Heidi/Rozdział piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ PIĄTY.



WIZYTA, POTEM ZAŚ DRUGA, WIĘKSZE MAJĄCA NASTĘPSTWA.

Zima minęła szybko, jeszcze szybciej wesołe lato i oto skończyła się już druga zima. Heidi, wesoła jak ptaszek, radowała się na myśl, że niezadługo ciepły wiatr zaszumi w jodłach, zmiecie śnieg, że potem słońce wywabi z ziemi błękitne i żółte kwiatki i że wreszcie nadejdzie pora wypasów, które były dla niej czemś najpiękniejszem na świecie. Heidi miała już ósmy rok. Dziadek wyuczył ją rzeźbić w drzewie różności, umiała radzić sobie doskonale z kozami, a Białuszka i Buraska biegały za nią, jak pieski, becząc radośnie na sam dźwięk jej głosu. W ciągu ostatniej zimy dał nauczyciel dwukrotnie znać przez Pietrka, że Halny Dziadek powinien przysłać do szkoły dziewczynkę, którą ma u siebie. Przekroczyła już nawet wiek szkolny i zeszłej jeszcze zimy miała obowiązek rozpocząć naukę. Dziadek kazał dwukrotnie powiedzieć nauczycielowi, że jeśli ma do niego interes, zastanie go w domu, zaś dziecka do szkoły posyłać nie myśli. Pietrek powtórzył to słowo w słowo.
Marcowe słońce stopiło śnieg na zboczach gór, wyjrzały białe śnieżyczki w dolinie, a na hali zrzuciły jodły brzemię śniegu i powiewały znowu wesoło gałęźmi. Heidi biegała w rozradowaniu wielkiem od drzwi wchodowych do stajni, stąd pod jodły i z powrotem do dziadka, by mu powiedzieć, o ile powiększył się zielony szmat murawy pod drzewami. Wybiegała za chwilę znowu, nie mogąc się doczekać, kiedy wszystko będzie znowu zielone, a cudne lato trawą i kwiatami zaściele całą halę.
Pewnego słonecznego dnia marcowego, biegając tak z dziesiąty już może raz, przeskoczyła próg, gdy nagle omal nie padła nawznak z przerażenia. Tuż przed nią stał stary, czarno ubrany mężczyzna i spozierał poważnie. Zauważywszy przestrach dziewczynki, rzekł dobrotliwie:
— Nie bójże się! Kocham bardzo dzieci. Podaj mi rękę! Jesteś zapewne Heidi. A gdzież dziadek?
— Siedzi przy stole i robi z drzewa okrągłe łyżki! — oświadczyła, otwierając z powrotem drzwi.
Przybysz był to proboszcz z osiedla, który znał dobrze Halnego Dziadka i sąsiadował z nim za czasu pobytu jego wśród ludzi. Wszedł do izby, zbliżył się do schylonego nad robotą starca i powiedział:
— Dzieńdobry, sąsiedzie.
Halny Dziadek podniósł głowę, zdumiał się wielce, wstał i odparł:
— Dzieńdobry, księże proboszczu!
Potem podał mu krzesło, mówiąc:
— Proszę siadać, księże proboszczu, chociaż krzesło, coprawda, twarde.
Proboszcz usiadł i rzekł po chwili:
— Dawno już nie widziałem was, sąsiedzie.
— I ja także nie widziałem dawno księdza proboszcza! — odpowiedział Halny Dziadek.
— Przyszedłem tutaj dziś pomówić o pewnej sprawie! — zaczął proboszcz. — Domyślacie się zapewne, drogi sąsiedzie, co mam na myśli i w czem pragnę dojść do porozumienia.
Umilkł i spojrzał na stojącą w progu Heidi, która badała uważnie nową nieznaną, postać.
— Idź do kóz, dziecko! — polecił dziadek. — Weź trochę soli i zostań z niemi, aż przyjdę.
Heidi znikła natychmiast.
— Dziewczynka powinna była już poprzedniej zimy uczęszczać do szkoły, a tem więcej ostatniej! — ciągnął proboszcz dalej. — Nauczyciel udzielił dwukrotnie napomnienia, a wy, sąsiedzie, nie usprawiedliwiliście się wcale. Cóż zamierzacie uczynić z dzieckiem?
— Zamierzam nie posyłać dziewczynki do szkoły! — odparł Halny Dziadek.
Proboszcz spojrzał, zdumiony wielce na starca, który siedział na ławce z założonemi na piersiach rękoma i miał minę nieustępliwą.
— Cóż chcecie zrobić z dziecka? — spytał znowu.
— Nic! Rośnie, chowa się, bawi z kozami i ptakami, jest jej dobrze, a niczego złego od zwierząt nauczyć się nie może.
— Ależ dziecko nie jest kozą, ni ptakiem tylko człowiekiem. Nie uczy się wprawdzie od swych towarzyszy niczego złego, ale nie uczy się też niczego zgoła. A przecież powinna się uczyć dziewczynka, bo już czas po temu. Przyszedłem, sąsiedzie, umyślnie zawczasu, byście mogli w ciągu lata rzecz rozważyć i przysposobić. Ostatnia to zima, czasu której Heidi nie pobierała żadnej nauki. Najbliższej zimy musi i to codziennie chodzić do szkoły.
— Nie poślę jej, księże proboszczu! — oświadczył Halny Dziadek stanowczo.
— Czy myślicie, sąsiedzie, że niema środka doprowadzenia was do rozumu i złamania uporu? — powiedział proboszcz żywiej nieco. — Zwiedziłeś pan przecież kawał świata, nabierając różnych wiadomości. Sądziłem, że znajdę u was, sąsiedzie, więcej rozwagi.
— Tak? — odparł Halny Dziadek, również z pewnem rozdrażnieniem w głosie. — Sądzi więc ksiądz proboszcz, że będę następnej zimy posyłał wątłe dziecko, bez względu na burzę i śnieg o dwie godziny drogi, poto by wracało samo o zmierzchu, kiedy dmie wichr taki, że nieraz silnemu mężczyźnie zagraża niebezpieczeństwo? Pamięta zapewne ks. proboszcz matkę Heidi, Adelajdę? Była także wątłą i w dodatku lunatyczką. Czyż ta dziewczynka ma popaść w to samo, skutkiem przemęczenia? Ciekawym bardzo, kto mnie zmusi? Stanę przed każdym sądem, a zobaczymy czy mnie któryś ukarze?
— Macie słuszność, sąsiedzie! — rzekł proboszcz łagodnie. — Istotnie, stąd dziecka do szkoły posyłać niesposób. Kochacie, jednak widzę, małą Heidi, przeto uczyńcie dla niej to, coście powinni był już dawno uczynić. Sprowadźcie się z powrotem do osiedla i żyjcie pośród ludzi! Cóż to za życie w tej pustce, z sercem zatwardziałem względem Boga i świata? Któżby wam pospieszył z pomocą w razie jakiegoś wypadku? Pojąć nie mogę, sąsiedzie, że nie zamarzacie na śmierć w porze zimowej w tej chacie i że dziecko znosi te warunki.
— Dziecko ma młodą krew i dobrą kołdrę, księże proboszczu. Pozatem, wiem ja dobrze, gdzie jest drzewo i kiedy je gromadzić. Proszę zajrzeć do mojej szopy, jest pełna. W izbie pali się przez całą zimę nieustannie. Ale o tych przenosinach niema mowy. Ludzie mną gardzą, a ja nimi, lepiej dla mnie i dla nich, że się nie stykamy.
— Nie lepiej, nie lepiej! — zaprzeczył proboszcz serdecznym tonem. — Zaręczam, że odnośnie do tej wzgardy przesadzacie, sąsiedzie drogi. Pogódźcie się jeno z Bogiem, poproście o przebaczenie, o ile to uznacie za potrzebne, wróćcie między ludzi, a przekonacie się, że was polubią i że wam będzie dobrze z nimi!
Proboszcz wstał, ujął dłoń starca i powtórzył raz jeszcze serdecznie:
— Spodziewam się, drogi sąsiedzie, że zobaczymy was w osiedlu tej zimy i że zostaniemy z powrotem dobrymi sąsiadami. Wielkąby mi sprawiło przykrość, gdyby musiano zastosować do was przymus. Dajcież mi rękę na znak, że wrócicie między ludzi i pogodzicie się z nimi, oraz z Bogiem!
Halny Dziadek podał proboszczowi dłoń i rzekł dobitnie:
— Ksiądz proboszcz ma jak najlepsze zamiary, czuję to, ale nie uczynię, czego się spodziewa. Mówię otwarcie i szczerze. Nie poślę Heidi do szkoły i nie wrócę do osiedla.
— Niechże was tedy, sąsiedzie, Bóg ma w swej opiece! — powiedział proboszcz smutnie, potem zaś opuścił chatę i jął kroczyć ku osiedlu.
Halny Dziadek stracił humor. Gdy Heidi zapytała nazajutrz, czy pójdę do babki, odrzekł:
— Dzisiaj nie pójdziemy.
Przez całe poobiedzie nie wyrzekł słowa, gdy zaś Heidi ponowiła dnia następnego pytanie, powiedział oschle:
— Zobaczymy!
Zjedli oboje obiad, zanim jednak zdołali odstawić miseczki, wkroczył niespodzianie gość nowy, mianowicie ciotka Deta. Miała na głowie piękny kapelusz z piórami, a długą suknią zamiatała wszystko, co leżało na podłodze. Wiadomo zaś, że w góralskim szałasie jest mnóstwo rzeczy nie odpowiednich dla modnej tualety damskiej. Halny Dziadek obejrzał ją od stóp do głowy i nie rzekł nic. Ciotka Deta była w doskonałym humorze i wszczęła przyjacielską rozmowę. Oświadczyła, że Heidi wygląda doskonale, tak iż ledwo ją poznała. Musi jej być dobrze u dziadka. Nieustannie myślała o tem, by ją zabrać do siebie, gdyż jest, oczywiście, dziadkowi ciężarem. Dotąd nie mogła jednak wykonać swego zamysłu. Dniem i nocą rozmyślała, gdzieby ją umieścić, teraz jednak zaszło coś, co może stanowić o szczęściu Heidi na całe życie. Jedno dziecko na sto tysięcy spotyka los tak świetny. Krewny jej państwa, mówiła, właściciel najpiękniejszego domu we Frankfurcie ma córeczkę sparaliżowaną połowicznie, która musi jeździć w wózku. Córeczka ta jest osamotniona, sama jedna pobiera naukę, nudzi się i radaby mieć towarzyszkę zabawy. Wspomniał o tem podczas odwiedzin u jej państwa, ona zaś, dowiedziawszy się wszystkiego od gospodyni, zarządzającej gospodarstwem owego bogacza, poczyniła odpowiednie kroki. Szło o wynalezienie dziewczynki niewinnej, a nieprzeciętnej, jak tyle innych. Przyszła jej zaraz na myśl Heidi. Opowiedziała tedy o niej wszystko, co jej było znanem, a zarządczyni domu zgodziła się bez wahania. Sytuacja jest obecnie taka, że wprost niewiadomo, jak wielkie szczęście czeka Heidi, bo jeśli bogacz ją polubi, a własnej jego córce coś się stanie... mój Boże, jest wszakże tak słaba... jeśli w dodatku nie zechce zostać bez dziecka... może nastąpić coś niesłychanego!
— Czyś już skończyła? — zapytał dziadek, który dotąd nie zdołał wtrącić słowa.
— Ba! — odparła Deta, zadzierając głowę. — Zachowujecie się, Halny Dziadku, tak jakbym wam gadała brednie, a niema przecież w całem Prättigau człowieka, któryby nie dziękował Bogu, gdybym mu przyniosła wieść taką.
— Przynoś ją, komu chcesz. Mnie nic potem! — powiedział Halny Dziadek oschle.
Deta wybuchnęła teraz, jak rakieta.
— Jeśli tak sądzicie, Halny Dziadku, to powiem wam swe zdanie. Dziewczyna ma już ośm lat, a nic nie umie i niczego się nie uczyła, dlatego, że nie chcecie do tego dopuścić. Nie posyłacie jej ani do szkoły, ani do kościoła. Powiedziano mi to w osiedlu. A Heidi jest przecież jedynaczką siostry mojej. Na mnie spoczywa odpowiedzialność, a jeśli dziecko może osiągnąć takie szczęście, jak obecnie Heidi, dlaczegóż się temu sprzeciwiacie. Nie ustąpię! Mówię otwarcie. Mam za sobą wszystkich mieszkańców osiedla, a jeśli chcecie sądu, to radzę wam namyślić się dobrze. Są tam pewne sprawki, któreby można odgrzać przy sposobności. Raz zacząwszy z sądami, niewiadomo nigdy, na czem się rzecz skończy, a to niezbyt przyjemne.
— Milcz! — huknął Halny Dziadek, a oczy mu rozgorzały. — Bierz ją i zniwecz! Nie pokazujcie mi się obie nigdy na oczy! Nie chcę widzieć twego kapelusza z piórami i słuchać słów twoich!
Rzekłszy to, wyszedł z izby.
— Rozgniewałaś, ciotko, dziadka! — powiedziała Heidi, łyskając niezbyt przyjaźnie czarnemi oczyma w kierunku Dety.
— Udobrucha się zczasem. Teraz chodź! — nalegała Deta. — Gdzież są twoje sukienki?
— Nie pójdę! — zaprotestowała Heidi.
— Jesteś, widzę, uparta, jak koza, — powiedziała Deta. — Wszakże słyszałaś wyraźnie, — ciągnęła dalej z pozoru łagodnie, a jednocześnie z gniewem — słyszałaś chyba wyraźnie, że dziadek zabronił nam obu pokazywać mu się na oczy. Będzie ci dobrze, nie wiesz nawet jak bardzo dobrze!... — Podeszła do szafy, dobyła rzeczy Heidi i spakowała je w tobołek, potem zaś rzekła: — Włóż na głowę kapelusik! Nie jest ładny, ale na drogę wystarczy. Chodźmyż teraz!
— Nie pójdę! — powtórzyła Heidi.
— Nie bądźże głupia i uparta, jak koza. Nauczyłaś się tego, widzę, od tych zwierząt. Wszakże dziadek się gniewa i nie chce nas widzieć na oczy. Życzy sobie nawet, bym cię zabrała. Nie drażnij go, Heidi. Pojęcia nie masz, jak pięknie jest we Frankfurcie. Jeśliby ci się jednak nie spodobało, możesz wracać każdej chwili. Tymczasem dziadek udobrucha się na pewno.
— Czy mogę być tam dziś jeszcze i wrócić do domu wieczór? — spytała Heidi.
— Cóż za gadanie! Powiadam ci, że możesz każdej chwili wrócić do domu. Dziś dojdziemy do Mayenfeldu, jutro rano wsiądziemy do pociągu. Nie wiesz chyba, że jadąc koleją żelazną, można być w krótkim czasie, gdzie się chce.
Ciotka Deta wzięła pod pachę zawiniątko z rzeczami Heidi, ujęła ją za rękę i ruszyła żwawo w kierunku osiedla.
Nie nastał jeszcze czas wypasów, przeto Pietrek chodził, a raczej miał chodzić do szkoły. Czasem robił sobie jednak wakacje. Nacóż się może przydać umiejętność czytania, rozumował. Natomiast wędrówka w celu uzyskania długich leszczynowych kijów do wędek, jest sprawą ważną i praktyczną. Powiodło mu się tego dnia właśnie. Wracał do domu z dużym pękiem długich, grubych żerdek. Na widok Heidi i Dety przystanął, gdy go zaś mijały, zapytał:
— Dokądże to idziesz?
— Muszę jechać na czas krótki z ciotką do Frankfurtu! — odpowiedziała Heidi. — Ale wstąpię jeszcze do babki, gdyż czeka na mnie.
— Ani mowy! Już późno! — powiedziała żywo ciotka Deta, przytrzymując dziewczynkę silnie za rękę. — Pójdziesz tam, wracając do domu. — Potem pociągnęła Heidi dalej i nie puszczała jej z obawy, że wróci i rozmyśli się, a babka poprze jeszcze upór dziecka.
Pietrek wpadł do domu i trzasnął pękiem drążków leszczynowych tak mocno, że się wszystko zatrzęsło, a babka wstała od kołowrotka i zaczęła biadać. Pietrek musiał dać wyraz swemu podnieceniu.
— Cóż się stało? Cóż to znaczy? — spytała trwożnie babka, a siedząca przy stole, łagodna i pobłażliwa Brygida dorzuciła:
— Co cię znowu opętało, Pietrusiu?
— Ona zabrała Heidi! — powiedział.
— Kto, kto? Dokąd? — spytała babka ponownie, trwożniejszym jeszcze tonem. Zaraz domyśliła się wszystkiego. Córka zawiadomiła ją poprzednio, że Deta idzie na halę, w kierunku chaty starego Halnego Dziadka. Drżąc z pośpiechu, otwarła staruszka okno i zawołała błagalnie:
— Deto! Deto! Nie zabieraj nam dziecka! Nie zabieraj Heidi!
Obie słyszały doskonale jej głos, a domyślając się słów, ścisnęła Deta silniej rękę Heidi i przyśpieszyła kroku. Heidi zaczęła się opierać, mówiąc:
— Babka woła! Muszę iść do niej!
Ciotka nie dopuściła tego, tłumacząc dziewczynce, że mogłyby się spóźnić, a przeto nie wyjechałyby nazajutrz. Zaręczała przy tem, że Frankfurt ją zachwyci i nie zechce wyjeżdżać z miasta. Jeśliby jednak miało być inaczej, nikt jej nie zabroni wracać natychmiast, a w dodatku przywiezie babce coś, co ją ucieszy. Ta nadzieja uradowała bardzo Heidi i biegła teraz bez wahania obok ciotki.
— Cóż mam przywieźć babce? — spytała po chwili.
— Coś dobrego! — odparła Deta. — Naprzykład piękne, miękkie, białe bułeczki. Będą jej smakowały, bo jak wiesz, jeść już nie może twardego, czarnego chleba.
— To prawda. Daje zawsze chleb Pietrkowi, mówiąc, że dla niej zbyt twardy. Sama to widziałam! — potwierdziła Heidi. — Idźmyż tedy prędko, ciotko. Dziś jeszcze może będziemy we Frankfurcie i zaraz wrócę z bułeczkami.
To rzekłszy, zaczęła Heidi biegnąć tak szybko, że niosąca tobołek Deta została w tyle. Radował ją jednak ten pośpiech, gdyż wchodziły właśnie do osiedla, gdzie można się było spodziewać mnóstwa zapytań i różnej gadaniny, któraby mogła zmienić zamiary Heidi. Biegła tedy co sił w nogach, a dziewczynka ciągła ją jeszcze za rękę. Wszyscy widzieli, że śpieszy się, pod wpływem przynaglania Heidi. Na rozliczne pytania, dolatujące z okien i drzwi domów, odpowiadała niezmiennie:
— Widzicie przecież, że się zatrzymać nie mogę, dziecko nagli, a mamy długą jeszcze drogę przed sobą.
Od tego dnia począwszy, Halny Dziadek stał się bardziej jeszcze ponury, gdy schodził do osiedla, nie odpowiadał na pozdrowienia i nie mówił nic. Z koszem, wypchanym serami, na plecach, ściągniętemi brwiami i grubym kijem w ręku, wyglądał tak strasznie, że matki ostrzegały dzieci:
— Uciekajcie! Halny Dziadek może wam zrobić coś złego!
Starzec nie zadawał się z nikim w osiedlu, szedł dalej w dolinę, sprzedawał sery i zaopatrywał się w mięso, chleb i inne konieczne rzeczy. Mieszkańcy osiedla przystawali grupami, gdy przeszedł i czynili uwagi. Zgodzono się ogólnie na to, że jest teraz dzikszy jeszcze, niż przedtem, nie zwraca na nikogo uwagi i że wielkie szczęście spotkało Heidi. Dziewczynka przynaglała do pośpiechu, bojąc się widocznie, by jej nie doścignął i nie zmusił do powrotu na halę. Jedna tylko ślepa babka stała wytrwale po stronie Halnego Dziadka. Ile razy ktoś zachodził do niej z przędzą, lub po odbiór przędziwa, opowiadała jak dobrym on był dla dziecka i jak naprawił jej domek, który bez jego przysługi zapadłby się już dawno. I te wieści krążyły po osiedlu, ale ludzie powiadali sobie, że staruszka nie wie, co gada, albowiem nie widząc, zapewne także słyszeć nie może.
Halny Dziadek nie zachodził teraz do domku koźlarzy. Na szczęście wszystko zrobił, jak się należy, i dom był zabezpieczony na długo. Ślepa staruszka wzdychała znowu po całych dniach, żaląc się:
— Ach! Wraz z tem dzieckiem znikła cała radość życia mego i dni stały się znowu smutne i puste. Czyż usłyszę kiedy jeszcze przed śmiercią głos Heidi?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.