Heidi/Rozdział dwunasty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Johanna Spyri
Tytuł Heidi
Data wydania 1934
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ DWUNASTY.



W DOMU PANA SESEMANNA STRASZY.

Od dni kilku wędrowała panna Rottenmeier po całym domu, pogrążona w głębokiem milczeniu. Przechodząc o zmroku, zwłaszcza z pokoju do pokoju, lub na korytarz, rozglądała się wkoło bacznie i zazierała we wszystkie kąty, jakby w obawie, że ktoś cicho z tyłu kroczący pociągnie ją znienacka za suknię. Sama odbywała przechadzki tylko po zamieszkałych częściach domu. Udając się na drugie piętro, gdzie były dostatnio umeblowane pokoje gościnne, albo na parter, do wielkiej sali, tętniącej echem kroków, z której ścian spozierali poważnie rajcowie, w wielkich białych kryzach, wymalowani w wielkości naturalnej, zabierała zawsze Tinetę, pod pozorem, że trzeba będzie może coś wynieść, lub wnieść. To samo czyniła Tineta. Mając coś tam załatwić, brała z sobą Sebastjana, pod tym samym pozorem przeniesienia czegoś, zbyt dla niej ciężkiego. O dziwo, Sebastjan brał w podobnych okolicznościach stangreta Jana. Każde z nich było powolne takiemu wezwaniu, chociaż nigdy nie zachodziła potrzeba wnoszenia, czy wynoszenia czegoś. Zapadła wśród domowników milcząca ugoda wzajemnej pomocy na wszelki wypadek. Na dole, w kuchni stała przy garnkach stara kucharka i grzebała w nich zadumana, mrucząc pod nosem:
— Czego to człowiek nie dożył, miły Boże!
Od pewnego czasu dziwne rzeczy działy się w domu pana Sesemanna. Każdego ranka zastawała służba bramę główną, otwartą naoścież, ale nigdzie nie było nikogo, kogoby można było posądzić o otwieranie. Z samego zaraz początku przetrząśnięto cały dom, by stwierdzić brak czegoś, w przypuszczeniu, że złodziej wślizguje się co wieczór i nocą ucieka z łupem. Nic atoli nie zginęło. Ryglowano teraz bramę, zasuwając ponadto grubą belkę. Wszystko było daremne. Rankiem, choćby najwcześniejszym, zastawała służba bramę rozwartą naściężaj. Wszędzie wokoło spali jeszcze wszyscy, a inne domy były szczelnie pozamykane. Wkońcu zdobyli się na odwagę Sebastjan i Jan i postanowili, pod wpływem namowy panny Rottenmeier, spędzić noc w pokoju przylegającym do wielkiej sali, celem zbadania przyczyny. Panna Rottenmeier wyposażyła ich w broń starą i nowszą rodziny Sesemannów, oraz wręczyła Sebastjanowi dużą butelkę likieru, dla pokrzepienia sił, przed spodziewaną walką.
Usiedli przy stole i zaczęli do siebie przepijać, co ich podnieciło zrazu, potem zaś zmorzyło, tak że obaj, rozparci w fotelach usnęli. Stary zegar wieżowy wydzwonił północ. Sebastjan otrzeźwiał i jął nawoływać towarzysza, ale Jan spał dalej, przekładając tylko głowę z poręczy na poręcz za każdem zawołaniem. Sebastjan nastawił uszu, ale cisza panowała głęboka, zarówno w domu, jak i w ulicy. Nie zasnął na nowo, gdyż go zdjął lęk, półgłosem wołał teraz na Jana i potrząsał nim co chwila. Wkońcu wybiła pierwsza. Jan ocknął się, przypomniał sobie, dlaczego siedzi w fotelu, a nie leży w łóżku. Skoczył na równe nogi z wielką odwagą i zawołał:
— Sebastjanie! Musimy przecież wyjrzeć do sieni i zobaczyć, co się dzieje! Wszakże nie czujesz strachu? Idź za mną!
Jan otworzył przymknięte zlekka drzwi, do sieni wiodące. Silny przeciąg zgasił mu zaraz świecę. Stangret skoczył wstecz, porwał z sobą Sebastjana, zatrzasnął drzwi i co tchu przekręcił klucz. Potem dobył zapałek, zaświecił. Stojący za nim Sebastjan nie wiedział, co się stało, nie odczuł też przeciągu. Spojrzawszy na Jana przy blasku świecy, wydał okrzyk przerażenia. Stangret był trupio blady i drżał, jak liść osiczyny.
— Cóż się stało? Coś zobaczył? — spytał ze współczuciem.
— Brama otwarta naściężaj! — wyrzucił z trudem Jan. — A na schodach biała postać szła lekko, potem zaś znikła.
Ciarki przeszły Sebastjana. Siedli obaj blisko siebie, nie ruszając się już wcale, aż do świtu. Gdy w ulicy zatętniło życie, wyszli razem, zamknęli otwartą dotąd bramę, potem zaś udali się do panny Rottenmeier celem złożenia raportu. Czekała już na nich, mimo wczesnej godziny, gdyż w żaden sposób nocy tej zasnąć nie mogła. Usłyszawszy od naocznych świadków co zaszło, napisała zaraz do pana Sesemanna list, jakiego chyba nie otrzymał dotąd w życiu. Wyczytał on tam, że przerażenie paraliżuje jej wprost rękę, wobec czego prosi, by niezwłocznie wracał do domu, gdzie się dzieje coś niesłychanego. W ciągu listu opisała cały przebieg sprawy, dodając że ponieważ każdej nocy ktoś otwiera bramę, nikt w całym domu nie jest pewny życia, a fakt ten może wywołać nieobliczalne skutki. Pan Sesemann odpowiedział niezwłocznie, że nie może rzucić wszystkiego i wracać. Wyraził zdumienie odnośnie do onej historji z duchami i polecił zwrócić się do matki swej, która na pewno pospieszy z pomocą do Frankfurtu i załatwi rzecz w krótkiej drodze, tak że duchy przestaną niepokoić dom jego. Ton tego listu rozdrażnił pannę Rottenmeier, dla której sprawa przedstawiała się dużo poważniej. Napisała niezwłocznie do pani Sesemann, ale i od niej nie uzyskała żadnej pomocy. Przeciwnie, w odpowiedzi jej znalazła kilka przytyków. Staruszka oświadczyła, że nie opłaci jej się jechać z Holsztynu do Frankfurtu z tego jeno powodu, iż droga Rottenmeier ma wizje duchów. Pozatem nie widywano dotąd w domu Sesemannów żadnego ducha, o ile zaś wcisnął się tam obecnie jakiś, musi to być żywy człowiek i łatwo się z nim porozumieć przy pomocy stróża nocnego.
Panna Rottenmeier, doprowadzona do ostateczności, postawiła wszystko na kartę. Nie mówiła dotąd nic dziewczynkom o wydarzeniach nocnych, obawiając się złych skutków, teraz jednak udała się wprost do pracowni, gdzie były razem, i opowiedziała wszystko, ze szczegółami. Klara krzyknęła, że za nic sama nie zostanie w domu i ojciec musi wracać niezwłocznie, ponadto panna Rottenmeier i Heidi przeniosą się na noc do jej sypialni, inaczej bowiem duch mógłby im uczynić coś złego. Postanowiła, że będą spały we trzy razem, nie gasząc światła. Tineta miała przepędzać noc w przyległym pokoju, zaś Sebastjan i Jan w kurytarzu. O ileby duch wszedł schodami, mieli krzykiem spłoszyć go i zaalarmować innych. Klara popadła w takie wzburzenie, że pannie Rottenmeier trudno ją było uspokoić. Przyrzekła, że napisze niezwłocznie do ojca, przeniesie swe łóżko do jej pokoju i nie odstąpi na chwilę. Wszystkie trzy nie mogły się pomieścić razem, przeto zaproponowała panna Rottenmeier, by Tineta spała w pokoju Heidi, ale dziewczynka bała się jej więcej niż duchów, o których nie słyszała dotąd nic a nic, oświadczyła przeto, że woli zostać sama. Potem napisała panna Rottenmeier list do pana Sesemanna z doniesieniem, że conocne, dziwne wydarzenia wstrząsnęły tak dalece delikatnym organizmem Klary, że można się obawiać jak najgorszych skutków. Znane są przypadki, gdzie w takich warunkach występowała nagle epilepsja, lub obłęd. To też wielkie niebezpieczeństwo zagraża córce, jeśli nie ustanie panujące w domu ciągłe napięcie nerwów.
To odniosło skutek. W dwa dni potem zadzwonił pan Sesemann do swej bramy tak silnie, że zbiegli się wszyscy domownicy i jęli spoglądać po sobie w osłupieniu wielkiem, byli bowiem pewni, że duch uzuchwalony przychodzi jeszcze przed nocą. Sebastjan wyszedł na piętro i zajrzał ostrożnie z poza uchylonej okiennicy. W tej chwili szarpnięto za dzwonek tak silnie, że mogła tego dokazać tylko ludzka ręka. Sebastjan rozpoznał ją, zbiegł, przewrócił się na schodach, wstał i wreszcie otwarł bramę. Pan Sesemann rzucił krótkie pozdrowienie i ruszył wprost do pokoju córki. Klara przywitała ojca okrzykiem radości, jego zaś czoło wygładziło się zupełnie wobec tego, że Klara miała wygląd rześki i nie było w jej rysach żadnych śladów przejść nerwowych, a poweselał zupełnie, gdy mu córka powiedziała, że bardzo wdzięczna jest duchowi i jego figlom, bowiem to właśnie spowodowało powrót ojca.
— No, jakże się tam ten duch zachowuje? — spytał żartobliwie, zwrócony do panny Rottenmeier.
— Panie Sesemann, — odrzekła — to nie są żarty! Jutro przekona się pan osobiście i śmiać przestanie. W tym domu zaszło w dawnych czasach coś strasznego, co zostało zatajone.
— Nic o tem nie wiem! — zauważył. — Radbym jednak, by nie rzucano podejrzeń na mych czcigodnych przodków. Proszę mi zawołać do jadalni Sebastjana, pomówię z nim.
Pan Sesemann zauważył, że Sebastjana nie łączy z panną Rottenmeier wielka sympatja. Powziął tedy myśl pewną.
— Chodź no, chłopcze! — skinął na wchodzącego. — Powiedz, z ręką na sercu, czy nie udawałeś czasami ducha dla rozweselenia panny Rottenmeier?
— Wielmożny panie! — odparł z całą uczciwością. — Proszę tak nie sądzić. Boję się sam trochę.
— Jeśli tak, to pokażę tobie i Janowi owego ducha w dziennem świetle. Wstydź się, chłopcze! Jesteś młody, silny, a uciekasz przed duchem? Idź natychmiast do mego starego przyjaciela, doktora Classena. Pozdrów go ode mnie i poproś, by tu przyszedł punktualnie o dziewiątej wieczór. Musi przez całą noc czuwać nade mną. Przybyłem z Paryża umyślnie na tę konsultację, gdyż czuję się bardzo źle. Niechże się do tego zastosuje. Zrozumiałeś, chłopcze?
— O tak, wielmożny panie! Załatwię wszystko jak najlepiej! — odparł Sebastjan wychodząc, a pan Sesemann udał się do córki, by ją uspokoić zapewnieniem, że całą sprawę z duchem wyświetli tej jeszcze nocy.
Punktualnie o dziewiątej, gdy dziewczęta zasnęły, a panna Rottenmeier także udała się na spoczynek, przyszedł doktór, siwowłosy, ale rumiany, czerstwy, o żywych, przyjaźnie błyskających oczkach. Zrazu miał minę frasobliwą, zaraz jednak po przywitaniu wybuchnął śmiechem i rzekł:
— Nie wyglądasz mi wcale, drogi przyjacielu, na człowieka, nad którymby trzeba czuwać po nocach.
— Cierpliwości! — odrzekł pan Sesemann. — Ten, nad którym masz czuwać, będzie wyglądał dużo gorzej, gdy go złapiemy.
— Jest więc w tym domu chory, którego trzeba łapać?
— Jeszcze gorzej, mój drogi! W tym domu mieszka duch, który straszy.
Doktór roześmiał się głośno.
— Ładne współczucie! — zauważył p. Sesemann. — Szkoda, że cię nie słyszy panna Rottenmeier. Jest przekonana, iż któryś z Sesemannów wałęsa się tu, pokutując za popełnione zbrodnie.
— Jakże się z nim zapoznała? — spytał wesoło lekarz.
P. Sesemann opowiedział przyjacielowi, że służba zastaje codzień, o wczesnym poranku naściężaj otwartą bramę domu, a stangret Jan widział raz na schodach białą postać. Dla przysposobienia się na wszelki wypadek, kazał zanieść do pokoju wartowni na dole dwa nabite rewolwery. Jeśli jest to niepożądany żart, ze strony któregoś ze znajomych służby, by straszyć mieszkańców pod nieobecność pana domu, to wcale nie zaszkodzi strzał w powietrze, który przestraszy straszaka. Jeśli zaś czynią to złodzieje, którzy pod pozorem ducha, chcą obezwładnić obronę, a sobie ułatwić działanie, na ten czas broń przyda się także.
Po tem wyjaśnieniu zajęli obaj miejsca w tym samym pokoju, gdzie czuwali Sebastjan z Janem. Na stole stało kilka butelek dobrego wina na pokrzepienie sił, gdyby przez całą noc czuwać przyszło. Tuż obok leżały dwa rewolwery i stały dwa trójramienne kandelabry, gdyż pan Sesemann nie chciał pociemku czekać na ducha.
Przymknięto drzwi na kurytarz wiodące, by go nie spłoszyć, przyjaciele usiedli wygodnie w fotelach i zaczęli rozmawiać, popijając wino, i zanim się spostrzegli, wybiła północ.
— Duch zwęszył nas pewnie i nie przyjdzie dzisiaj! — powiedział lekarz.
— Cierpliwości! Jawi się podobno dopiero o pierwszej! — odrzekł p. Sesemann.
Zaczęli znowu rozmawiać. Uderzyła pierwsza. Wszędzie wokoło było cicho, a i z ulicy nie dolatywał żaden gwar. Nagle podniósł doktór palec.
— Pst! Czy słyszysz?
Nadstawili obaj uszu. Usłyszeli wyraźnie, że ktoś odsuwa belkę, przekręca dwa razy klucz w zamku i otwiera bramę. Pan Sesemann sięgnął po rewolwer.
— Wszakże się nie boisz! — rzekł doktór, wstając.
— Lepiej być ostrożnym! — szepnął w odpowiedzi, ujął lewą ręką kandelabr, prawą rewolwer i ruszył za doktorem, który kroczył pierwszy, mając także broń i światło. Wyszli na kurytarz.
Brama była naściężaj otwarta. Blask księżyca padał do sieni jasną smugą, a w świetle tem ujrzeli białą, nieruchomą postać na progu stojącą.
— Kto tam? — krzyknął doktór, aż zahuczało w kurytarzu, i obaj podeszli ze światłem i bronią do białej postaci. Obróciła się i wydała okrzyk. Była to Heidi, bosa w koszuli tylko. Stała zmieszana widokiem światła i broni, drżąc całem ciałem, jak listek w wietrze. Panowie spojrzeli po sobie, zdumieni wielce.

— Zdaje mi się, doprawdy, że to jest dziewczynka, która mnie napoiła! — rzekł doktór.
Blask księżyca padał do sieni jasną smugą, a w świetle tem ujrzeli białą, nieruchomą postać stojącą na progu. (Str. 112).
— Dziecko! Cóż to znaczy? — spytał pan Sesemann. — Co chciałaś zrobić? Poco zeszłaś na dół?

Śmiertelnie blada Heidi szepnęła niedosłyszalnie niemal:
— Nie wiem.
— To wkracza w mój zakres! — oświadczył doktór. — Zamknij bramę, przyjacielu, i wracaj narazie do swego fotelu, ja tymczasem umieszczę to dziecko tam, gdzie być powinno.
Położył rewolwer na ziemi, wziął drżącą Heidi za rękę i prowadził po schodach, mówiąc łagodnie:
— Nie bój się, moja mała. Przyjdź do siebie. Trzeba być spokojną. W tem niema nic złego. No, no...
Dotarłszy do pokoju Heidi, postawił światło na stole, wziął ją w ramiona, położył do łóżka i okrył starannie kołdrą. Potem usiadł obok, czekając, aż się uspokoi i drżeć przestanie.
— Tak, już wszystko w porządku! — rzekł po chwili. — Powiedzże mi teraz, gdzie chciałaś iść?
— Nigdzie iść nie chciałam! — zapewniła. — Nie zeszłam nawet sama, tylko nagle znalazłam się w bramie i ujrzałam obu panów.
— Tak, tak! A czyś miała w nocy sen jakiś, taki wyraźny, jasny sen?
— Każdej nocy śni mi się to samo. Jestem w domu u dziadka, słyszę szum jodeł, myślę sobie, że gwiazdy błyszczą, wybiegam z chaty, a wokoło jest tak pięknie! Ale gdy się zbudzę, znajduję się znowu we Frankfurcie.
Heidi zaczęła walczyć z łkaniem, które nią wstrząsało raz po raz.
— Hm! A nie boli cię gdzieś? W głowie, albo w plecach?
— Nie! Tylko tutaj cięży niby wielki kamień!
— Hm! Masz takie uczucie, jakbyś chciała zrzucić jedzenie?
— Nie! Mam uczucie, że radabym bardzo płakać.
— I płaczesz pewnie dowoli?
— O nie! Panna Rottenmeier zabroniła mi płakać.
— Połykasz tedy dalej łzy, nieprawdaż? A czy chętnie przebywasz we Frankfurcie?
— O, tak! — powiedziała zcicha tonem, który przeczył wprost tym słowom.
— Hm! Dotąd żyłaś w domu dziadka?
— Tak, na hali, od dzieciństwa.
— Nie jest to chyba bardzo wesołe, ale raczej nudne życie.
— O nie! Tam tak pięknie!
To wspomnienie wyczerpało opór dziecka, łzy pociekły obficie, a gwałtowne łkanie zaczęło wstrząsać jej ciałem.
Doktór wstał, położył dłoń na głowie Heidi i rzekł:
— Wypłacz się, dziecko, potem śpij spokojnie. Jutro wszystko będzie dobrze.
To powiedziawszy, wyszedł.
Wrócił do wartowni, gdzie pan Sesemann czekał z zaciekawieniem wyjaśnienia.
— Słuchaj! — powiedział przyjacielowi. — Twoja wychowanka jest lunatyczką i całkiem nieświadomie grała rolę ducha, strasząc wszystkich domowników. Powtóre źre ją tęsknota za domem, tak że wyschła niemal na szkielet. Tu trzeba doraźnej rady. Wielkie podniecenie nerwowe pogarsza wysoce pierwszą sprawę, a samo w sobie jest drugą poważną sprawą. Mam na jedno i drugie jedną tylko receptę. Trzeba to dziecko odesłać do domu, na rzeźwe, górskie powietrze.
Pan Sesemann wstał, zaczął biegać po pokoju i powtarzać raz po raz:
— Lunatyczka! Chora! Tęskni za domem! Wychudła u mnie! Czy sądzisz, że odeślę dziadkowi chore i wychudłe dziecko, które przybyło do mnie zdrowe i silne? Nie, nie, tego nie uczynię. Weź się do Heidi, lecz ją, rób co trzeba, potem zaś ją odeślę, gdy ozdrowieje, teraz za nic!
— Przyjacielu! — odparł doktór poważnie. — Zważ, co chcesz uczynić! Dziecko nie zapadło na chorobę, którąby leczyć można proszkami i pigułkami. Jest odporna. Jeśli ją wyślesz zaraz na świeże, górskie powietrze przyjdzie do zdrowia, jeśli tego nie uczynisz, wróci do dziadka chyba nieuleczalnie chora, lub nie wróci wcale.
Pan Sesemann przystanął, przerażony wielce, potem rzekł:
— Ha, wobec tej diagnozy należy działać niezwłocznie.
Wzięli się pod ręce i chodząc po pokoju, omawiali szczegóły. Potem doktór poszedł. Minęło już sporo czasu i brzask świtu oświetlił sień, gdy sam pan domu otwarł bramę przyjacielowi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Johanna Spyri.