabia de Montegraza.
Minęło kilka tygodni. Baxter miotał się jak szalony. Poruszył niebo i ziemię aż wreszcie odnalazł, miejsce pobytu Tajemniczego Nieznajomego.
Inspektor odbył naradę ze swymi zwierzchnikami. Postanowił natychmiast opuścić Londyn i wraz z Marholmem udać się do Monachium.
W Monachium skomunikował się z tamtejszą policją, aby stwierdzić, pod jakim nazwiskiem Raffles ukrywa się w tym mieście.
W ciągu tych kilku tygodni Raffles zapuścił korzenie w środowisku studencko-artystycznym. Pewnego dnia, zawarł znajomość z księciem Miłowem, synem księcia Maczaczicza, spokrewnionego z jedną z rodzin panujących.
Młody książę, szczupły, wysoki i elegancko ubrany, wyglądem swym do złudzenia przypominał Rafflesa. Nawet monokl, nieodłączna ozdoba Tajemniczego Nieznajomego, jak wrośnięty siedział w oku młodego księcia. Obaj panowie zaprzyjaźnili się z sobą serdecznie. Charley Brand, występujący jako przyjaciel hrabiego de Montegraza, zaprzyjaźnił się natomiast z Ryszardem Rommlerem, artysta rzeźbiarzem. Pracownia tego młodego artysty znajdowała się na piątym piętrze jednego z domów, przy ul. Tureckiej.
— Musicie przyjść, panowie, jutro do mojej pracowni — rzekł pewnego dnia Rommler do Rafflesa. — Urządzamy bal kostiumowy, na który przybędzie również moja narzeczona, Aida.
— Wspaniała dziewczyna! — rzucił Maczaczicz. Rommler westchnął.
— Cóż z tego, kiedy nie możemy się pobrać...
— Dlaczego? — zapytał Raffles.
— Drogi hrabio, wciąż ta sama, stara historia... Aida jest niezawodnie utalentowaną aktorką, ale jest biedna jak mysz kościelna. Ja natomiast nie mogę sprzedać moich rzeźb. Jakże w tych warunkach myśleć o założeniu domu?
— Przecież ma pan bogatego ojca? — zapytał Raffles, który ze słyszenia znał już rodzinę rzeźbiarza.
— Zupełnie słusznie... Franz Rommler, który ina zaszczyt być moim ojcem, to prawdziwy milioner, wciąż jeszcze powiększający swój olbrzymi majątek.
— Mógłbym wiele o tym powiedzieć — rzucił książę, poprawiając monokl. — Pomówimy o tym przy okazji.
— Hm... Hm... — mruknął Raffles znacząco zerkając w stronę Charleya. — Pewien jestem, że uda nam się odegrać dobroczynną rolę w tej sprawie...

Następnego wieczora, Raffles i Charley znaleźli się w atelier rzeźbiarza. Wesoło tam było i rojno, choć zabawa naogół była skromna.
W samym środku ubogiej izby wznosił się wielki posąg Apollina, wykuty przez Rommlera w marmurze bardzo pośledniego gatunku. Było to jedno z arcydzieł, które, jak dotąd, nie przyniosło swemu twórcy ani jednego grosza.
Ponieważ w pokoju brakło miejsca, Aida, książę i kilka innych osób zawiesiło swe wierzchnie okrycia na posągu boga piękności. Dzięki temu Apollo miał na głowie damski kapelusz, na plecach futro a na rękach przewieszono mu parę palt.
Sama pracownia łączyła się z dwoma innymi małymi pokoikami, które opróżniono z mebli. Goście przybyli w karnawałowych kostiumach.
Sensacją wieczoru był niewątpliwie Raffles, przebrany za Sprawiedliwość. Miał na sobie obcisłe czarne trykoty i udrapowany był w fałdzisty długi płaszcz. U boku nosił krótką drewnianą szpadę, w lewej ręce dzierżył wagę, w prawej zaś odważniki. Przepaskę miał nie na oczach, lecz na czole.
— Wspomniał mi pan wczoraj o starym Rommlerze — rzekł Tajemniczy Nieznajomy do księcia, którego odciągnął na bok. — Cóż to za człowiek?
— Wołałbym się z nim był nie spotkać... Gdybym wiedział, że ten stary łotr ma tak miłego syna, postarałbym się wejść w kontakt z kim innym.
— Dlaczego? Czy to jakiś lichwiarz?
— I jeszcze jaki?... Płacę mu 60 proc....
— Do wszystkich diabłów!
— Czasami żąda jeszcze więcej. Jestem mu winien 200,000 marek.
Monokl wypadł z oka Rafflesa.
— Spora sumka!
— To jeszcze nic strasznego... Ojciec mój jest milionerem.
— Czy równie skąpy, jak bogaty?
— Jeszcze bardziej... Dziwi się pan zapewne, W jaki sposób w tak krótkim czasie zdołałem wydać sumę 200,000... Otóż muszę panu wyjawić największy sekret mego życia: jestem pochłonięty pracą nad wynalazkiem, którego udoskonalenie wymaga wciąż nowych nakładów pieniężnych. Mój ojciec nie chce o tym słyszeć. Wołałby, abym spędzał czas na polowaniach i zabawach...
Raffles spojrzał na niego z uznaniem. Ktoś w tej chwili zadzwonił. Rommler otworzył drzwi. W korytarzu rozległ się głos gospodarza i jakiegoś nieznajomego mężczyzny.
— Pst... Tajna policja! — szepnął Rommler, wracając do pokoju.
Zapanowało milczenie. Jak się okazało, policjantem był Baxter we własnej osobie. Zabrał ze sobą tylko Marholma, ponieważ pod żadnym pozorem nie chciał dzielić z policją monachijską zasługi przychwycenia Rafflesa. Ponieważ inspektor nie zupełnie niemieckiego, okazał Rammlerowi swoją kartę policyjną i zezwolenie na aresztowanie Rafflesa. Rzeźbiarz zrozumiał o co chodzi.
— Panowie zechcą poczekać chwileczkę, — rzekł. — Zaraz będę do dyspozycji panów. — Z tym słowy zniknął za drzwiami pokoju.
Baxter zwrócił się pytająco do Marholma:
— Co on powiedział?
— Żałuję szefie, ale i ja nie rozumiem ani słowa po niemiecku.
— Na co tu jeszcze czekamy? Wejdźmy. Raffles jest tam z pewnością i nie wyobrażam sobie, aby tym razem zdołał nam uciec.
Raffles tymczasem, zawiadomiony o wizycie Baxtera, skonstruował szybko plan działania.
— Czy chce mi pan oddać pewną usługę? — zapytał zdumionego Rommlera.
— Oczywiście, hrabio...
— Niech się pan postara zatrzymać tu owego policjanta, który zresztą pochodzi z zupełnie innego kraju i niech się pan stara nie zrozumieć, czego od pana będzie żądał.
— Bardzo chętnie, — rzekł Rommler.
— Doskonale... Niech pan wobec tego wprowadzi tu owego łowcę przestępców.
Charley Brand siedział skromnie w kąciku i nie śmiał nawet oddychać.
Gdy gospodarz wprowadził Baxtera i Marholma tryumfalnie do pokoju, wesoła paczka otoczyła ich dokoła. Na czoło wysunęła się Sprawiedliwość.
— Bądźcie mi pozdrowieni — rzekła maska głosem Rafflesa. — Witajcie kolego!
Baxter spojrzał uważnie na postać, przypominającą raczej kobietę niż mężczyznę i rzekł:
— Cóż to takiego?
— To Sprawiedliwość — odparł Marholm. — Trzeba było nam wybrać się aż do Monachium, aby zobaczyć raz wreszcie, jak wygląda Sprawiedliwość.
— Czego panowie tu szukają? — zapytał Raffles.
— Czy nie słyszeliście o niejakim Rafflesie?
— Jako Sprawiedliwość, słyszałem o nim niejednokrotnie. Jest to przestępca, któremu zawsze udaje się zbiec.
— Ale tym razem mu się to nie uda, — odparł Baxter. — Wiem, że musi tu być...
— Połóżcie go na wagę...
— Zostawcie panowie niewczesne żarty... Poprzebieraliście się jak idioci. Spójrzcie no tylko, Marholm!
— Widzę, inspektorze... Wyglądają doskonale...
— Nie rozumiem, co w tym widzicie ładnego...
— O ile mi wiadomo, w mieszkaniu tym przebywa znany przestępca, Raffles, — dodał, zwracając się do Rommlera.
— Nie rozumiem — odparł Rommler.
— Rozmowa staje się coraz trudniejsza... Widzę, że trzeba było zabrać z sobą monachijskiego policjanta.
— Nie wieleby nam to pomogło... Policja tutejsza mówi dialektem, którego żaden uczciwy człowiek zrozumieć nie może.
— Musimy więc poradzić sobie sami, — rzekł Baxter. — Szukajmy Rafflesa...
— Zaczniemy od atelier...
Baxter rozejrzał się dookoła.
— Co to takiego, Marholm?
— Posąg, inspektorze...
— Ale on jest ubrany?
— Prawdopodobnie wstydził się swej nagości...
Baxter zbliżył się do posagu i przyjrzał mu się uważnie.
— Co to za jeden? — zapytał.
— Apollo — odparł Rommler.
— Kto to taki? — zapyta] skolei Marholma Baxter.
— Imć pan Apollo, inspektorze..
— Czy to z natury?
— Tak... Uderzające podobieństwo?
Nagła myśl przeszyła mózgownicę Baxtera.
— Mam!... Przyjrzyjcie się jego twarzy.
— Czyjej? Apollina?
— Oczywiście... Czy nie widzicie, że jest uderzająco podobny do Rafflesa?
— To Raffles! Łapcie go, Marholm!
Marholm podrapał się w głowę.
— Ale on jest z kamienia.
— Nowy kawał Rafflesa... Jestem pewien, że to żywy człowiek...
Baxter rzucił się na posąg i począł nim potrząsać tak silnie, że spadł on ze swej podstawy. Biedny Apollo połamał się na drobne kawałki.
— Poćwiartował pan Rafflesa, inspektorze!
— Narazili mnie panowie na szkodę! — krzyknął Rommler. — Zapłacicie mi za to przynajmniej pięćset marek.
— Nie rozumiem po niemiecku — odparł Baxter.
Widząc jednak, że zarówno gospodarz lokalu, jak i goście zaczynają przybierać groźną postawę, Baxter wyciągnął portfel i wyjął z niego wszystko, co miał. Było tam około trzystu marek. Baxter nie lubił rozstawać się ze swymi pieniędzmi i dlatego strata trzystu marek wprawiła go w zły humor.
Rzucił się na osobę, przebraną za Sprawiedliwość i począł potrząsać nią niecierpliwie.
— Gdzie jest Raffles? — zawołał.
Ani przez chwilę nie przypuszczał, że człowiek kryjący się pod tym dziwacznym przebraniem może być właśnie poszukiwanym przez niego przestępcą.
— Czy pan rozumie po angielsku? — zapytał z rozpaczą w głosie.
— Sprawiedliwość przemawia wszystkimi językami — odparł Raffles najpiękniejszą angielszczyzną.
— Niech mi więc pan powie, gdzie jest Raffles?
— Sprawiedliwość nie może się wypowiedzieć na ten temat.
— Czy pan wie, gdzie jest Raffles?
— Gdybym wiedział, Sprawiedliwość nie byłaby ślepa.
— Mam wrażenie, że ten jegomość kpi sobie z nas — rzekł Baxter zwracając się do Marholma.
— Jakkolwiek nie chcę wam odpowiedzieć na zasadnicze pytania, mogę wam dać pewną wskazówkę, jak schwytać Rafflesa — rzekł lord Lister.
Baxter nadstawił uszu.
— Jestem pewien, że Raffles tu przyjdzie — Ciągnął dalej lord Lister — to cięta sztuka... Jeśli spostrzeże was z daleka, z całą pewnością da nura...
Przecież widać, że pan z policji. Dopóki się pan nie przebierze tak jak my, nie ma mowy o tym. aby mógł pan złapać Rafflesa.
Baxter spojrzał na niego ze zdumieniem
— Czy pan jest pewny, że on przyjdzie?
— Mogę się z panem założyć.
Baxter zerknął pytająco na Marholma.
— Niezła myśl? Cóż wy na to, Marholm?
— I ja tak sądzę...
— Jestem pewien, że ten którego szukacie, nie pozna pana w kostiumie Sprawiedliwości.
— Nie.. Ale gdzie znaleźć taki kostium?
— Pożyczę go panu — odparł Raffles.
— Jest pan bardzo uprzejmy. Jeślibym mógł panu się czymś odwdzięczyć...
— Możemy się zamienić strojami... W każdym razie musi pan zdjąć swoje ubranie.
Baxter szybko zgodził się na te propozycję.
Perspektywa schwytania Rafflesa podwajała jego zapał. Wszedł do sąsiedniego pokoju i rozebrał się do koszuli.
— Idźcie do hotelu, Marholm, i przynieście mi moje futro — rzeki. — Drżę z zimna.
— Biedna Sprawiedliwość — rzekł Marholm. — Czy naprawdę panu tak zimno?
— Nie lubię powtarzać dwa razy moich rozkazów.
Marholm z westchnieniem opuścił mieszkanie rzeźbiarza, aby spełnić polecenie. Baxter tymczasem przebrał się w dostarczony mu przez Rafflesa strój i z zadowoleniem spojrzał do lustra. W tej samej chwili otwarły się drzwi od sąsiedniego pokoju i stanął w nich Raffles w ubraniu inspektora...
Baxter spojrzał na twarz wchodzącego i okrzyk wściekłości zamarł mu na ustach. Poznał Rafflesa! Tuż obok lustra, leżała na podłodze wielka masa miękkiej gliny, przeznaczonej do modelowania. Baxter rzucił się na Rafflesa. Tajemniczy Nieznajomy schylił się, podniósł garść gliny i rzucił ją prosto w oczy Baxterowi. Oślepiony inspektor potknął się o leżący na ziemi posąg Apollina, z czego skorzystał Raffles i spokojnie opuścił mieszkanie, po czym wyszedł na ulicę.
Po chwili wrócił Marholm, dźwigając futro.
— Szybko dajcie mi je, Marholm.
— Niech pan posłucha, inspektorze — rzekł Marholm zdyszany. — Spotkałem na schodach jakiegoś człowieka, który mi dziwnie przypominał Rafflesa.
— Bo to był właśnie Raffles, durniu jeden! Dlaczego nie zatrzymaliście go?
— Wiedziałem przecież, że pan jest na górze, inspektorze. Skoro ów człowiek wychodził z tego mieszkania, nie przyszło mi nawet do głowy, że to może być Raffles! Przecież pan byłby go zaaresztował!...
Baxter pienił się... Raffles znów zakpił sobie z nich w najlepsze.
— Niech pan uważa na nogi, inspektorze — rzekł Marholm. — Stoi pan boso i może się pan przeziębić.
— Nie wtrącajcie się do nieswoich rzeczy, Marholm... To wszystko wasza wina. Jakżeście mogli się nie domyśleć, że to Raffles przebrał się za Sprawiedliwość?
Marholm spojrzał z politowaniem na swego szefa. Na ulicy sekretarz skinął na przejeżdżającą taksówkę i kazał się zawieźć do hotelu. W chwili, gdy zatrzymali się przed hotelem, na spotkanie ich wyszedł portier. Spojrzał na Baxtera wzrokiem pełnym współczucia.
— A więc to prawda? — rzekł. — Pański biedny szef zwariował?
Dopiero wówczas Marholm spostrzegł, że przed hotelem stała karetka pogotowia.
Baxter nie zdążył strzepnąć śniegu ze swych zziębniętych bosych stóp, gdy nagle znalazł się w uścisku jakichś żelaznych ramion. W ciągu kilku minut przeniesiono go do karetki, w której oczekiwał go lekarz z pielęgniarzami.
— Na pomoc! — Na pomoc! — krzyczał Baxter. — Jestem naczelnym inspektorem policji angielskiej!
— Charakterystyczne objawy megalomanii — rzekł lekarz. — Spaceruje po śniegu boso i ma na obie tylko futro na bieliźnie... Trzeba go będzie natychmiast zamknąć w oddziale dla furiatów!
Marholm nie zrozumiał co to wszystko znaczy.
— Co się tu stało? — zapytał portiera.
— Otrzymaliśmy telefon, że gość spod Nr. 17 zwariował. Jednocześnie zaalarmowano pogotowie, które przysłało po niego lekarza i karetkę... Biedny człowiek. Czy to pierwszy atak?
Marholm zaśmiał się.
— O nie! Zdarza mu się to dość często.
Mówiąc to, wsiadł do taksówki i ruszył do kliniki, aby ułatwić Barterowi wydostanie się na wolność.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Matthias Blank, Kurt Matull i tłumacza: anonimowy.