Gobseck

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoriusz Balzac
Tytuł Gobseck
Data wydania 1880
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Waleria Marrené
Tytuł orygin. Gobseck
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



Gobseck.





W zimie z roku 1829 na 1830, o pierwszéj po północy znajdowały się jeszcze w salonie wicehrabiny de Grandlieu dwie osoby nie należące do rodziny. Gdy zegar wygłosił godzinę, młody i piękny człowiek wyszedł z salonu. Skoro turkot unoszącego go powozu dał się słyszéć, wicehrabina widząc, że pozostał jedynie brat jéj i dawny przyjaciel rodziny, kończący z nim partyą pikiety, zbliżyła się do córki. Ta stojąc przed kominkiem zdawała się przyglądać przezroczystemu ekranowi i słuchała oddalającego się turkotu w sposób potwierdzający niepokój macierzyński.
— Kamillo — wyrzekła ta ostatnia — jeśli będziesz daléj postępować tak, jak dziś wieczór z młodym hrabią de Restaud, będę zmuszona nie przyjmować go więcéj. Posłuchaj mnie, moje dziecię, jeśli ufasz mojéj miłości, pozwól mi kierować sobą. W lat siedmnaście nie można jeszcze sądzić ani o przyszłości ani o przeszłości ani o rozmaitych okolicznościach. Powiem ci tylko rzecz jednę. Pan de Restaud ma matkę, która strwoniłaby miliony, jest-to kobieta źle urodzona, jakaś panna Goriot, mówiono o niéj bardzo wiele w swoim czasie. Postępowała tak źle względem własnego ojca, iż z pewnością nie zasługuje na to, by miéć tak dobrego syna. Młody hrabia ją uwielbia i ma dla niéj cześć synowską, godną największych pochwał; dba także niezmiernie o brata i siostrę. Ale jakkolwiek postępowanie to jest wzorowe — dodała przebiegle wicehrabina — dopóki matka żyje, wątpić należy, by jakabądź rodzina powierzyła temu małemu Restaud majątek i przyszłość młodéj dziewczyny.
— Dosłyszałem słów parę i mam ochotę wmieszać się pomiędzy panią a pannę de Grandlieu — zawołał przyjaciel domu. — Wygrałem, panie hrabio — dodał, zwracając się do swego przeciwnika — i porzucam cię, aby biedz na ratunek twojéj siostrzenicy.
— Oto, co się nazywa miéć uszy adwokackie — zawołała wicehrabina. — Kochany Dervillu, jakże mogłeś usłyszéć to, co mówiłam Kamilli?
— Zrozumiałem spojrzenia pani — odparł Derville, siadając w berżerce przy kominku.
Wuj usiadł przy siostrzenicy, a pani de Grandlieu zajęła miejsce pomiędzy Dervillem a córką.
— Czas nadszedł, pani wicehrabino, ażebym ci opowiedział pewną historyą, która, zdaje mi się, zmieni nieco twoje zdanie o majątku Ernesta de Restaud.
— Historya! — zawołała Kamilla — zaczynaj-że pan prędko.
Derville spojrzał na panią de Grandlieu a ona zrozumiała, że historya ta miała być dla niéj zajmującą. Wicehrabina przez swój majątek i starożytność swego nazwiska była jedną z najznakomitszych osobistości przedmieścia Saint-Germain; a jakkolwiek może się dziwném zdawać, że adwokat mógł z nią być na tak poufałéj stopie i odzywać się do niéj w ten sposób, można przecież łatwo tę szczególność wytłómaczyć. Gdy pani de Grandlieu powróciła z emigracyi do Paryża wraz z rodziną królewską, z razu żyła jedynie z pensyi, jaką Ludwik XVIII wyznaczył jéj ze swojéj listy cywilnéj. Było-to położenie nieznośne. Adwokat miał sposobność odkryć uchybienie formy prawnéj w sprzedaży pałacu de Grandlieu, który niegdyś skonfiskowała i sprzedała Rzeczpospolita i zaczął dowodzić, iż pałac ten powinien być wicehrabinie zwrócony. Na zasadzie tego uchybienia wytoczył i wygrał proces. Zachęcony pomyślnym skutkiem swoich zabiegów, w podobny sposób odebrał jakiéjś instytucyi dobroczynnéj las Liceney. Potém wyprocesował jeszcze dla swojéj klientki trochę akcyj kanału orleańskiego i niektóre nieruchomości rozdane nieprawnie przez cesarza. Tym sposobem dzięki zdolności adwokata, fortuna pani de Grandlieu przynosiła około 60000 franków dochodu, zanim prawo o indemnizacyach powróciło jéj dawną świetność. Jako człowiek wielkiéj uczciwości, uczony, skromny i dobrego towarzystwa, adwokat został wówczas przyjacielem całéj rodziny.
Chociaż postępowanie jego z panią de Grandlieu zyskało mu zaufanie i klientelę najznakomitszych domów przedmieścia Saint-Germain, nie korzystał z tego, jakby to uczynił człowiek ambitny. Oparł się naleganiom wicehrabiny, która chciała, żeby porzucił adwokaturę i przez swoje wpływy wyrobiłaby mu znakomitą posadę. Czasami tylko spędzał wieczory w pałacu Grandlieu, zresztą bywał w świecie jedynie dla utrzymania stosunków. Szczęściem dla niego sprawy pani de Grandlieu wykazały jego zdolności, bo inaczéj zapewne nie byłby się dobił fortuny i sławy. Derville nie miał adwokackiéj duszy.
Od czasu, jak hrabia Ernest de Restaud zaczął bywać w domu wicehrabiny, a on spostrzegł sympatye Kamilli dla tego młodego człowieka, stał się równie częstym gościem w jéj salonie, jakby nim mógł być światowiec z Chaussé-d’Antin świeżo przypuszczony do salonów arystokratycznego przedmieścia. Kilka dni temu spotkawszy na balu Kamillę, rzekł do niéj wskazując hrabiego:
— Jaka szkoda, że ten chłopiec nie posiada kilku milionów, nie prawdaż?
— Alboż-to nieszczęście? — odparła — ja sądzę przeciwnie. Pan de Restaud ma wielkie zdolności, jest wykształcony i dobrze bardzo widziany od ministra, przy którym go umieszczono. Nie wątpię, iż wyjdzie na znakomitego człowieka. Ten chłopiec znajdzie fortunę, jakiéj tylko zażąda w dniu, kiedy dojdzie do władzy.
— Tak, ale gdyby już był bogatym.
— Gdyby już był bogatym, wszystkie panny, które są tutaj — odparła Kamilla rumieniąc się i wskazując kontredansowe pary — wyrywałyby go sobie.
— I wówczas — wyrzekł adwokat — nie byłabyś pani tą jedną, na którą zwraca oczy. Oto powód twoich rumieńców. On ci się podoba, wszak tak, pani, nie zapieraj się.
Kamilla powstała gwałtownie.
— Kocha go — pomyślał Derville.
Od tego dnia Kamilla miała nadzwyczajne względy dla adwokata, bo zrozumiała, że on pochwala jéj miłość dla Ernesta de Restaud. Do téj chwili chociaż znała powody wdzięczności swojéj rodziny dla Dervilla, okazywała mu więcéj grzeczności niż przyjaźni, a obejście jéj i sposób mówienia zaznaczyły różnicę położenia społecznego, jaka pomiędzy niemi istniała. Wdzięczność jest-to spuścizna, którą dzieci przyjmują zwykle z dobrodziejstwem inwentarza.
— Ta historya — wyrzekł Derville po chwili przerwy — przypomina mi jedyne romansowe wypadki w mojém życiu. Śmiejecie się państwo, widzę to, słysząc, jak adwokat mówi o romansach! Ale ja także miałem jak każdy inny lat dwadzieścia pięć, a w tym wieku widziałem już wiele dziwnych rzeczy. Na początek będę państwu mówił o osobistości, któréj znać nie możecie. Osobistością tą jest lichwiarz. Wyobraźcie sobie: twarz bladą i i[1] białawą, którą chciałbym za pozwoleniem Akademii nazwać księżycową, mój lichwiarz podobnym był do srebra, z którego spełzło złocenie. Włosy przystawały mu płasko do czaszki, siwe, gładko przyczesane, miały kolor popielaty. Rysy jego nieruchome, jak rysy księcia de Talleyrand, zdawały się ulane z bronzu. Oczy jego żółte, jak oczy kuny były bez rzęsów i lękały się światła, to téż daszek staréj czapki bronił ich zwykle od niego. Nos śpiczasty był tak cienko zakończony i dziobaty, iż można go było przyrównać do świdra. Usta wązkie i blade przypominały alchemików i starców malowanych przez Rembrandta lub Metzu. Człowiek ten mówił cicho, słodkim głosem i nie unosił się nigdy. Wiek jego stanowił istny problemat; nie można było wiedziéć, czy był zestarzałym przed czasem, albo téż, czy zaoszczędził swą młodość, ażeby mu dłużéj trwała. Wszystko w jego pokoju było czyste i wytarte, począwszy od sukna na biurku, skończywszy na dywanie przed łóżkiem, pokój ten przypominał pokój staréj panny, która cały dzień czyści i wyciera swoje meble. W zimie głównie jego ogniska zawsze zakopane w popiele kopciły, ale nigdy nie paliły się płomieniem. Czyny jego od godziny obudzenia się aż do napadów wieczornego kaszlu miały regularność zegara. Rzekłby kto, że to człowiek-maszyna i że sen go nakręca. Kiedy kto dotknie się stonogi w biegu, ta zatrzymuje się i udaje nieżywą; tak samo czynił mój lichwiarz, zatrzymywał się w pół wyrazu, jeśli powóz nadjeżdżał, ażeby nie wysilać głosu. Na wzór Fontenelle’a oszczędzał sił żywotnych i świat cały zamykał w swojém ja. To téż życie jego upływało cicho, jak piasek sypiący się w klepsydrze. Czasem jego ofiary podnosiły krzyk wielki, potém następowała nagła cisza, jak w kuchni, w któréj zarżnięto kaczkę.
Ku wieczorowi człowiek-weksel mienił się w zwyczajnego człowieka. Jeśli był zadowolniony z dnia, zacierał ręce, ze zmarszczek jego twarzy ulatniał się wkoło dym wesołości, bo niepodobna inaczéj wyrazić nieméj gry jego muszkułów. Wreszcie nawet w największych wybuchach radości prowadził zawsze monosylabiczną rozmowę i zachowywał negatywną postawę.
Takim sąsiadem los mnie obdarzył, kiedy mieszkałem przy ulicy des Grès, byłem wówczas tylko drugim dependentem i kończyłem trzeci kurs prawny. Dom zamieszkiwany przez nas nie miał dziedzińca, był wilgotny i ciemny. Okna wszystkie wychodziły na ulicę. Wszystkie pokoje były jednakiéj wielkości i łączyły się korytarzem, co świadczyło, że dom ten był niegdyś klasztorem. Smutny pozór tego domu gasił wesołość młodego światowca, skoro się do niego zbliżał, zanim jeszcze wszedł do mego sąsiada, odpowiadał jego fizyognomii, on i dom jego podobni byli do siebie, rzekłby kto, że to ostryga i skała, do któréj jest przyczepiona.
Jedyną osobą, z jaką lichwiarz miał stosunki towarzyskie, byłem ja. Przychodził do mnie po ogień, po pożyczenie książki, po dziennik, pozwalał mi wieczorem wchodzić do swojéj celi i rozmawialiśmy gdy był w dobrym humorze. Te dowody zaufania były owocem czterech lat sąsiedztwa i mojego prowadzenia się a to z braku pieniędzy było wzorowe. Czy mój sąsiad miał krewnych — przyjaciół? czy był ubogim czy bogatym? — nikt nie mógł odpowiedziéć na podobne pytania. Nigdym u niego nie widział pieniędzy. Majątek jego musiał spoczywać w podziemiach banku. Sam biegał za wypłatami weksli po całym Paryżu chyży jak jeleń. Zresztą był prawdziwym męczennikiem swojéj ostrożności. Dnia jednego przypadkiem niósł złoto, luidor nie wiedziéć jakim sposobem wysunął mu się z kieszeni i upadł na ziemię; ktoś z lokatorów idąc za nim spostrzegł go, podniósł i chciał mu oddać.
— To do mnie nie należy — odparł, udając zdziwienie. — Jabym zgubił sztukę złota, gdybym je posiadał, czyż żyłbym tak, jak żyję?
Rano sam przyrządzał sobie kawę na fajerce w rogu kominka, obiad przynoszono mu z miasta. Stara odźwierna o pewnéj godzinie przychodziła sprzątać u niego. Dziwnym wypadkiem, który Sterne nazwałby przeznaczeniem, ten człowiek nazywał się Gobseck.
Późniéj, kiedy zajmowałem się jego interesami, dowiedziałem się, że miał lat siedmdziesiąt sześć. Urodził się około 1740 roku gdzieś na przedmieściu Amsterdamu, z Żydówki i Holendra. Miał imię Jan Ester van Gobseck. Pamiętacie zapewne, jak cały Paryż zajmował się morderstwem kobiety zwanéj piękną Holenderką. Kiedy wspomniałem o tém Gobseckowi przypadkiem, powiedział mi nie pokazując ani współczucia ani zdziwienia:
— To była moja wnuczka.
Oto całe wrażenie, jakie na nim wywarła śmierć jedynéj krewnéj i spadkobierczyni wnuczki jego rodzonéj siostry. Śledztwo sądowe dowiodło rzeczywiście, iż piękna Holenderka zwała się Sara van Gobseck. Gdy go zapytałem, jakim sposobem wnuczka jego siostry nosiła jedno z nim nazwisko?
— Kobiety nigdy nie szły za mąż w naszym rodzie — odparł z uśmiechem.
Ten szczególny człowiek nigdy nie chciał widziéć żadnéj ze swoich krewnych. Nienawidził swoich spadkobierców i nie mógł pojąć, by jego majątek przeszedł kiedykolwiek w cudze ręce, nawet po jego śmierci. Matka w dziesiątym roku życia wsadziła go na okręt jako chłopca okrętowego i przez lat dwadzieścia zostawał na morzach indyjskich. To téż zmarszczki jego żółtawéj twarzy zdawały się chować tajemnicę strasznych wypadków, nagłych trwóg, niespodzianych hazardów, cudownych zdarzeń i niepojętych radości. Zniesiony głód, zdeptana miłość, majątek zagrożony, stracony i znów odzyskany, niebezpieczeństwa wielokrotne, wybawienie z nich a może i okrucieństwa wytłómaczone położeniem, wszystko to zostawiło na niéj ślady.
Znał niegdyś pana de Lally, admirała Simeuse, pana de Kergarouët, pana d’Estaing, Suffrena, pana de Portenduère, lorda Cornwallis, lorda Hastings, ojca Tippo-Saiba i samego Tippo-Saiba. Ten Sabaudczyk, co służył Madhadżi-Sindyi, królowi Delhi i przyczynił się do założenia potęgi Maratów, robił z nim rozmaite interesa. Miał niegdyś stosunki z Wiktorem Hughes i z kilku sławnemi korsarzami, bo długo bardzo zamieszkiwał wyspę św. Tomasza. Wszystkiego się chwytał, ażeby zdobyć majątek, próbował nawet dobrać się do złota tego sławnego pokolenia dzikich w okolicach Buenos Ayres. Nie były mu obce jakie bądź wypadki tyczące się wojny o niepodległość amerykańską. Ale jeśli mówił kiedykolwiek o Indyi albo Ameryce, co nie zdarzało mu się prawie z nikim nawet ze mną, zdawał się tego żałować, jak gdyby popełniał nieroztropność. Gdyby ludzkość i towarzyskość były religią, on byłby uważanym za ateusza. Jakkolwiek chciałem go badać, muszę przyznać ze wstydem, iż do końca jego serce pozostało dla mnie niepojęte. Zapytywałem nieraz samego siebie, jaką była płeć jego? Jeśli wszyscy lichwiarze są do tego podobni, to sądzę, że należą do rodzaju nijakiego. Czy pozostał wierny religii swojéj matki i uważał chrześcijan jako swoję naturalną zdobycz? lub też czy został katolikiem, mahometaninem, braminem, czy lutrem? — nigdy nic się nie dowiedziałem o jego pojęciach religijnych. Zdawał mi się raczéj obojętnym niż niedowiarkiem.
Jednego wieczoru wszedłem do tego człowieka, co cały zamienił się w złoto, a którego przez żart czy ironią ofiary zwane przez niego klientami darzyły imieniem papy Gobsecka. Znalazłem go siedzącego w fotelu, był nieruchomy jak posąg, z wzrokiem utkwionym na okap komina, jak gdyby tam odczytywał weksle i rachunki. Dymiąca lampka na podstawie niegdyś zielonéj rzucała przyćmione światło i bledszą jeszcze czyniła twarz jego. Spojrzał na mnie w milczeniu i wskazał krzesło, które na mnie czekało.
— O czém ten człowiek myśléć może? — powiedziałem sam do siebie. — Czy wierzy on w Boga? czy wie cośkolwiek o uczuciach? o szczęściu? czy dla niego istnieją kobiety?
Ubolewałem nad nim, jak się ubolewa nad chorym, ale rozumiałem także, że jeśli miał w banku miliony, mógł myślą posiadać tę całą ziemię, którą przebiegł, zgłębił, ocenił i wyzyskiwał.
— Dzień dobry, ojcze Gobseck — wyrzekłem.
Zwrócił się ku mnie i jego grube czarne brwi zbliżyły się lekko. U niego ten lekki ruch odpowiadał najweselszemu uśmiechowi południowca.
— Jesteś pan tak ponury — wyrzekłem — jak w dniu kiedy dowiedziałeś się o bankructwie tego księgarza, którego zręcznością zachwycałeś się choć stałeś się jéj ofiarą.
— Ofiarą? — powtórzył z wyrazem zdziwienia.
— Ażeby otrzymać pańskie przyzwolenie, czyż nie podpisał weksli zbankrutowaną firmą, a kiedy podniósł się znowu, czyż nie opłacił ich wedle normy przyjętéj przy spłacie upadłości?
— Był zręczny — odparł — alem go potém złapał.
— Czy masz pan znowu jakie weksle niewypłacone, zdaje mi się, że to dziś trzydziesty.
Pierwszy raz mówiłem mu o pieniądzach. Podniósł na mnie wzrok z wyrazem szyderstwa, potém swym słodkim głosem podobnym do przedętego fletu, wyrzekł:
— Bawię się.
— Więc pan bawisz się czasami?
— Czyż sądzisz, że ci tylko są poetami, co drukują wiersze? — spytał wzruszając ramionami z pogardliwém spojrzeniem.
— Poezya w téj głowie — pomyślałem, bo wówczas nic jeszcze nie wiedziałem o jego życiu.
— Jakież istnienie mogłoby się równać świetności mojego? — mówił daléj, a wzrok jego się zapalał. — Jesteś młodym, masz myśli krwi młodzieńczéj, ty widzisz kobiece twarze w głowniach komina, a ja widzę w nich tylko węgle. Ty wierzysz wszystkiemu, ja niczemu zgoła. Pozostań przy twoich złudzeniach, jeśli możesz tylko. Zrobię ci obrachunek życia. Czy będziesz podróżował po świecie, czy téż będziesz siedział przy domowém ognisku i przy fartuszku żony, przyjdzie zawsze wiek, w którym życie staje się jedynie przyzwyczajeniem spełnianém w pewném upodobaném kole. A wówczas szczęście zasadza się na użyciu władz naszych, w przystosowaniu ich do rzeczywistości. Oprócz tych dwóch pewników wszystko jest omylne. Zasady moje zmieniały się, jak to zwykle ma miejsce z zasadami ludzkiemi, są one inne po każdą strefą. W Azyi podlega karze to, co wzbudza zachwyt Europy. Co jest wadą w Paryżu, staje się koniecznością po-za Azorami. Niema nic stałego na świecie, są tu tylko konwencyonalne obyczaje, zmieniające się stosownie do klimatu. Dla tych, których konieczność wtłacza we wszystkie formy społeczne, zasady i morolność[2] są-to tylko słowa bez znaczenia. Pozostaje w nas tylko jedyne wrodzone uczucie, jakie nam dała natura: instynkt zachowawczy. W waszych europejskich społeczeństwach, instynkt ten nazywa się interesem osobistym. Gdybyś żył tak długo jak ja, wiedziałbyś, że istnieje tylko jeden materyalny przedmiot wart zabiegów człowieka. A tym przedmiotem jest złoto. Złoto przedstawia wszystkie siły ludzkie. Podróżowałem, widziałem wszędzie góry i doliny, doliny nudzą, góry męczą, miejscowość więc stanowi rzecz obojętną. Co do obyczajów, człowiek jest wszędzie jednaki, wszędzie odbywa się walka pomiędzy ubogim a bogatym, wszędzie walka ta jest nieuniknioną; lepiéj więc jest być wyzyskującym niż wyzyskiwanym; wszędzie istnieją ludzie muszkularni, którzy pracują i ludzie limfatyczni, którzy się dręczą. Wszędzie suma przyjemności jest jednaka, bo zmysły się stępiają i próżność jedynie ich przyzywa. Próżność to zawsze ja. Próżność zaspokaja się tylko mnóztwem złota. Fantazye nasze wymagają czasu, fizycznych sposobów i starań. Złoto zawiera wszystko w zawiązku i daje wszystko w rzeczywistości. Tylko waryaci lub chorzy mogą znajdować przyjemność w przerzucaniu kart co wieczór, ażeby się dowiedziéć, czy parę groszy wygrają. Tylko głupcy mogą czas przepędzać na dochodzeniu, czy pani ta lub owa położyła się na kanapie sama lub w towarzystwie, czy ma więcéj krwi jak limfy, i temperamentu niż cnoty. Tylko wyzyskiwani mogą sądzić się użytecznemi bliźnim i zajmować się kreśleniem zasad politycznych, ażeby kierować wypadkami zawsze nieprzewidzianemi. Tylko dudki mogą lubić patrzéć na aktorów i powtarzać ich wyrazy, i odbywać codzień tylko na większą skalę spacer, jaki odbywa zwierzę w swojéj klatce, mogą ubierać się dla drugich, jeść dla drugich, pysznić się koniem lub powozem, które bliźni może miéć tylko o parę dni późniéj od niego. Czyż nie takiém jest życie waszych Paryżan? Patrzmy na życie więcéj z wysoka niż oni. Szczęście zasadza się na silnych wrażeniach, które niszczą życie lub na regularnych zajęciach, które zamieniają je na coś nakształt angielskiéj machiny o funkcyach zgóry obrachowanych. Ponad temi rodzajami szczęścia istnieje ciekawość, zwana szlachetną, poznania tajemnic natury, albo téż naśladowania jéj działań. W dwóch słowach, jest-to sztuka lub wiedza, namiętność lub spokój. A więc, wszystkie namiętności ludzkie, powiększone grą waszych społecznych interesów, przeciągają przede mną żyjącym w spokoju. Waszę zaś ciekawość naukową stanowiącą walkę, w któréj człowiek zawsze jest zwyciężony, zastępuję zrozumieniem wszystkich sprężyn działających w ludzkości. Jednym wyrazem posiadam świat cały bez trudu, a świat wzajem żadnéj władzy nie posiada nade mną. Posłuchaj mnie tylko, a skoro się dowiesz o wypadkach tego poranku, zrozumiész cały zakres moich przyjemności.
Powstał, zasunął rygiel drzwi, zasłonił je firanką ze staréj materyi i powrócił na swoje miejsce.
— Dziś rano — wyrzekł — miałem tylko dwa płatne weksle, inne bowiem wczoraj dałem swoim klientom w miejsce gotówki. Był-to czysty zysk, bo przy wypłacie odtrącam zawsze czterdzieści susów za urojony kurs fiakra, jaki musiałbym uskutecznić dla odebrania pieniędzy. Byłoby zabawném, żebym przebiegał cały Paryż dla dłużnika, ja, który nie potrzebuję nikogo, który nikogo nie słucham i płacę tylko siedm franków podatku. Pierwszy weksel na tysiąc franków dany mi przez pięknego młodego człowieka o haftowanych kamizelkach, lornetce, angielskich koniach i faetonie, podpisany był przez jednę z najpiękniejszych kobiet w Paryżu, żonę bogatego właściciela, hrabiego. Dlaczego ta hrabina podpisała weksel, wprawdzie zupełnie nie ważny wedle prawa, ale doskonały w rezultacie, bo te biedne kobiety tak się lękają sądowego skandalu, iż oddałyby się same raczéj w zapłacie, niżby miały nie zapłacić. Chciałem poznać istotną tajemniczą wartość tego wekslu, czy go spowodowało głupstwo, nieoględność, miłość czy miłosierdzie? Drugi na równąż summę, podpisany Jenny Malvaut, był mi dany przez handlarza płótna, blizkiego bankructwa. Żadna z osób posiadających kredyt bankowy nie przyjdzie do mnie, a pierwszy krok uczyniony ode drzwi do mego biurka świadczy o rozpaczy, o grożącéj ruinie, a szczególniéj o odmowie pożyczki doznanéj u wszystkich bankierów. To téż ja widuję tylko ludzi podobnych do jelenia gonionego przez całą sforę wierzycieli. Hrabina mieszka przy ulicy Helder a Jenny przy ulicy Montmartre. Wieleż robiłem przypuszczeń idąc tam dziś rano? Jeśli te dwie kobiety nie miały pieniędzy, przyjmą mnie z większém uszanowaniem, niż gdybym był ich własnym ojcem. Wieleż małpiarstw odegra przede mną hrabina za te tysiąc franków! Zapewne przybierze wyraz pieszczotliwy i będzie mówić do mnie tak słodkim głosem, jak gdybym był tym młodzieńcem, co zeskontował jéj weksel, będzie się do mnie przymilać, błagać może, a ja...
Tutaj starzec rzucił na mnie jasne spojrzenie bez blasku.
— A ja jestem nieubłagany — ciągnął daléj — stoję przed nią jak mściciel, jak wyrzut sumienia. Ale porzućmy hipotezy. Przybywam.
— Pani hrabina śpi jeszcze — mówi mi panna służąca.
— Kiedy widzieć ją można?
— W południe.
— Czyż pani hrabina jest chora?
— Nie, panie, tylko powróciła z balu o trzeciéj.
— Nazywam się Gobseck, proszę powiedziéć jéj moje nazwisko, będę tu w południe.
I odchodzę, znacząc swoje ślady na dywanie zaścielającym wschody. Lubię błocić dywany bogaczów, nie przez nizką zawiść, ale żeby im pokazać pazury konieczności.
Doszedłszy do ulicy Montmartre, do skromnego domu, wchodzę w bramę i spostrzegam jeden z tych ciasnych dziedzińców, gdzie słońce nigdy niema przystępu. Mieszkanie odźwiernego było ciemne, okno zatłuszczone, szare, nieprzezroczyste, podobne było do rękawa znoszonego ubrania.
— Panna Jenny Malvaut? — pytam.
— Wyszła — odpowiedziano mi — ale jeśli pan przychodzisz z wekslem, tu są pieniądze.
— Powrócę — odparłem.
Skoro odźwierny miał pieniądze, chciałem zobaczyć młodą dziewczynę, wyobrażałem sobie, że musi być ładną. Przepędziłem ranek na oglądaniu rycin wystawionych na bulwarach, potém o saméj dwunastéj byłem w salonie poprzedzającym sypialny pokój hrabiny.
— Pani zadzwoniła w téj chwili — rzekła do mnie panna służąca — wątpię, by można było ją widziéć.
— Będę czekał — odparłem, siadając na fotelu.
W téj chwili otwierają się żaluzye, a panna służąca przybiega i mówi:
— Wejdź pan.
Po słodyczy jéj głosu, domyśliłem się zaraz, że jéj pani nie mogła zapłacić. Jakżeż piękną była kobieta, którą wówczas zobaczyłem. Zarzuciła szal kaszmirowy na nagie ramiona i tak się nim szczelnie obwinęła, że można było dostrzedz kształty jéj ciała. Miała na sobie penioar obszyty rurkowanemi falbankami jak śnieg biały, co świadczyło, że musiała na samę praczkę wydawać około dwóch tysięcy franków. Jéj czarne włosy w grubych puklach wymykały się z pod chustki związanéj niedbale na głowie sposobem kreolek. Łóżko rozrzucone świadczyło o śnie niespokojnym. Malarz byłby grubo zapłacił, byle mu wolno było parę chwil spędzić wśród tego pokoju. Pod rozkosznemi draperyami, pod błękitną edredonową kołdrą poduszka, któréj koronki rysowały się wyraźnie na tém tle, zachowała jeszcze wyciśnięte a niepewne kształty, pobudzające wyobraźnię. Na szeroko rozesłanéj skórze niedźwiedziéj pod nogami mahoniowego łóżka, rzeźbionego w lwie głowy, jaśniały białe atłasowe trzewiki porzucone z niedbałością balowego zmęczenia. Na krześle suknia pognieciona rękawami dotykała ziemi. Pończochy, któreby lada wietrzyk zdmuchnął, leżały zwinięte przy nogach fotelu. Białe podwiązki spływały z kanapki. Bogaty wachlarz na wpół rozłożony błyszczał na kominku. Szuflady komody były na wpół otwarte. Kwiaty, brylanty, rękawiczki, bukiet, pasek, porozrzucane walały się tu i owdzie. Czułem niepewne wonie rozlane w powietrzu. Wszystko tutaj było zbytkiem i nieładem, pięknością bez harmonii. Ale już wpośród tego otoczenia nędza ukryta podnosiła głowę i groziła ostrym zębem téj kobiecie czy jéj kochankowi. Zmęczona twarz hrabiny podobną była do tego pokoju pełnego wspomnień zabawy. Owe rozrzucone drobiazgi stroju budziły moję litość, a wszystkie razem w wigilią dnia tego może przywodziły do szaleństwa. Te ślady miłości spiorunowanéj wyrzutem, ten obraz życia zabaw, zbytku i hałasu, świadczył o Tantalowych wysileniach dla utrzymania uciekających uciech. Lekkie czerwoności na twarzy młodéj kobiety mąciły delikatność cery, rysy były jakby pogrubione i ciemna obwódka oczów odznaczała się więcéj niż zwykle. Ale natura jéj była tak żywotna, że te ślady znużenia i szaleństwa nie zmniejszały jéj piękności. Oczy miała połyskujące. Nakształt tych Herodyad wyszłych z pod pędzla Leonarda da Vinci (handlowałem niegdyś obrazami) tryskała życiem i siłą. Budziła miłość i zdawała się być silniejszą od miłości. Podobała mi się. Już dawno, jak serce moje nie uderzyło. Byłem więc zapłacony. Dałbym tysiąc franków za wrażenie, które przypomniałoby mi młodość.
— Panie — wyrzekła, podając mi krzesło — czy nie będziesz łaskaw zaczekać.
— Do jutra do południa — odparłem, składając weksel — gdyż dopiéro o téj godzinie mam prawo zaprotestować.
I mówiłem sam do siebie.
— Opłać twój zbytek, opłać twoje nazwisko, opłać twoje szczęście, opłać monopol, którego używasz. Ażeby zabezpieczyć swoje dostatki, bogaci wymyślili trybunały, sędziów, gilotynę, niby świece, około których osmalają sobie skrzydła nieoględni. Ale dla was, co sypiacie na jedwabiu i pod jedwabiem, istnieją wyrzuty, istnieją zgrzyty zębów ukryte pod uśmiechem i paszcze lwów tajemniczych, które gryzą was w samo serce.
— Protest — zawołała, spoglądając na mnie — to być nie może, czyż nie będziesz pan miał żadnego względu?
— Gdyby król był mi winien, pani, i gdyby mi nie zapłacił, pozwałbym go jeszcze prędzéj, niż każdego innego.
W téj chwili usłyszeliśmy lekkie stukanie do drzwi pokoju.
— Nie ma mnie — zawołała gwałtownie młoda kobieta.
— Anastazyo, chciałbym cię jednak zobaczyć.
— Nie w téj chwili, mój drogi, — odparła głosem mniéj ostrym, jednakże pozbawionym słodkich dźwięków.
— Żartujesz, rozmawiasz z kimściś — odparł, wchodząc, jakiś mężczyzna, który mógł tylko być hrabią.
Hrabina spojrzała na mnie, zrozumiałem, stała się moją niewolnicą. Był czas, młody człowieku, kiedy byłbym może dość głupi, by nie protestować. W roku 1763, w Pondiszéry, zmiękłem wobec kobiety, która ze mnie ładnie zadrwiła. Zasłużyłem na to, czemużem jéj wierzył?
— Czego żąda ten pan? — zapytał hrabia.
Widziałem, jak kobieta zadrżała od stóp do głowy, biała, gładka jak atłas skóra jéj szyi, stała się nagle szorstką; dostała, jak pospolicie mówią, gęsiej skórki. Ja śmiałem się, chociaż żaden muszkuł nie drgnął mi na twarzy.
— Pan jest jednym z moich dostawców.
Hrabia odwrócił się plecami, a ja wyciągnąłem nawpół weksel z kieszeni. Na ten groźny ruch, młoda kobieta podeszła do mnie i dała mi brylant.
— Bierz pan i idź ztąd — wyrzekła.
Zamieniliśmy dwie wartości, i wyszedłem kłaniając jéj się. Brylant wart był dla mnie z tysiąc dwieście franków. Na dziedzińcu spotkałem chmarę służących, którzy czyścili sobie liberyą, buty i myli świetne powozy.
— Otóż to, pomyślałem, co sprowadza do nas tych ludzi, co ich popycha do upozorowanéj kradzieży milionów, do zdrady kraju. Ażeby nie zabłocić się, chodząc piechotą, wielki pan raz porządnie wykąpie się w błocie.
W téj chwili otwierano bramę wjazdową; kabryoletem wjechał na dziedziniec młody człowiek, który mi przywiózł weksel hrabiny.
— Panie — rzekłem do niego, skoro wysiadł — oto dwieście franków, proszę oddać je ode mnie pani hrabinie i powiedziéć jéj, że zachowam na jéj rozkazy fant, jaki mi dała dziś rano.
Wziął dwieście franków i uśmiechnął się szyderczo, jakby mówił: — „Ach! zapłaciła, tém lepiéj“.
Wyczytałem na jego twarzy przyszłość hrabiny. Ten ładny, jasnowłosy panicz, zimny szuler bez serca, zrujnuje się, zrujnuje ją, zrujnuje jéj męża, zrujnuje jéj dzieci, pochłonie ich posag i sprawi więcéj nieszczęść w salonach, niż baterya moździerzy w szeregach pułku.
Poszedłem na ulicę Montmartre, do panny Jenny, aż na piąte piętro, po bardzo stromych wschodach, do apartamentu złożonego z dwóch pokojów, gdzie wszystko było tak czyste, jak nowy dukat. Nie spostrzegłem najmniejszego śladu kurzu na meblach pierwszego pokoju, gdzie mnie przyjęła panna Jenny, istna Paryżanka; była skromnie ubrana, ale głowa jéj pełna była elegancyi i wdzięku, ciemne kasztanowate włosy, gładko zaczesane, odwrócone na skroniach dodawały uroku i filuternego wyrazu dwom błękitnym źrenicom, przejrzystym jak kryształ. Światło lekko przyćmione muślinowemi firankami rozwieszonemi w oknach, padało na jéj skromną i łagodną twarz. Wkoło niéj leżało pełno kawałków płótna i ztąd poznałem jéj zajęcie, krajała bieliznę. Zdawała mi się podobną do ducha samotności. Pokazałem jéj weksel i powiedziałem, że rano nie zastałem jéj w domu.
— Ależ — zawołała — pieniądze były u odźwiernego.
Udałem, że nie słyszę.
— Panienka, jak widzę, rano wychodzi?
— Wychodzę rzadko — odparła — przecież, kiedy się pracuje w nocy, trzeba się czasem wykąpać.
Spojrzałem na nią i odrazu odgadłem wszystko. Była-to dziewczyna skazana na pracę, a która należała zapewne do jakiéj zacnéj rodziny dzierżawców, bo dostrzegłem na jéj twarzy kilka piegów, właściwych osobom zrodzonym i wychowanym na wsi. Na tych rysach znać było cnotę, zdawało mi się że koło niéj oddycham jakąś atmosferą prawdy i uczciwości, która rozszerzała mi piersi. Biedne niewiniątko, ona jeszcze zachowała wiarę, nad jéj skromném wązkiém łóżeczkiem wisiał krucyfiks ozdobny gałązkami bukszpanu. Czułem się prawie wzruszony. Byłem skłonny ofiarować jéj pieniądze na dwanaście procent, aby zakupiła jaki korzystny zakład. Ale potém pomyślałem, że ma może jakiego kuzynka, coby korzystał z jéj podpisu i wyzyskiwał biedną dziewczynę. Poszedłem więc, broniąc się przeciw szlachetnym popędom, bo uważałem często, że kiedy dobrodziejstwo nie przynosi szkody dobroczyńcy, zawsze prawie zabija obdarowanego. Kiedym wszedł, myślałem właśnie, że Jenny Malvaut byłaby bardzo dobrą żoną, porównywałem jéj skromne czyste życie z życiem téj hrabiny, co już raz podpisawszy weksel i wpadłszy w podobne interesa stoczy się powoli aż do przepaści występku.
— I cóż — dodał po chwili milczenia — czy sądzisz, że to nic nie znaczy wnikać w ten sposób w najtajniejsze zakąty ludzkiego serca, poznawać cudze życie i widziéć je w całéj nagości? Są-to wiecznie zmienne obrazy, ohydne rany, śmiertelne smutki, sceny miłosne, nędze prowadzące wgłąb’ nurtów Sekwany, uciechy młodzieńcze, które wiodą na rusztowanie, śmiechy rozpaczy i świetne uczty. Wczoraj, tragedya, jakiś poczciwy ojciec rodziny zaczadza się na śmierć, bo nie jest w stanie wyżywić swoich dzieci. Jutro, komedya, młody człowiek próbuje odgrywać ze mną scenę pana Dimanche wedle waryantów naszego czasu. Słyszałeś, jak wychwalają wymowę dzisiejszych kaznodziejów, traciłem niekiedy czas na ich słuchanie, może zmienili oni moje przekonania, ale postępowania — nigdy. Otóż ci znakomici kaznodzieje, wasi wielcy mówcy Mirabeau Vergniaud, wszystko to furda obok wymowy, jaką ja spotykam. Często młoda zakochana dziewczyna, stary kupiec w wigilią bankructwa, matka chcąca ukryć winę syna, artysta bez chleba, wielki pan na schyłku, który z braku pieniędzy ma utracić owoc swoich usiłowań, wzbudzili we mnie dreszcze potęgą swego słowa. Ci najwyżsi aktorzy grali dla mnie jednego i nie zdołali mnie oszukać. Moje spojrzenie jak spojrzenie Boga czyta w sercach. Nie ma dla niego nic skrytego. Niczego się nie odmawia temu, co otwiera i zamyka worek. Jestem dość bogaty, aby zakupić sumienia tych, co rządzą ministrami, począwszy od posługaczy biurowych, a kończąc na kochankach. Czyż to nie jest władza? Władza i rozkosz, czyż nie są kluczem waszego społecznego ustroju? Jest nas takich z dziesięciu w Paryżu, co jak królowie milczący i nieznani rządzimy ogromną mnogością istnień. Czyż życie nie jest machiną, któréj motorem jest pieniądz? Wiedzcie jednak, że przyczyna miesza się ze skutkami, nie potraficie nigdy oddzielić duszy od zmysłów i ducha od materyi. Złoto jest duchem waszych społeczeństw. Związani jednemi interesami spotykamy się w pewne dni w kawiarni Themis, blizko Nowego mostu. Tam przeglądamy tajemnice finansowe. Żadna fortuna nie może nam skłamać, znamy sekreta każdéj rodziny, posiadamy i my naszę czarną księgę, gdzie zapisujemy najważniejsze spostrzeżenia nad publicznym kredytem, bankiem i handlem. Tworzymy rodzaj trybunału tajemnego, rozbieramy i sądzimy najobojętniejsze z pozoru czyny wszystkich ludzi posiadających majątek i zawsze sądzimy sprawiedliwie. Jeden z nas pilnuje ciała prawniczego, inny finansowego, inny ciała administracyjnego, inny handlu. Ja mam oko na bogatą młodzież, na artystów, ludzi światowych i szulerów; jest to dział najbardziéj zajmujący w Paryżu. Każdy z nich opowiada chętnie tajemnice bliźniego. Omylone namiętności i podraźnione próżności są gadatliwe. Wady, zawody, zemsty są najlepszemi ajentami policyi. Tak samo jak ja, wszyscy moi koledzy używali wszystkiego, nasycili się wszystkiém i doszli do tego, że kochają jedynie pieniądz i potęgę dla samego pieniądza i potęgi. Tutaj — wyrzekł, pokazując nagie ściany pokoju — najgwałtowniejszy kochanek, który gdzieindziéj gniewa się o lada słowo i gotów jest za nic dobyć szpady, prosi i błaga ze złożonemi rękami. Tutaj najdumniejszy kupiec, kobieta najpróżniejsza ze swojéj piękności, tutaj najzawołańszy wojak ze łzą wściekłości, czy bolu w oczach zniżają się wszyscy do prośby. Tutaj prosi najsławniejszy artysta i pisarz, którego imię przejdzie do potomności. Tutaj wreszcie — dodał, podnosząc rękę do czoła — znajduje się szala, na któréj ważą się sukcessye i interesa całego Paryża. Czy sądzisz teraz, że ta biała maska, któréj nieruchomość dziwiła cię tyle razy, nie zdolna jest już niczego używać?
I mówiąc to zbliżał do mnie bezkolorową twarz przesiąkłą pieniędzmi.
Powróciłem do siebie zdumiony. Ten mały suchy starzec urosł w moich oczach. Zmienił się w jakąś fantastyczną postać, w którą wcieliła się potęga złota. Życie i ludzie przejmowali mnie dreszczem przerażenia. Więc wszystko ma się zamykać w pieniądzu? pytałem sam siebie. Zasnąłem bardzo późno. Widziałem wkoło siebie stosy złota. Zajmowała mnie także piękna hrabina. Przyznaję nawet ze wstydem, że ćmiła zupełnie skromną i czystą istotę skazaną na pracę. Ale nazajutrz rano, w mgistéj chwili przebudzenia ukazała mi się łagodna postać Jenny i odtąd już myślałem o niéj jednéj.
— Czy chcesz pan wody z cukrem? — zapytała wicehrabina, przerywając opowiadanie Dervilla.
— Chętnie — odparł.
— Nie widzę jednak w tém wszystkiém nic, coby się nas tyczyło — rzekła, dzwoniąc pani de Grandlieu.
— Sardanapal! — zawołał Derville, któremu w téj chwili wymknęła się jego zwykła klątwa — dopieroż-to obudzę pannę Kamillę, gdy powiem, że szczęście jéj zależało niegdyś od ojca Gobsecka; ale ponieważ biedak umarł, mając lat osiemdziesiąt dziewięć, pan de Restaud obejmie wkrótce piękną fortunę. Zaraz wytłómaczę, jakim sposobem. Co zaś do Jenny Malvaut, znacie ją państwo, to moja żona.
— Biedny człowiek — odparła wicehrabina — on-by to powiedział wobec dwudziestu osób ze swoją zwykłą szczerością.
— Powiedziałbym to przed całym światem — wyrzekł adwokat.
— Pij wodę z cukrem, pij, mój biedny Dervillu, widzę, że nie będziesz nigdy niczém więcéj, jak najszczęśliwszym i najlepszym z ludzi.
— Zostawiłeś nas przy ulicy Helder u jakiéjś hrabiny — wyrzekł wuj, podnosząc głowę po lekkiéj drzemce — cóż-eś z nią zrobił?
— W kilka dni po wieczornéj rozmowie, jaką miałem ze starym Holendrem, obroniłem swoję rozprawę — mówił daléj Derville — i zostałem adwokatem. Zaufanie, jakie stary sknera miał we mnie, wzmogło się bardzo. Radził mię się bezpłatnie we wszystkich interesach, w które wchodził na pewnych podstawach a które zdawały się drażliwe wielu prawnikom. I ten człowiek, na którego nikt nie miał żadnego wpływu, słuchał rad moich z rodzajem poszanowania. Prawda, że zawsze wychodziły mu na dobre. Wreszcie, gdy zostałem najstarszym dependentem u adwokata, u którego pracowałem od lat trzech, wyniosłem się z ulicy des Grès, ażeby zamieszkać u mego pryncypała, bo ten dawał mi mieszkanie, stół i sto pięćdziesiąt franków na miesiąc. Był-to piękny dzień dla mnie. Gdy żegnałem się z lichwiarzem, ten nie pokazał mi ani przyjaźni ani żalu, nie zapraszał mnie do siebie, tylko rzucił na mnie spojrzenie, które zdradzało w nim niejaki dar jasnowidzenia. Po tygodniu miałem u siebie wizytę dawnego sąsiada, przychodził z dość trudnym interesem: szło o wywłaszczenie i odtąd radził mnie się zawsze bezpłatnie równie śmiało, jak gdyby to czynił za swoje pieniądze. Przy końcu drugiego roku w 1818 mój pryncypał, hulaka i utracyusz znalazł się w bardzo przykrém położeniu i musiał sprzedać swoję kancelaryą. A ponieważ w owym czasie kancelarye nie doszły do ogromnych cen dzisiejszych, mój pryncypał żądał za swoję tylko sto pięćdziesiąt tysięcy franków. Człowiek czynny, naukowy, inteligentny mógł żyć z niéj przyzwoicie i w ciągu lat dziesięciu spłacić kapitał z procentami, byle potrafił wzbudzić zaufanie. Ja, siódme dziecko mieszczanina z Noyon, nie posiadałem ani szeląga i znałem jednego tylko kapitalistę, papę Gobsecka. Jakaś ambicya i słaby odbłysk nadziei podały mi myśl udania się do niego. Poszedłem więc zwolna pewnego wieczora na ulicę des Grès. Serce biło mi gwałtownie, kiedy stukałem do bramy ciemnego domu. Przypominałem sobie to wszystko, co kiedykolwiek powiedział mi stary skąpiec w czasie, w którym z pewnością nie rozumiałem, jak głębokie były niepokoje czekające ludzi w téj bramie. Więc ja miałem go prosić, jak tylu innych. Nie — rzekłem sam do siebie — uczciwy człowiek powinien wszędzie zachować swoję godność, majątek nie jest wart podłości, bądźmy pozytywni tak samo jak i on.
Od czasu, jakem się wyprowadził, papa Gobseck najął mój pokój, ażeby uniknąć zbyt blizkiego sąsiedztwa, kazał także urządzić we drzwiach otwór zakratowany i otworzył dopiéro rozpoznawszy moję twarz.
— I cóż — wyrzekł swoim cienkim głosem — twój pryncypał sprzedaje kancelaryą?
— Jakże pan o tém wiész? — zapytałem — on dopiéro mnie jednemu o tém powiedział.
Wargi starca ściągnęły się ku końcom ust nakształt firanki a temu niememu uśmiechowi towarzyszyło zimne spojrzenie.
— Trzeba było aż podobnego wypadku, ażebym ujrzał cię u siebie — dodał sucho.
Byłem zdumiony.
— Słuchaj mnie, panie Gobseck — wyrzekłem ze spokojem, na jaki tylko zdobyć się mogłem wobec starca wlepiającego we mnie oczy pełne jasnego blasku, które mnie mieszały.
Zrobił ruch, jakby chciał powiedziéć: mów.
— Wiem, że trudno jest pana wzruszyć, to téż nie będę darmo tracił wymowy, ażeby odmalować położenie dependenta bez grosza, który w tobie ma jedyną nadzieję i nie zna innego serca, któremuby mógł przedstawić swoję przyszłość. Zostawmy jednak serce na boku, interesa robią się jak interesa, a nie za pomocą romansów i roztkliwień. Rzecz jest taka. Kancelarya mego pryncypała przynosi rocznie około dwudziestu tysięcy franków, ale zdaje mi się, że w moich rękach przyniesie czterdzieści. On chce ją sprzedać za sto pięćdziesiąt tysięcy franków. — A ja wiem — dodałem, uderzając się w czoło, że gdybyś pan mógł pożyczyć mi tę summę, wypłaciłbym się za lat dziesięć.
— Oto się nazywa mówić — zawołał papa Gobseck, podając mi rękę i ściskając ją w swojéj. — Nigdy — dodał — od czasu jak prowadzę interesa nikt nie wypowiedział mi tak jasno powodów swojéj wizyty. — Gwarancye — wyrzekł jeszcze, przyglądając mi się od stóp do głowy. — Głupstwo — dodał znowu po chwili. — Wiele masz lat?
— Skończę za dziesięć dni lat dwadzieścia pięć, inaczéj niemógłbym wchodzić w interes.
— Słusznie.
— Więc cóż?
— Kto wie!
— Bo trzebaby działać prędko, inaczéj mogą podbić ceny.
— Przynieś mi jutro rano swoję metrykę, a pogadamy o twoich interesach, pomyślę o nich.
Nazajutrz o ósméj rano byłem u starca. Wziął urzędowy papier, włożył okulary, zakaszlał, splunął, obwinął się szczelniéj czarnym szlafrokiem i przeczytał akt od deski do deski. Potém złożył go, rozłożył znowu, spojrzał na mnie, kaszlnął jeszcze, poruszył się na krześle i rzekł:
— Będziemy się starali zrobić ten interes.
Zadrżałem.
— Kapitały przynoszą mi pięćdziesiąt, czasem sto dwieście, pięćset od sta.
Słysząc to pobladłem.
— Ale z powodu naszéj znajomości zadowolnię się dwunastu i pół procentami za czas...
Zawahał się.
— A więc tak, zadowolnię się trzynastu procentami rocznie, czy dobrze?
— Dobrze — odparłem.
— Ale jeśli to za wiele, broń-że się Grotiusie.
Nazywał mnie żartami Grotiusem.
— Żądając od ciebie trzynaście od sta, robię co do mnie należy, ty namyśl się, czy je możesz zapłacić; nie lubię ludzi, którzy się na wszystko zgadzają. No czy to za wiele?
— Nie — odparłem — będę musiał trochę więcej pracować.
— Co ci to szkodzi? — wyrzekł, rzucając mi przebiegłe spojrzenie — klienci zapłacą.
— Nie, na wszystkich dyabłów — zawołałem — to ja zapłacę, wolałbym sobie rękę uciąć, niż ludzi obdzierać.
— A więc dobranoc — odparł papa Gobseck — nic z interesu.
— Cóż to panu szkodzi, kiedy jest taksa na honorarya?
— Nie ma jéj na rozmaite tranzakcye, za odwleczenie terminów, za pogodzenie stron. Można wówczas rachować tysiąc franków a nawet sześć tysięcy franków, stosownie do ważności spraw, za konferencye, wizyty, projekta aktów, rachunki i gadaniny. Trzeba umiéć poszukiwać podobnych interesów. Zarekomenduję cię jako najuczeńszego i najzdatniejszego z adwokatów, będę ci przysyłał tyle procesów tego rodzaju, że twoi koledzy pozdychają z zazdrości. Werbrust, Palma, Gigonnet, moi koledzy, powierzą ci swoje sprawy, szczególniéj wywłaszczanie, a Bóg wie ile mają podobnych. Będziesz miał tym sposobem dwie klientelle, tę, którą nabywasz i tę, którą ja ci zrobię. Prawdziwie, powinienbyś mi dać piętnaście procent od moich stu pięćdziesięciu tysięcy.
— Niech i tak będzie, ale ani grosza więcéj — rzekłem z postanowieniem człowieka, który już daléj postąpić nie myślał.
Papa Gobseck zmiękł i zdawał się bardzo ze mnie zadowolniony.
— Zapłacę sam — wyrzekł — twego pryncypała, ażeby dobrze zabezpieczyć swój przywiléj na wartości kancelaryi.
— O, pod względem bezpieczeństwa, co tylko pan żądasz.
— Potém napiszesz piętnaście weksli, każden po dziesięć tysięcy franków.
— Dobrze, byle ta podwójna wartość była jawnie przyznaną.
— Nie — zawołał, przerywając mi Gobseck. — Dlaczegóż chcesz, bym miał więcéj zaufania w tobie, niż ty we mnie?
Zamilkłem.
— Przytém — dodał dobrodusznym tonem — będziesz zajmował się memi interesami bezpłatnie, dopóki będę żył, nieprawdaż?
— Dobrze, z warunkiem bym nie musiał wykładać na żadne koszta.
— Słusznie — odparł — ale także — dodał znowu, przybierając z trudnością dobroduszny wyraz — pozwolisz, bym cię odwiedzał.
— Sprawisz mi pan zawsze przyjemność.
— Tak, tylko rano to byłoby trudno. Ty będziesz miał swoje interesa a ja swoje.
— Przychodź pan wieczorem.
— O nie — zawołał z żywością — ty powinieneś bywać w świecie, widziéć swoich klientów. Ja mam także swoich przyjaciół, swoję kawiarnię.
On miał przyjaciół...
— A więc — rzekłem — czemuż nie przyszedłbyś pan na obiad?
— Otóż to — odparł Gobseck — po giełdzie o piątéj, będę przychodził co środa i co sobota. Będziemy rozmawiali o interesach jak para przyjaciół. Ach! ach! ja jestem czasem wesoły. Dasz mi skrzydło kuropatwy i kieliszek szampańskiego wina, będziem rozmawiać. Wiem dużo rzeczy, które dziś już można powiedziéć, a które cię nauczą sądzić ludzi a szczególniéj kobiety.
— Niech będzie kuropatwa i wino szampańskie.
— Tylko nie rób szaleństw, nie urządzaj domu na wielką skalę. Weź starą służącą jednę tylko. Będę do ciebie przychodził, ażeby przekonać się o twojém zdrowiu. Wszak mam kapitał pomieszczony na twojéj głowie, muszę widziéć, jak rzeczy idą u ciebie. No no, przyjdź dziś wieczór z twoim pryncypałem.
— Czy możesz mi pan powiedziéć, jeśli nie jest niedyskrecyą o to zapytać — rzekłem do małego staruszka, kiedyśmy doszli do jego progu — do czego w tém wszystkiém służyła moja metryka?
Jan Esther van Gobseck wzruszył ramionami, uśmiechnął się złośliwie i odparł:
— Jakże młodość jest głupia! dowiedz się, panie adwokacie, a trzeba żebyś to wiedział i sam się nie dał złapać, że przed trzydziestu laty zdolność i uczciwość może jeszcze stanowić niejaką hipotekę. W późniejszym wieku nie można już rachować na człowieka.
I zamknął swoje drzwi.
W trzy miesiące potém byłem właścicielem kancelaryi. Wkrótce miałem szczęście rozpocząć starania o odzyskanie majętności twoich, pani wice-hrabino. Wygrana tego procesu dała mnie poznać. Pomimo ogromnych procentów płaconych Gobseckowi, w niecałe pięć lat spłaciłem go zupełnie. Ożeniłem się z Jenny Malvaut, którą kochałem z całego serca. Jedność naszych położeń i naszéj pracy, zwiększyły siłę naszéj miłości. Jeden z jéj stryjów zbogaciwszy się na dzierżawie, umarł, zostawiając jéj w spadku siedmdziesiąt tysięcy franków, które pomogły mi spłacić Gobsecka. Od tego czasu życie moje było tylko szczęściem i pomyślnością. Nie będę więc mówił o sobie, nie ma nic tak nudnego jak człowiek szczęśliwy. — Powróćmy do osób, które nas zajmowały.
W rok mniéj więcéj po kupnie kancelaryi zaciągnięto mnie, prawie mimo méj woli, na kawalerskie śniadanie. Śniadanie to wydane było przez jednego z moich kolegów w skutek zakładu przegranego do młodego człowieka, wówczas niezmiernie wziętego w eleganckim świecie.
Pan de Trailles, kwiat ówczesnego dandyzmu, miał szalone powodzenie.
— Ależ on ma je dotąd — wtrącił hrabia de Born. — Nikt lepiéj nie jest ubrany, nikt lepiéj nie powozi od niego. Maksym posiada niezrównane talenta, on zgrabniéj gra, je i pije, niż ktokolwiek inny. Zna się na koniach, na kapeluszach, na obrazach. Wszystkie kobiety szaleją za nim. Wydaje zawsze rocznie około stu tysięcy franków, a nikt nie zna żadnéj jego posiadłości, nikt nie widział u niego kuponu renty. Jest-to typ błędnego rycerza naszych salonów, naszych buduarów i bulwarów, rodzaj amfibii, podobny równie do kobiety jak do mężczyzny. Hrabia Maksym de Trailles jest szczególną istotą, zdolny do wszystkiego i do niczego razem, budzi jednocześnie pogardę i trwogę, wie wszystko i jest zupełnie nieświadomy, potrafi spełnić dobry uczynek i zbrodnię, nikczemny i szlachetny naprzemian, raczéj oblany błotem niż krwią, ma więcéj kłopotów, niż wyrzutów sumienia i więcéj dba o to, by dobrze trawić niż myśléć, udaje namiętności a w gruncie jest zupełnie obojętny. Stanowi on rodzaj pierścienia, który mógłby łączyć galerników z wykwintném towarzystwem, należy do téj klasy ludzi intelligentnych, z któréj łona powstają ludzie jak Pitt, Richelieu, Mirabeau, najczęściéj wszelako ludzie tacy, jak hrabiowie: Horne, Fouquier-Tinville lub Coignard.
— Ja — ciągnął daléj Derville — wysłuchawszy brata wice-hrabiny, słyszałem wiele o nim od tego biednego ojca Goriot, jednego z moich klientów, ale jeśli go kiedy, spotkałem w towarzystwie, unikałem zawsze niebezpiecznego zaszczytu jego znajomości. Jednakże mój kolega tak nalegał, iż nie mogłem odmówiéć, bez narażenia się na nazwę skromnisia. Byłoby pani trudno zrozumiéć, co to jest kawalerskie śniadanie, jest-to coś dziwnie wspaniałego i wykwintnego: zbytek skąpca, który przez próżność staje się na dzień jeden rozrzutnym. Zaraz na wstępie uderza porządek na stole olśniewającym srebrami, kryształami i holenderską bielizną. Życie jest tutaj w samym kwiecie. Młodzi ludzie, weseli, uśmiechają się, mówią cicho, wkoło nich wszystko jest dziewicze. W godzinę potém, rzekłbyś, że to pobojowisko: wszędzie potłuczone szklanki, zgniecione serwety, pozaczynane półmiski, które budzą obrzydzenie. Słychać krzyki, od których głowa pęka, śmieszne toasty, żarty krzyżują się w powietrzu, twarze są zaczerwienione, zaognione oczy straciły wyraz, wymykają się zbyt dobitne słowa. Wśród piekielnéj wrzawy jedni tłuką butelki, drudzy zaczynają piosnki, zdarzają się wyzwania kończące się uściśnieniem lub bójką. W powietrzu unosi się woń nieznośna, złożona ze stu zmieszanych zapachów i krzyk złożony ze stu głosów. Już nikt nie wie, co je, co pije i co mówi. Jeden jak monoman powtarza jedno słowo jak dzwon nieustannie poruszany, tamten chce zapanować nad wrzawą, najrozsądniejszy proponuje orgię. Gdyby tu wszedł człowiek przy zdrowych zmysłach, sądziłby, że jest wśród bachanalii. W podobnéj to chwili pan de Trailles starał się ze mną zaprzyjaźnić. Zachowałem trochę rozsądku i miałem się na ostrożności. On zaś, choć udawał pijanego, miał zupełnie zimną krew i myślał o swoich interesach. Właściwie nie wiem, jak się to stało, ale kiedy wychodziłem, byłem zupełnie przez niego oczarowany, i obiecałem zaprowadzić go nazajutrz rano do papy Grobseck’a.
Słowa: honor, cnota, hrabina, kobieta uczciwa, kobieta uwielbiona, nieszczęście, rozpacz, wszystko to miał na języku i wypowiadał z czarem złotéj wymowy.
Gdym się obudził nazajutrz rano i probowałem przypomniéć sobie, co robiłem w wigilię, bardzo mi było trudno powiązać myśli. Zdawało mi się tylko, że córka jednego z moich klientów była zagrożona utratą czci, szacunku i miłości męża, w razie gdyby nie znalazła pięćdziesięciu tysięcy franków do południa. Były tam długi karciane, rachunki powoźników, pieniądze nie wiem już w jaki sposób stracone. Mój czarujący przyjaciel zapewnił mnie, że była dość bogatą, żeby kilku latami oszczędności doprowadzić swój majątek do pierwotnego stanu. Wówczas dopiéro zrozumiałem powód jego nacisku, ale przyznaję się ze wstydem, że nie pojmowałem wcale ważności, jaką przywiązywał papa Gobseck do pogodzenia się z tym wykwintnisiem. Właśnie kiedym się ubierał, wszedł pan de Trailles.
— Panie hrabio — rzekłem po pierwszych przywitaniach — nie widzę wcale, abyś potrzebował mojéj osoby dla porozumienia się z van Gobseckiem; jest to najgrzeczniejszy ze wszystkich kapitalistów. On da panu z pewnością pieniędzy, jeśli je ma, a raczéj, jeśli mu przedstawisz stosowną gwarancyą.
— Nie mam wcale zamiaru — odpowiedział — zmuszać pana do oddania mi przysługi, jakkolwiek mi to obiecałeś.
— Sardanapal! — powiedziałem sam do siebie — czyż pozwolę, ażeby ten człowiek sądził, że mu nie dotrzymuję słowa?
— Miałem zaszczyt powiedziéć panu wczoraj — mówił daléj hrabia — że bardzo nieostrożnie poróżniłem się z papą Gobseckiem, a ponieważ on jeden w Paryżu jest w stanie odrazu nawet na końcu miesiąca wypłacić jakie sto tysięcy, prosiłem pana, byś mnie z nim pogodził. Ale nie mówmy o tém...
Pan de Trailles spojrzał na mnie w sposób grzecznie pogardliwy i chciał się oddalić.
— Jestem gotów jechać z panem — odparłem.
Gdy przyjechaliśmy na ulicę des Grès, młody człowiek rzucił wzrokiem dokoła z uwagą i niepokojem, które mnie zadziwiły. Twarz jego czerwieniała i żółknęła naprzemian, i parę kropel potu zaperliło mu się na czole, kiedyśmy spostrzegli dom Gobseck’a.
W chwili gdyśmy wysiadali z powozu, fiakr wyjeżdżał na ulicę des Grès. Sokoli wzrok młodego człowieka dostrzegł w nim kobietę. Wyraz dzikiéj niemal radości zajaśniał mu na twarzy. Zawołał przechodzącego chłopczyka i dał mu swego konia do trzymania.
Poszliśmy do starego lichwiarza.
— Panie Gobseck — rzekłem — przyprowadzam ci jednego z moich najlepszych przyjaciół (którego lękam się na równi z dyabłem, rzekłem na ucho starcowi). Spodziewam się, że na moje prośby, zwrócisz mu swoje łaski (na zwykły procent) i wybawisz go z kłopotu (jeśli ci to będzie dogodnie).
Pan de Trailles skłonił się lichwiarzowi, usiadł i przybrał dworaczą postawę pełną uniżonego wdzięku. Ale mój Gobseck pozostał na swojém krześle przy kominku nieporuszony. Był on podobny w téj chwili do posągu Woltera na perystylu teatru francuzkiego. Podniósł lekko, ażeby mu się ukłonić, zniszczony kaszkiet, który miał na głowie, a żółta czaszka jego podobną była do marmuru.
— Mam tylko pieniądze dla moich klientów — odparł.
— Więc się pan tak bardzo gniewasz, żem się zrujnował gdzieindziéj, nie u ciebie — rzekł śmiejąc się hrabia.
— Rujnował — powiedział Gobseck z ironią.
— Chcesz pan powiedziéć, że człowiek, który nic nie ma, zrujnowanym być nie może, ale sprobuj znaléźć w Paryżu piękniejszy kapitał. — Mówiąc to podniósł się i okręcił na piętach.
Ten żart nie zdołał rozchmurzyć Gobsecka.
— Czyż nie jestem przyjacielem Ronquerolla, de Marsay’a, Franchessinich, obu Vandenessów, Ajuda-Pinto, wszystkich najmodniejszych młodych ludzi w Paryżu? Grywam z księciem i ambasadorem, którego znasz dobrze, moje dochody są w Londynie, w Karlsbadzie, w Baden, w Spa, w Bath, czyż to nie jest najświetniejszy rodzaj przemysłu?
— Prawda.
— Używasz mnie nakształt gąbki, dopomagasz do nadęcia się wśród świata, ażeby mnie wycisnąć w złych chwilach. Ale wy jesteście także gąbki i śmierć was wyciśnie.
— Być może.
— Bez marnotrawców, cóżbyście poczęli? We dwoje stanowimy duszę i ciało.
— Słusznie.
— No, podajmy sobie ręce, stary papo Gobseck. Bądź wspaniałomyślnym, jeśli to jest słuszném, i jeżeli to być może.
— Przychodzisz pan do mnie — odparł chłodno lichwiarz — bo Girard, Palma, Werbrust i Gigonnet pełni są twoich weksli, które ofiarują ze stratą pięćdziesięciu na sto; otóż ponieważ dali zapewne połowę ich wartości, te weksle nie są warte dwudziestu pięciu. Sługa uniżony. Czy mogę przyzwoicie pożyczyć choćby szeląg człowiekowi, który winien jest trzydziści tysięcy? Przegrałeś pan dziesięć tysięcy franków u barona de Nucingen.
— Panie — odpowiedział hrabia, z rzadką bezczelnością spoglądając na starca — moje interesa cię nie obchodzą, kto uzyskał terminy, nie jest nic winien.
— Prawda.
— Moje weksle będą zapłacone.
— Być może.
— A teraz między nami kwestya tak się stawia. Czy przedstawiam panu dostateczną gwarancyą na summę, którą chciałbym pożyczyć.
— Słusznie.
Turkot fiakra, zatrzymującego się przed domem, rozległ się w pokoju.
— Idę i przedstawię panu coś, co cię zadowolni — zawołał wychodząc młody człowiek.
— O mój synu — zawołał Gobseck, powstając i wyciągając do mnie ramiona, skoro hrabia wyszedł z pokoju — jeśli ten człowiek ma jakie fanty, uratowałeś mu życie. Ja-bym tego nie przeżył. Werbrust i Gigonnet myśleli, że mnie podejdą, dzięki tobie, dopieroż będę się z nich śmiał dziś wieczór.
Radość starca miała coś przerażającego. Była-to jedyna chwila wylania, jaką miał ze mną. Pomimo że ta radość tak krótko trwała, nie wyjdzie ona nigdy z mojéj pamięci.
— Zrób mi tę przyjemność i zostań tutaj — dodał — bo chociaż jestem uzbrojony i pewny mojéj ręki, jak człowiek, który polował na tygrysa i bił się na pokładzie okrętu, kiedy trzeba było zwyciężyć lub umrzéć, jednak nie dowierzam temu wykwintnemu łotrowi.
Usiadł znowu na swoim fotelu przed biurkiem. Twarz jego stała się znowu bladą i spokojną,
— Ho! ho! — wyrzekł zwracając się do mnie — ujrzysz zapewne tę piękną kobietę, o któréj ci niegdyś mówiłem, słyszę w korytarzu krok arystokratyczny.
Rzeczywiście młody człowiek powrócił, prowadząc kobietę, w któréj poznałem odrazu tę hrabinę, któréj pokój i osobę odmalował mi niegdyś Gobseck. Była-to jedna z córek ojca Goriot. Hrabina nie dostrzegła mnie zrazu. Stałem we framudze okna wyglądając na ulicę. Wchodząc do wilgotnego i ciemnego pokoju lichwiarza, rzuciła niespokojne wejrzenie na Maksyma. Była tak piękną, że pomimo błędów, wzbudziła we mnie litość. Jakiś straszny niepokój uciskał jéj piersi. Rysy dumne i szlachetne miały konwulsyjny wyraz źle pokryty. Ten młody człowiek stał się widocznie jéj złym duchem. Podziwiałem Gobsecka, który cztery lata temu za pierwszym wyrazem zrozumiał przeznaczenie tych dwojga ludzi.
— Prawdopodobnie — powiedziałem sobie — ten potwór z anielską twarzą rządzi nią za pomocą wszystkich sprężyn miłości własnéj, zazdrości, rozkoszy, światowéj próżności.
— Tak — zawołała wice-hrabina — nawet cnoty téj kobiety stały się bronią przeciwko niéj. On wyciskał jéj łzy poświęcenia, potrafił wyegzaltować szlachetność wrodzoną naszéj płci, nadużywał jéj miłości i sprzedawał jéj drogo zbrodnicze rozkosze.
— Przyznaję — rzekł Derville, który nic nie rozumiał znaków, jakie mu robiła pani de Grandlieu — że nie płakałem nad losem téj nieszczęśliwéj istoty, tak świetnym w oczach świata, a tak przerażającym dla tych, co czytali w jéj sercu. Nie, ja drżałem z oburzenia spoglądając na jéj mordercę, na tego młodego człowieka z czołem tak jasném, z ustami tak świeżemi, z uśmiechem tak wdzięcznym, na tego młodego człowieka, który podobny był do anioła. Oboje teraz stali wobec sędziego, a ten spoglądał na nich jak w szesnastym wieku stary dominikan spoglądać musiał na tortury dwojga Maurów w podziemiach inkwizycyi.
— Czy mogłabym, panie — spytała drżącym głosem, podając mu garnitur brylantowy — dostać wartość tych brylantów, zastrzegając sobie prawo odkupu?
— Bez wątpienia pani — odparłem, pokazując się i mieszając do rozmowy.
Spojrzała na mnie, poznała, zadrżała i rzuciła mi wejrzenie, który we wszystkich językach świata znaczy: Milcz.
— Jest-to — mówiłem daléj — tranzakcya zwana sprzedażą z prawem odkupu i zasadza się na tém, że sprzedający bądź-to ruchomość, bądź nieruchomość, może w pewnym oznaczonym terminie powrócić do posiadania wymienionego przedmiotu za pewną umówioną summę.
Odetchnęła swobodniéj. Hrabia Maksym zmarszczył brwi, domyślał się, że lichwiarz w takim razie wypłaci mniejszą kwotę za brylanty, których wartość zniżyć się może.
Gobseck nieruchomy pochwycił szkło powiększające i w milczeniu przeglądał garnitur. Chociażbym miał żyć lat sto, nie zapomnę nigdy obrazu, jaki przedstawiał. Jego blade policzki zabarwiły się, oczy jakby odbijające blaski drogich kamieni, świeciły nadzwyczajnym ogniem. Powstał, poszedł do światła i trzymał brylanty przy swoich bezzębnych ustach, jak gdyby je chciał poźréć. Marmotał[3] niewyraźne słowa podnosząc koleją kolczyki, naszyjniki, dyadem i przy świetle okna przyglądał się ich wodzie, białości, szlifowaniu, wyjmował je z puzderka, wkładał je na powrót i znowu wyjmował, lubując się ich blaskiem; podobnym był w téj chwili do dziecka a raczéj był zarazem i dzieckiem i starcem.
— Piękne brylanty — wyrzekł — przed rewolucyą kosztowałyby ze trzykroć sto tysięcy franków. Co za woda! To są prawdziwe azyatyckie brylanty, pochodzą z Golkondy albo Wizapur. Jakaż jest ich wartość? Ha! ha! Gobseck jeden w Paryżu potrafi je ocenić. Za cesarstwa trzeba było jeszcze ze dwakroć sto tysięcy, ażeby posiąść strój podobny.
Zrobił ruch pełen oburzenia i dodał:
— Teraz brylanty tracą na wartości z dniem każdym. Brazylia nas niemi zarzuca, wprawdzie są one mniéj białe niż indyjskie, to téż takie, jak noszą jedynie kobiety bywające u dworu. Czy pani tam bywa?
Rzucając te frazesy przypatrywał się ciągle brylantom z niewypowiedzianą radością, przeglądając je jeden po drugim.
— Bez skazy! — wołał — ten ma skazę! oto słomka. Piękne brylanty!
Jego wyblakła twarz była cała oświecona ogniem drogich kamieni, porównywałem go do tych starych zielonawych zwierciadeł, jakie spotykamy czasem w prowincyonalnych zajazdach, które nadają trupią twarz podróżnemu, skoro jest tak śmiały, że się w nich przegląda.
— I cóż? — wyrzekł hrabia uderzając po ramieniu Gobsecka.
Stary dzieciak drgnął. Porzucił swoje zabawki, położył je na biurku, usiadł i stał się napowrót lichwiarzem twardym, zimnym, i gładkim, jak marmurowa kolumna.
— Wiele panu potrzeba?
— Sto tysięcy franków na trzy lata — odparł hrabia.
— Być może! — odparł Gobseck wyciągając z mahoniowego pudełka wagi nieoszacowanéj akuratności, były-to jego klejnoty. Ważył kamienie, szacując na oko (i Bóg wie jak sprawiedliwie) wagę oprawy. W czasie téj czynności twarz jego była naprzemian radosną i surową.
Hrabina była pogrążona w strasznéj zadumie, która w moich oczach przemawiała za nią. Zdawało mi się, iż mierzyła głębie przepaści, w jaką się staczała. W téj niewieściéj duszy były jeszcze wyrzuty sumienia, może usiłowanie jedno, ręka ku niéj wyciągnięta ocalić ją mogła, chciałem próbować.
— Te brylanty do pani należą? — zapytałem dobitnym głosem.
— Tak jest — odparła z obrażoném spojrzeniem.
— Pisz akt sprzedaży z prawem odkupu, gaduło — wyrzekł Gobseck powstając i wskazując mi swoje miejsce przy biurku.
— Pani jest zapewne zamężną? — spytałem znowu.
Żywo pochyliła głowę.
— Ja nie napiszę tego aktu — zawołałem.
— A to dlaczego? — wyrzekł Gobseck.
— Dlaczego? — powtórzyłem, pociągając starca do framugi okna, ażeby zamienić z nim parę słów pocichu. — Ponieważ ta kobieta jest zamężną, kupno będzie nieważne, a pan nie będziesz mógł złożyć się niewiadomością, bo stan jéj w akcie musi być wyrażonym. Byłbyś więc zmuszony zwrócić brylanty, które ci są oddaue[4] a których wielkość, kształt, waga i cena będą opisane.
Gobseck przerwał mi skinieniem głowy i odwrócił się do dwojga winowajców:
— Ma słuszność — wyrzekł — wszystko zmienione. Dam ośmdziesiąt tysięcy franków a wy zostawicie mi brylanty — dodał cienkim stłumionym głosem. — Co do ruchomości posiadanie starczy za tytuł.
— Ależ — odparł młody człowiek.
— Jak się podoba — odparł Gobsek, oddając puzderko hrabinie — ja zanadto ryzykuję.
— Rzuć się pani raczéj do nóg męża — szepnąłem jéj na ucho.
Lichwiarz zrozumiał zapewne moje słowa po ruchu ust, bo zwrócił na mnie zimne spojrzenie. Twarz młodego człowieka stała się trupio bladą. Wahanie hrabiny było widoczne. Hrabia przybliżył się do niéj, a chociaż mówił bardzo cicho, dosłyszałem:
— Żegnaj, droga Anastazyo! bądź szczęśliwą. Co do mnie, jutro nie będę już miał żadnych kłopotów.
— Panie — zawołała młoda kobieta zwracając się do Gobsecka — przyjmuję twoje warunki.
— No tak, to rozumiem! ale trudno się wyspowiadać, moja piękna pani.
Podpisał kwit do banku na pięćdziesiąt tysięcy franków i oddał go hrabinie.
— Teraz — dodał z uśmiechem podobnym bardzo do uśmiechu Woltera — dokompletuję summę trzydzieści tysięcy franków wekslami, których wartości nie zaprzeczy mi pani z pewnością. Są one tak dobre jak złoto. Pan hrabia powiedział mi tylko co: Moje weksle będą spłacone.
I podał hrabiemu weksle przez niego podpisane a wszystkie zaprotestowane w wigilią przez jednego z kolegów, od którego zapewne odkupił je prawie darmo.
Młody człowiek ryknął jakieś przekleństwo, dosłyszałem w niém tylko te słowa: „stary łotr“.
Papa Gobseck nie drgnął, wydobył z pudełka parę pistoletów i rzekł zimno:
— Jako obrażonemu należy mi się pierwszy strzał.
— Maksymie, winieneś przeprosić pana — zawołała łagodnie cała drżąca hrabina.
— Nie miałem zamiaru obrażenia pana — wyrzekł jąkając się młody człowiek.
— Wiem o tém dobrze — odparł spokojnie Gobseck — zamiarem pana było tylko nie zapłacić swoich weksli.
Hrabina wstała, ukłoniła się i wyszła przejęta głębokiém przerażeniem. Pan de Trailles zmuszonym był iść za nią, ale zanim odszedł, wyrzekł do nas:
— Panowie, jeśli powiécie słowo o tém, co tu zasło[5], będę miał waszę krew lub wy moję.
— Amen — odparł papa Gobseck, chowając pistolety. — Ażeby stawiać swoję krew, trzeba ją naprzód posiadać, a ty mój mały, masz tylko błoto w żyłach.
Gdy drzwi się zamknęły i obadwa powozy zaturkotały, Gobseck powstał, zaczął tańczyć po pokoju, wołając:
— Mam brylanty! mam brylanty! piękne brylanty! co za brylanty! i to nie drogo! Ach! ach! Werbrust i Gigonnet myśleliście, że złapiecie starego papę Gobsecka! Ego sum papa! Jestem mistrzem was wszystkich. Weksle zapłacone co do grosza! Jak oni zgłupieją dziś wieczór, gdy im opowiem całą rzecz pomiędzy dwoma partyami domina.
Ta ponura radość, ta dzikość pierwotna, wywołana posiadaniem kilku białych kamyków poruszyła mnie do głębi, byłem niemy i osłupiały.
— Ach! ach! — rzekł znowu — jesteś tu, mój chłopcze! Będziem obiadować razem. Będziem się bawić. U ciebie naturalnie, bo ja nie mam domu. A te restauracye ze swemi sosami, frykasami, winami, otrułyby samego dyabła.
Wyraz mojéj twarzy oprzytomnił go nagle; powrócił do zwykłéj chłodnéj obojętności.
— Ty tego nie rozumiész — wyrzekł, siadając przy kominku i stawiając blaszankę pełną mleka na węglach. — Czy chcesz wypić ze mną śniadanie, może starczy na dwóch.
— Dziękuję — odparłem — jem śniadanie dopiéro o dwunastéj.
W téj chwili szybkie kroki rozległy się w korytarzu. Nadchodzący zatrzymał się u drzwi Gobsecka i zastukał w nie kilkakrotnie z rodzajem wściekłości. Lichwiarz odsunął okienko, spojrzał i otworzył człowiekowi lat może trzydziestu pięciu. Zapewne pomimo gniewu nie wydał mu się on niebezpiecznym.
Nowo przybyły, skromnie ubrany, podobny był do nieboszczyka księcia de Richelieu, był to hrabia, którego znałaś pani zapewne. Miał on arystokratyczną postawę, właściwą waszemu przedmieściu.
— Panie — wyrzekł, zwracając się do Gobsecka z wymuszonym spokojem — moja żona ztąd wychodzi?
— Być może.
— I cóż, czy mnie pan nie rozumiész?
— Nie mam zaszczytu znać pańskiéj żony — odparł lichwiarz. — Przyjmowałem wiele osób dziś rano, były pomiędzy niemi kobiety i mężczyźni, panny podobne do chłopców i chłopcy podobni do panien. Byłoby mi więc trudno...
— Przestańmy podobnych żartów, mówię o kobiecie, która wyszła ztąd przed chwilą.
— Jakże mogę wiedziéć, że to pańska żona, nigdy nie miałem przyjemności pana widziéć.
— Mylisz się pan, panie Gobseck — wyrzekł hrabia z wyrazem głębokiéj ironii. — Spotkaliśmy się w pokoju mojéj żony, pewnego poranku. Przychodziłeś pan po wypłatę wekslu z jéj podpisem, a na który nie ona pożyczała.
— Nie było moją rzeczą dochodzić, w jaki sposób odebrała należność — wyrzekł Gobseck rzucając na hrabiego złośliwe spojrzenie. — Ja nabyłem go od jednego z moich kolegów. — Zresztą — dodał kapitalista bez żadnego wzruszenia nie śpiesząc i nalewając kawę do filiżanki mleka — pozwolisz pan sobie zrobić uwagę, że nie wiem, jakiém prawem robisz mi podobne uwagi w moim własném mieszkaniu. Jestem pełnoletni od roku 61-go zeszłego wieku.
— Kupiłeś pan za lichą cenę tylko co familijne brylanty, które nie należały do mojéj żony.
— Nie mam obowiązku wtajemniczać pana w moje interesa, przecież mogę panu powiedziéć, panie hrabio, że jeśli pańskie klejnoty zostały ukradzione przez panią hrabinę, trzeba było zrobić stosowne ogłoszenie do jubilerów, ażeby ich nie kupowali, inaczéj mogła je sprzedać szczegółowo.
— Pan znałeś moję żonę!
— Doprawdy?
— Ona zostaje pod władzą męża.
— Być może.
— Ona nie miała prawa rozrządzać temi brylantami.
— Słusznie.
— A więc...
— A więc znam pańską żonę, ona jest pod władzą męża, niech i tak będzie; ha, ona jest pod wielu władzami; ale ja nie znam pań—skich bry—lan—tów. Skoro pani hrabina podpisuje weksle, może bezwątpienia i handlem się trudnić, kupować brylanty, brać je w komis, do sprzedania, tak bywa.
— Żegnam pana — odparł hrabia, pobladły z gniewu — są sądy.
— Słusznie.
— Ten pan, którego tu widzę — mówił daléj hrabia — był świadkiem sprzedaży.
— Być może.
Hrabia chciał wychodzić, ale ja, rozumiejąc całą ważność wypadku, wmieszałem się pomiędzy wojujące strony.
— Panie hrabio — wyrzekłem — masz słuszność a pan Gobseck także jest w swojém prawie. Nie możesz pan wytoczyć téj sprawy nie mieszając w nią swojéj żony, a wówczas skandal nie ograniczyłby się na niéj saméj. Jestem adwokatem i winienem sobie więcéj jeszcze niż stanowi memu, objaśnić pana, że brylanty, o których pan mówisz, zostały rzeczywiście kupione w mojéj obecności przez pana Gobsecka; zdaje mi się jednak, że źlebyś pan uczynił występując przeciw prawności téj sprzedaży, zwłaszcza że idzie o przedmioty trudne do rozpoznania. Jakkolwiek słuszność byłaby po pańskiéj stronie, prawnie-byś tego nie dowiódł. Pan Gobseck jest nadto uczciwy, by zaprzeczać temu, co miało miejsce, zwłaszcza że sumienie i obowiązek nakazują mi to poświadczyć. Ale choćbyś pan nawet wytoczył proces, skutek jego byłby bardzo wątpliwy. Życzę więc ułożyć się z panem Gobseckiem, któremu należy się zwrot wyłożonych pieniędzy, gdyż może zawsze dowieść, iż działał w dobréj wierze. Zgódź się pan na odkup w przeciągu siedmiu, ośmiu miesięcy, lub roku nawet, stosownie do czasu, jaki panu potrzebny na spłacenie zaciągniętego przez panią hrabinę długu. A może wolisz pan uczynić to odrazu i dać nam zapewnienie względem wypłaty.
Lichwiarz maczał chleb w kawie i jadł z największą obojętnością, tylko na ten wyraz ułożyć się spojrzał na mnie, jakby mówił: „Patrzcie, jak korzystał z moich lekcyj“. Ze swojéj strony odpowiedziałem mu równie wymownym wzrokiem, który on zrozumiał doskonale. Interes był bardzo wątpliwy i do tego haniebny, trzeba było ułożyć się koniecznie. Gobseck nie mógł się niczego wyprzéć, bo ja gotów byłem powiedziéć prawdę.
Hrabia podziękował mi uśmiechem wdzięczności.
Wreszcie po długim sporze, w którym zręczność i chciwość Gobsecka byłyby zbiły z toru najwytrawniejszego dyplomatę, spisałem akt, w którym hrabia przyznawał, iż wypożyczył od Gobsecka summę ośmdziesięciu pięciu tysięcy franków wliczywszy w to procenta, po oddaniu któréj Gobseck obowiązywał się zwrócić hrabiemu brylanty.
— Cóż to za marnotrawstwo — zawołał mąż podpisując — jak zabezpieczyć się od niego na przyszłość?
— Czy masz pan dużo dzieci? — spytał poważnie Gobseck.
Na to pytanie hrabia się wzdrygnął, jak pacyent kiedy doktór położy palce na siedlisko bólu, i nic nie odpowiedział.
— Ha! — ciągnął daléj lichwiarz, rozumiejąc bolesne milczenie hrabiego — znam na pamięć pańską historyą. Ta kobieta to szatan, zapewne kochasz ją pan jeszcze. Wierzę temu łatwo, ona mnie samego wzruszyła. Może będziesz pan chciał ocalić swój majątek, przekazać go innemu lub dwojgu z pomiędzy swoich dzieci. Więc rzuć się pan w wir świata, graj, strać ten majątek i przychodź często do Gobsecka. Świat powie, że jestem żydem, lichwiarzem, rozbójnikiem. Ja się z tego śmieję! A jeśli mi kto ubliży, zabijam, nikt tak nie strzela i nie fechtuje się, jak twój najniższy sługa. Ludzie o tém wiedzą. Potém staraj się pan o przyjaciela, któremubyś mógł sprzedać symulacyjnie twoje dobra. Nazywacie to podobno fidei-komisem — dodał, zwracając się do mnie.
Hrabia zdawał się zupełnie zatopiony we własnych myślach i pożegnał nas, mówiąc tylko...
— Jutro przyniosę pieniądze, miéj pan brylanty w pogotowiu.
— On zdaje się głupi jak uczciwy człowiek — wyrzekł zimno Gobseck, gdy się hrabia oddalił.
— Powiedz pan raczéj głupi, jak człowiek namiętny.
— Hrabia winien ci koszta aktu — zawołał, gdym odchodził.
W kilka dni po téj scenie, która odkryła mi straszne tajemnice życia światowéj kobiéty, hrabia wszedł pewnego poranku do mego gabinetu.
— Panie — wyrzekł — przychodzę zasięgnąć twojéj rady w sprawach bardzo ważnych, mam w panu największe zaufanie i spodziewam się dać tego dowody. Postępowanie pańskie względem pani de Grandlieu jest wyższe nad wszelkie pochwały.
— Widzisz więc pani — mówił adwokat, zwracając się do wicehrabiny — że sto razy odebrałem zapłatę za ten najprostszy uczynek. Skłoniłem się z uszanowaniem hrabiemu i odparłem, że postąpiłem tylko uczciwie.
— A więc — mówił hrabia — powziąłem wiele wiadomości o szczególnym człowieku, któremu zawdzięczam swoje położenie. Wedle wszystkiego, co o nim słyszałem, Gobseck zdaje mi się filozofem należącym do szkoły cyników. Co sądzisz pan o jego uczciwości?
— Panie hrabio — odparłem — Gobseck jest moim dobroczyńcą, po piętnaście od sta — dodałem, śmiejąc się — jednakże to nie upoważnia mnie wcale do narysowania jego portretu w całém podobieństwie dla nieznajomego.
— Możesz pan mówić śmiało, pańska szczerość nie może zaszkodzić ani Gobseckowi ani panu samemu, nie spodziewam się znaléźć anioła w człowieku pożyczającym na zastaw.
— Papa Gobseck — odrzekłem — wierzy silnie w zasadę, która rządzi jego postępowaniem. Według niego pieniądz jest towarem i można go stownie[6] do okoliczności z czystém sumieniem sprzedawać drogo lub tanio. Kapitalista w jego przekonaniu wchodzi w spółkę de facto w interesa, na które pożycza pieniędzy i dlatego ma prawo do wielkich odsetków. Odłożywszy jednak na bok tę zasadę i filozoficzne poglądy na ludzką naturę, które pozwalają mu postępować jak lichwiarz, jestem głęboko przekonany, że po-za kołem swoich interesów jest-to najuczciwszy i najdelikatniejszy człowiek w całym Paryżu. Są w nim niejako dwaj ludzie, jest on skąpcem i filozofem wielkim i nikczemnym. Gdybym umarł, zostawiając dzieci, zrobiłbym go ich opiekunem. Oto w jakiém świetle doświadczenie pokazało mi Gobsecka. Nie wiem nic o jego przeszłości. Był może korsarzem, może przebiegał świat cały, handlując brylantami albo ludźmi, kobietami albo tajemnicami stanu; ale przysięgam, że żadna ludzka istota nie była silniéj hartowaną i próbowaną od niego. W dniu, w którym spłaciłem mu resztę summy, jaką byłem mu dłużny, spytałem go nie bez pewnych omówień, z jakiego powodu kazał mi płacić tak ogromne procenta i dlaczego, chcąc uczynić przysługę, mnie swemu przyjacielowi nie uczynił jéj zupełną.
— Mój synu — odrzekł — uwolniłem cię od wdzięczności, pozwalając ci mniemać, żeś mi nic nie winien. To téż pozostaliśmy najlepszemi przyjaciołmi.
Ta odpowiedź tłómaczy człowieka lepiéj, niż wszystko inne.
— Powziąłem już nieodmienne postanowienie — rzekł hrabia. — Przygotuj pan akta przyznające Gobseckowi własność moich dóbr. Spuszczam się na pana jednego co do redakcyi kontra-rewersu, w którym on zezna, że ta sprzedaż jest symulacyjna i obowiąże się oddać ten majątek administrowany, jak on umie administrować, memu najstarszemu synowi, gdy ten dojdzie pełnoletności. Teraz, panie, muszę wyznać, iż lękałbym się miéć ten rewers u siebie; miłość mego syna do matki jest tak wielka, iż nie śmiałbym go jemu nigdy powierzyć. Czy mogę cię prosić, byś go miał u siebie? Wrazie śmierci Gobseck zapisałby panu mój majątek. Wszystko tym sposobem byłoby przewidziane.
Hrabia przez chwilę zamilkł i zdawał się strasznie pognębiony.
— Przebacz mi pan — wyrzekł — znowu jestem bardzo cierpiący i niespokojny o moje zdrowie. Zgryzoty zatruły mi życie i zmuszają mnie do ważnego kroku, jaki przedsiębiorę.
— Pozwól mi pan naprzód podziękować za położone we mnie zaufanie. Ale muszę je usprawiedliwić, zwracając pana uwagę, że tym sposobem wydziedziczasz pan zupełnie swoje... inne dzieci. One noszą pańskie nazwisko, a choćby były tylko dziećmi kobiety kochanéj niegdyś lubo dziś upadłéj, mają prawo do jakiegokolwiek sposobu utrzymania. Wyznaję, że nie przyjmę dowodu zaufania, jakim chcesz mnie pan zaszczycić, jeśli los ich nie będzie zapewniony.
Hrabia zadrżał gwałtownie, słysząc te słowa. Łzy stanęły mu w oczach, ścisnął mi rękę i rzekł:
— Nie znałem jeszcze pana w zupełności. Sprawiłeś mi pan razem i radość i smutek. Oznaczymy schedy tych dzieci kontrarewersem.
Odprowadziłem go do drzwi gabinetu i zdawało mi się, że dostrzegłem na jego rysach zadowolnienie pochodzące ze szlachetnego postanowienia.
— Otóż to, Kamillo — mówił daléj Derville, zwracając się do panny de Grandlieu — jak młode kobiety staczają się w przepaści. Starczy czasem jednego tańca, pięknie zaśpiewanego kawałka, spaceru, ażeby sprawić straszliwe nieszczęścia. Biegnie się na głos próżności, dumy, pociąga uśmiech, szaleństwo młodości, nierozwaga. A tymczasem wstyd, wyrzuty, nędza, są-to trzy furye, w ręce których popada niechybnie kobieta, skoro tylko przekroczy granice.
— Biedna Kamilla umiera ze snu — zawołała wicehrabina, przerywając adwokatowi. — Idź spać, moje dziecię, idź, twoje serce nie potrzebuje podobnie strasznych obrazów i bez nich ono zostanie czyste i cnotliwe.
Kamilla zrozumiała matkę i wyszła.
— Zaszedłeś trochę zadaleko, kochany panie Derville — rzekła wicehrabina — adwokat nie jest matką rodziny ani kaznodzieją.
— Ależ gazety są stokroć...
— Biedny Dervillu — przerwała wicehrabina — nie poznaję cię dzisiaj. Czyż sądzisz, że moja córka czyta gazety? Ale mów daléj — dodała po małéj przerwie.
— W trzy miesiące po sprzedaży dóbr hrabiego, uczynionéj na rzecz Gobsecka...
— Możesz powiedziéć teraz nazwisko hrabiego de Restaud skoro mojéj córki już nie ma — rzekła wicehrabina.
— Niech i tak będzie — ciągnął daléj adwokat. — Potém nie otrzymałem kontrarewersu, który miał pozostać w moich rękach. W Paryżu my adwokaci tak jesteśmy często zajęci, iż nie możemy więcéj niż nasi klienci myśléć o ich interesach, chyba w szczególnych wypadkach. Jednakże kiedyś, obiadując z lichwiarzem przypomniałem sobie hrabiego de Restaud i spytałem go, czy nie wie, dlaczego nie daje znaku życia.
— Byłoby mu to trochę trudno — odparł. — Szlachcic jest umierający. Była-to jedna z tych dusz tkliwych, które nie umieją zabić zgryzoty i dają jéj się poźreć. Życie jest-o ciężka praca, jest-to rzemiosło, którego trzeba się nauczyć. Kiedy człowiek, cierpiąc wszystkie bole istnienia nauczył się wreszcie téj sztuki, nerwy jego wzmacniają się i nabierają siły oporu i to pozwala mu panować nad wzruszeniami, nerwy te hartują się nakształt stali, jak owe sprężyny, co uginają się a nie pękną. Wówczas człowiek, jeśli posiada dobry żołądek, może trwać wiek, jak owe cedry Libanu, które są dzielnemi drzewami.
— Więc hrabia jest umierający? — przerwałem.
— Być może, a jego sukcesya będzie dla ciebie zawikłanym interesem. — Spojrzałem mu w oczy i spytałem chcąc go wybadać.
— Wytłomacz mi pan, dlaczego ja i hrabia jesteśmy jedynemi ludźmi, któremi się zainteresowałeś.
— Boście mi obadwaj zaufali bez ogródek.
Jakkolwiek miałem prawo sądzić z téj odpowiedzi, że Gobseck nie nadużyłby swego położenia, w razie gdyby kontrarewers zaginął, postanowiłem pójść zaraz do hrabiego. Zmyśliłem interes i wyszedłem. Gdy zostałem wprowadzony do salonu przy ulicy Helder, zastałem tam hrabinę bawiącą się z dziećmi. Gdy mnie zameldowano, powstała gwałtownym ruchem, podeszła naprzeciwko mnie i usiadła, wskazując mi ręką fotel przy sobie. Na twarzy jéj znalazłem tę nieruchomą maskę, po-za którą światowe kobiety umieją tak dobrze ukrywać swoje wzruszenia i namiętności. Zgryzoty zniszczyły jéj świeżość, pyszne kontury rysów świadczyły już tylko o minionéj piękności.
— Muszę się zobaczyć z panem hrabią, chodzi tu o rzeczy nadzwyczaj ważne.
— W takim razie byłbyś pan szczęśliwszym ode mnie — odparła przerywając mi — pan de Restaud nie chce nikogo widziéć, zaledwie dozwala przystępu do siebie doktorowi, odrzuca wszelkie starania, nawet moje. Chorzy mają tak dziwaczne fantazye, są tak jak dzieci, nie wiedzą sami, czego chcą.
— A może przeciwnie — tak jak dzieci wiedzą doskonale, czego chcą.
Hrabina zarumieniła się, a ja żałowałem prawie téj odpowiedzi godnéj Gobsecka.
— Ale — zapytałem zmieniając rozmowę — niepodobna, by hrabia był sam zawsze.
— Ma najstarszego syna przy sobie.
Jakkolwiek bacznie przyglądałem się hrabinie, tym razem już się nie zarumieniła, i zdawało mi się, że powzięła postanowienie nie dać mi więcéj poznać żadnym powierzchownym znakiem swoich tajemnic.
— Pani powinnaś zrozumiéć, że moje żądanie widzenia się koniecznie z panem hrabią spowodowane jest ważnemi interesami.
Przygryzłem sobie wargi, bo czułem, żem wpadł na złą drogę. To téż hrabina skorzystała szybko z mego błędu.
— Interesa moje — wyrzekła — nie są oddzielone od interesów mego męża. Możesz pan mi je powierzyć.
— Interes, z którym przychodzę, tyczy się jedynie pana hrabiego — odparłem stanowczo.
— Każę mu dać znać, że pan chce go widziéć.
Nie omyliłem się na grzeczności tych słów i jéj przyjaznym wyrazie. Odgadłem, że nigdy nie dopuści mnie do męża. Rozmawiałem jeszcze przez chwilę o rzeczach obojętnych, ażeby miéć pole bacznego przyjrzenia się hrabinie. Ale jak wszystkie kobiety, postępujące wedle usnutego planu, umiała wybornie udawać, a wiadomo, że w waszéj płci talent ten posunięty jest do przewrotności. — Prawdę mówiąc, lękałem się z jéj strony wszystkiego, nawet zbrodni. Podejrzenie to obudziło się we mnie z powodu, że rozumiała przyszłość, czytałem to w jéj spojrzeniu, obejściu, a nawet w dźwiękach głosu. Pożegnałem ją.
Teraz muszę pani opowiedziéć sceny, jakie zakończyły tę historyą, te które mi późniéj czas dał poznać i które odgadła domyślność Gobsecka i moja własna.
Od chwili gdy hrabia de Restaud zdawał się rzucać w wir zabaw i tracił majątek, miały miejsce pomiędzy małżonkami sceny pokryte największą tajemnicą, a które rzuciły w oczach męża gorsze jeszcze światło na żonę. Skoro zachorował i był zmuszony położyć się w łóżko, pokazała się jawnie nienawiść jego dla hrabiny i dla dwojga młodszych dzieci. Zakazał im wchodzić do swego pokoju, a jeśli przekraczały ten zakaz, dostawał tak niebezpiecznych ataków, że doktór zaklinał hrabinę, by mu się nie sprzeciwiała.
Pani Restaud widząc, że koleją dobra rodzinne, a nawet pałac, w którym mieszkali, przechodziły w ręce Gobsecka, który względnie do swego majątku przypominał fantastycznych pozornych olbrzymów z bajek dziecinnych, pojęła zapewne zamiary męża. Pan de Trailles zbyt silnie naciskany przez wierzycieli podróżował wówczas po Anglii. On jeden zdolny był odgadnąć tajemne środki ostrożności, jakie Gobseck doradził przeciw niéj hrabiemu. Mówią, że długo bardzo opierała mu się, zanim podpisała akty, które tego wymagały, żeby uzyskać moc prawną, a jednakowoż podpisała w końcu. Hrabina sądziła, że hrabia kapitalizował swój majątek, i że mała paczka banknotów, w któréj się zawierał, będzie zachowana w jakiéj skrytce, może u rejenta, może w banku. Według jéj obliczeń, pan de Restaud musiał sporządzić akt jakiś, mocą którego najstarszy syn mógłby powrócić do własności niektórych dóbr rodzinnych, do których był przywiązany. Postanowiła więc rozciągnąć rodzaj straży około jego pokoju i poddać go najskrupulatniejszéj pilności. Panowała w domu samowładnie i szpiegowała z kobiecą przebiegłością najmniejsze wypadki. Zostawała przez cały dzień w saloniku poprzedzającym pokój chorego, zkąd mogła słyszéć każde jego słowo i ruch każden. W nocy tam stawiano jéj łóżko; po większéj części nie sypiała wcale. Doktór był zupełnie zjednany dla jéj interesów. To mniemane poświęcenie olśniewało świat. Hrabina musiała ze zręcznością kobiet występnych ukrywać wstręt, jaki mąż dla niéj okazywał, i tak dobrze udawała żal, że nabyła rodzaju sławy. Niektóre skromnisie znalazły nawet, że odkupywała swoje winy. Ale ona miała zawsze przed oczyma nędzę, jaka ją czekała po śmierci hrabiego, jeśliby jéj zabrakło zręczności.
Odepchnięta od łoża boleści, na którém mąż jéj dogorywał, otoczyła go magiczném kołem. Oddalona a blizka mu, w niełasce, a wszechpotężna, udając pozory poświęcenia, czatowała na śmierć i majątek, jak ten owad ziemny, który w głębi utworzonéj przez siebie lejkowatéj piaszczystéj przepaści, oczekuje zdobyczy koniecznéj i nasłuchuje każdego spadającego pyłu.
Najsurowszy sędzia przyznać musiał, że hrabina miała wysoko rozwinięte uczucie macierzyńskie. Śmierć ojca, jak mówiono, była dla niéj nauką. Ubóstwiała swoje dzieci i kryła starannie grzechy swoje przed niemi, a dzięki ich młodemu wiekowi potrafiła to uczynić i wzbudzić w nich wielką miłość. Dawała im najświetniejsze wychowanie. Przyznaję, iż pomimo wszystkiego, ta kobieta budziła we mnie pewien podziw i współczucie, z którego zawsze wyśmiewał się Gobseck.
W owym czasie hrabina poznała już nikczemność Maksyma i krwawemi łzami opłakiwała przeszłość. Tak sądzę przynajmniéj. A jakkolwiek sposoby, których używała, ażeby odzyskać majątek mężowski, były oburzające, przedsiębrała je powodowana uczuciem macierzyńskiém i chęcią naprawienia złego, jakie dzieciom wyrządziła. A potém jak wiele kobiet doznawszy burz namiętności, czuła może pragnienie powrotu na drogę cnoty. Może poznała całą jéj wartość wówczas dopiero, gdy zbierała smutne owoce swoich błędów.
Ile razy Ernest wychodził z ojcowskiego pokoju, zadawała mu tysiące szczegółowych zapytań o tém, co hrabia uczynił i powiedział. Dziecko przypisując ciekawość matki tkliwemu jéj uczuciu, uprzedzało jéj życzenia. Moja wizyta stała się promieniem światła dla hrabiny; odtąd wyobraziła sobie, żem był narzędziem zemsty jéj małżonka i postanowiła nie dopuścić mnie do niego. Wiedziony fatalném przeczuciém, pragnąłem gorąco widziéć się z panem de Restaud, bo byłem niespokojny o los kontrarewersów. Gdyby dostały się w ręce hrabiny, mogła była z niemi wystąpić, a w takim razie między nią a Gobseckiem miałyby miejsce nieskończone procesy. Znałem dość lichwiarza, ażeby wiedziéć, że nie oddałby nigdy dóbr hrabinie, tém bardziéj, że w podobnych tranzakcyach zawsze znajdzie się jaka prawna zaczepka. Chciałem uprzedzić podobne nieszczęścia i drugi raz poszedłem do hrabiny.
— Uważałem, pani — mówił daléj Derville, zwracając się do wice-hrabiny de Grandlieu, jak gdyby czynił jéj zwierzenie poufne, — że są pewne moralne zjawiska, nad któremi zbyt mało zastanawiamy się w świecie. Będąc z natury spostrzegaczem, wpośród interesów, któremi się zajmuję, analizowałem mimowolnie namiętności ludzkie; otóż zawsze z nowém zdumieniem dostrzegałem, że skryte myśli i zamiary wzajemne dwóch przeciwników są zawsze prawie przez nich odgadnięte. Pomiędzy wrogami istnieje to samo jasnowidzenie, co pomiędzy kochankami; czytają oni wzajemnie w swoich myślach. Tak kiedy znaleźliśmy się z hrabiną jedno naprzeciw drugiego, zrozumiałem powody antypatyi, jaką ku mnie powzięła, jakkolwiek ukrywała ją pod najgrzeczniejszemi formami. Byłem dla niéj narzuconym powiernikiem, a kobieta zwykle nienawidzi człowieka, wobec którego rumienić się musi. A przytém odgadywała, że jeśli posiadam zaufanie jéj męża, dotąd nie powierzył mi on jeszcze swego majątku. Rozmowa, jaką z nią miałem, a któréj powtarzać nie potrzebuję, pozostała mi w pamięci jak jedna z najniebezpieczniejszych walk, które kiedykolwiek przebyłem.
Hrabina, obdarzona z natury wszystkiemi darami mogącemi stanowić ponętę, okazała się w niéj po kolei miękką, dumną, pieszczotliwą, pełną zaufania. Posunęła się nawet tak daleko, że probowała obudzić we mnie ciekawość, zapalić miłość w mojém sercu, ażeby mnie opanować. Usiłowania jéj były bezskuteczne.
Kiedym się z nią żegnał, dostrzegłem w jéj oczach wyraz nienawiści i wściekłości, który mnie zgrozą przeniknął. Rozstaliśmy się wrogami. Ona byłaby chciała mnie zmiażdżyć, a ja miałem dla niéj litość. Dla niektórych charakterów litość równa się śmiertelnéj obrazie i to uczucie widoczne było w ostatnich wyrazach, jakie jéj powiedziałem. Ostrzegłem ją, iz[7] cobądź-by uczyniła będzie koniecznie zrujnowaną.
— Gdybym się zobaczył z panem hrabią, przynajmniéj majątek dzieci...
— Byłabym na pańskiéj łasce — przerwała z ruchem pełnym wstrętu.
Skoro kwestya została w ten sposób postawiona jasno, postanowiłem ocalić tę rodzinę od grożącéj jéj nędzy; byłem nawet zdecydowany popełnić akty nieważne wobec prawa, jeśliby to było potrzebne dla dopięcia mego celu, i zrobiłem ku temu przygotowania. Wytoczyłem proces panu de Restaud za summę fikcyjnie należną panu Gobseckowi i otrzymałem wyroki. Naturalnie hrabina ukryła tę całą sprawę, ale ja uzyskałem możność przyłożenia pieczęci natychmiast po śmierci hrabiego. Wówczas przekupiłem jednego ze służby, który obiecał dać mi znać, choćby wśród nocy, skoro hrabia będzie konający, ażebym mógł zjawić się tam niespodzianie, przerazić hrabinę groźbą natychmiastowego przyłożenia pieczęci i tym sposobem ocalić kontrarewersy. Dowiedziałem się potém, że ta kobieta studyowała kodeks słuchając jęków umierającego męża. Jakiż straszny obraz przedstawiłyby nieraz dusze tych, co otaczają łoże śmiertelne, gdyby można zajrzéć do ich głębi.
Zostawmy jednak na stronie te szczegóły nużące same przez się, ale które pozwoliły mi odgadnąć cierpienia téj kobiety, cierpienia jéj męża i odkrywają może tajemnice wielu rodzin będących w podobném położeniu.
Od dwóch miesięcy hrabia de Restaud zrezygnowany na swój los pozostawał sam w swoim pokoju. Śmiertelna choroba osłabiła zwolna jego umysł i ciało. Pod wpływem fantazyj chorobliwych, niewytłomaczonych czasami, nie pozwalał, by sprzątano w jego pokoju, a nawet by prześciełano mu łóżko. Ta zupełna apatya wyryła się w koło niego; meble stały porozrzucane, kurz i pajęczyny pokrywały wszystkie sprzęty. Niegdyś wykwintny w swoich gustach, teraz znajdował dziwną przyjemność w widoku tego nieporządnego pokoju, gdzie kominek, biurko, krzesła nawet zastawione były przedmiotami potrzebnemi w chorobie, jako to: flaszki puste i pełne, wszystkie zabrudzone, rozrzucona bielizna, stłuczone talerze, fajerka, przed ogniem wanna pełna jakiéjś mineralnéj wody. Każden z tych wstrętnych przedmiotów, zdawał się wyrażać zniszczenie. Śmierć kładła swój stępel na rzeczach, zanim dotknęła człowieka. Hrabia nie znosił dnia, żaluzye w oknach były zamknięte, a ciemność dodawała jeszcze grozy temu przykremu pokojowi. Chory schudł nadzwyczajnie, tylko oczy, w których skupiało się życie całe, zachowały blask dawny. Śmiertelna bladość twarzy była okropną a zwiększały ją jeszcze długie włosy; hrabia w chorobie nigdy obciąć ich nie chciał, spadały mu one w długich płaskich kosmykach dokoła zapadłych policzków. Podobnym był do fanatyków na puszczy. Zgryzota zabiła wszystkie ludzkie uczucia w tym człowieku nie mającym jeszcze lat pięćdziesięciu, którego cały Paryż znał w pełni szczęścia i świetności.
Dnia jednego na początku grudnia 1824 roku hrabia rzucił wzrok na syna swego Ernesta, dziecko spoglądało na niego z boleścią.
— Czy bardzo cierpisz, ojcze? — zapytało.
— Nie — odparł z przerażającym uśmiechem — cały ból jest tu i koło serca.
Wskazał mówiąc to na głowę i przyciskał kościstą ręką wychudłe piersi, z wymownym ruchem, na który Ernest nie mógł łez powstrzymać.
— Dlaczego nie przychodzi tu pan Derville? — zapytał kamerdynera; wierzył bowiem, że był do niego przywiązany, gdy tymczasem ten człowiek zaprzedanym był hrabinie.
— Jakto Maurycy — mówił umierający, siadając z wysiłkiem na łóżku i odzyskując na chwilę przytomność umysłu — od dwóch tygodni posyłałem już z ośm razy do mego adwokata, a on tu nie przychodzi. Czy sądzisz, że możesz w ten sposób naigrawać się ze mnie? Idź tam natychmiast i przyprowadź go tutaj. Jeśli nie wypełnisz zaraz moich rozkazów, wstanę ja sam i pójdę...
— Pani słyszała — wyrzekł kamerdyner do hrabiny — rozkaz pana hrabiego; cóż ja mam zrobić?
— Udasz, żeś był u adwokata i przyjdziesz panu powiedziéć, że pojechał o czterdzieści mil ztąd na prowincyą, za bardzo ważną sprawą. Dodasz, że oczekują jego powrotu przy końcu tego tygodnia.
Chorzy zawsze się łudzą co do swojego stanu, dodała w duchu hrabina, on będzie czekał na Dervilla.
Doktór oświadczył jéj w wigilią dnia tego, iż było rzeczą nader wątpliwą, by hrabia dzień ten przeżył.
Kiedy we dwie godziny późniéj kamerdyner przyniósł hrabiemu tę rozpaczliwą wiadomość z góry przez jego żonę ułożoną, umierający zdawał się bardzo niespokojny.
— Boże mój! Boże! — powtórzył kilka razy — w tobie jednym ufność pokładam.
Przez długi czas spoglądał na syna i rzekł mu wreszcie słabym głosem.
— Erneście, moje dziecko, jesteś bardzo młody, ale masz dobre serce i rozumiesz zapewne świętość obietnicy uczynionéj umierającemu i to umierającemu ojcu. Czy czujesz się na siłach utrzymać tajemnicę, zamknąć ją w sobie w ten sposób, by nawet matka jéj się nie domyśliła. Dziś mój synu ty jeden pozostałeś mi w tym domu, na ciebie jednego spuścić się mogę. Ty mnie nie zdradzisz.
— O nie, mój ojcze.
— więc[8] słuchaj; oddam ci za chwil parę zapieczętowaną paczkę należącą do pana Derville, schowasz ją w ten sposób, by nikt nie widział, że ona znajduje się w twoim ręku, potém wymkniesz się z pałacu i rzucisz ją w skrzynkę pocztową znajdującą się przy końcu ulicy.
— Dobrze, mój ojcze.
— Mogę na ciebie liczyć?
— Możesz, ojcze.
— Chodź mnie uściskaj, tym sposobem umniejszysz mi goryczy śmierci. Za kilka lat, moje drogie dziecko, zrozumiesz całą ważność téj tajemnicy, a wówczas będziesz hojnie wynagrodzony za twoję roztropność i za wierność, z jaką mój rozkaz wykonasz. Wówczas dowiesz się, jakem cię kochał. A teraz zostaw mnie samego i uważaj, żeby tu nikt nie przychodził.
Ernest wyszedł i ujrzał matkę stojącą niedaleko od drzwi pokoju ojca.
— Erneście — wyrzekła — chodź tutaj.
Usiadła, przycisnęła silnie syna do serca, całując go gwałtownie.
— Erneście, ojciec ci coś powiedział, nie prawdaż?
— Tak jest, mamo.
— I cóż to było?
— Nie mogę tego powtórzyć.
— Moje dziecko — zawołała hrabina, ściskając go znowu z namiętném uczuciem — uszczęśliwisz mnie temi słowami. Nigdy nie skłamać i być wiernym danemu słowu są-to dwie zasady życia, których nigdy zapominać nie trzeba.
— Ach! jak ty jesteś piękną mamo, ty... nie skłamałaś nigdy, jestem tego pewny.
— Czasami jednak, mój Erneście, skłamałam. Tak jest, nie dotrzymałam danego słowa w okolicznościach, które łamią wszelkie prawa. Słuchaj Erneście, jesteś dość duży, dość rozsądny, ażeby zrozumiéć, że twój ojciec mnie odpycha, nie chce przyjmować moich starań, a to nie jest naturalne, bo wiesz dobrze, jak ja go kocham.
— Prawda, mamo.
— Moje biedne dziecko — rzekła ze łzami hrabina — to nieszczęście pochodzi z poduszczeń złośliwych. Źli ludzie starali się o to, by mnie rozdzielić z twoim ojcem, ażeby zadowolnić swoję chciwość. Chcą nam wydrzeć majątek i sobie go przywłaszczyć. Gdyby twój ojciec był zdrów, niesnaski wzniecone pomiędzy nami rozpierzchłyby się szybko, ojciec-by mnie wysłuchał, a ponieważ jest tak dobry i kochający, poznałby, że był w błąd wprowadzony; ale rozum jego jest nadwątlony chorobą i uprzedzenia zamieniły się w przekonania niezwalczone niczém, jest to rodzaj manii, skutek widoczny choroby. Nawet wyłączna miłość, jaką ci ojciec okazuje, jest dowodem nadwątlenia jego władz umysłowych, bo przecież przed tą chorobą nie widziałeś nigdy, by cię przenosił nad Jerzego lub Paulinkę. Wszystko jest u niego owocem fantazyi. Miłość, jaką ma dla ciebie, mogłaby mu poddać myśl zlecić ci jakie tajemne rozkazy. Jeśli nie chcesz być powodem zguby naszéj rodziny, moje najdroższe dziecię, jeśli nie chcesz, by matka twoja potrzebowała chleba i jak żebraczka wyciągała rękę, trzeba mi wszystko powiedziéć.
— Ach! ach! — zawołał hrabia, który otwarłszy drzwi swego pokoju, ukazał się w nich nagle prawie nagi, a tak wychudzony i suchy jak szkielet.
Ten głuchy okrzyk wywarł straszne wrażenie na hrabinie. Pozostała nieruchoma, osłupiała. Mąż jéj był tak blady i nędzny, iż podobnym był do człowieka powstającego z grobu.
— Napełniłaś mi życie zgryzotą, a teraz chcesz śmierć moję zakłócić, obłąkać rozum mego syna, uczynić z niego istotę zepsutą! — zawołał ochrypłym głosem.
Hrabina rzuciła się do nóg umierającego, którego ostatnie wzruszenia życia prawdziwie strasznym czyniły. Wylewała strumienie łez.
— Miłosierdzia! miłosierdzia! — wołała.
— A ty, czyś miała litość nade mną? — zapytał. — Pozwoliłem ci strwonić twój majątek, czy chcesz teraz i mój strwonić jeszcze, zrujnować mego syna?
— A więc masz słuszność, nie miéj dla mnie litości, bądź nieubłagany, ale dzieci... Skaż twoję wdowę na życie w klasztorze — będę posłuszną. Uczynię dla odkupienia win moich przeciw tobie, co zechcesz, co rozkażesz. Ale niech dzieci będą szczęśliwe. Ach! dzieci! dzieci!...
— Ja mam tylko jedno dziecko — odparł hrabia — wyciągając rękę do syna z ruchem pełnym rozpaczy.
— Przebacz, żałuję! ja żałuję! — wołała hrabina ściskając wilgotne nogi swego męża.
Łkania nie dozwoliły jéj mówić, tylko urywane, bezładne słowa wymykały się z jéj pałającéj piersi.
— Po tém, coś mówiła Ernestowi, śmiesz odzywać się jeszcze słowami żalu! — zawołał umierający.
I otrząsając nogi z jéj uścisku, przewrócił ją na ziemię.
— Przejmujesz mnie zimnym dreszczem — dodał po chwili z obojętnością, która miała coś przerażającego. — Byłaś złą córką, byłaś złą żoną, będziesz także złą matką.
Nieszczęśliwa kobieta zemdlała. Umierający powrócił do swego łóżka, położył się i w parę godzin późniéj stracił przytomność. Przyszli księża dać mu ostatnie namaszczenie. Skonał koło północy; ranna scena resztę jego sił wyczerpała.
Przybyłem o północy z ojcem Gobseckiem. Przy nieładzie właściwym podobnym chwilom, weszliśmy swobodnie aż do małego saloniku, poprzedzającego pokój umarłego. Tam zastaliśmy troje rozpłakanych dzieci i dwóch księży, którzy mieli noc przy ciele przepędzić. Ernest podszedł ku mnie i powiedział mi, że jego matka chciała pozostać sama przy zwłokach męża.
— Nie idź pan tam — zawołał z głębokim wyrazem pełnym wiary — matka się modli.
Gobseck zaczął się śmiać właściwym sobie niemym śmiechem. Byłem nadto wzruszony uczuciem widném na młodéj twarzy Ernesta, ażeby podzielać szyderstwo skąpca. Gdy chłopiec ujrzał, żeśmy się kierowali ku pokojowi ojca, stanął we drzwiach zamkniętych wołając:
— Mamo, oto jacyś czarni panowie cię szukają.
Gobseck podniósł w górę dziecko jak piórko i otworzył drzwi.
Cóż za widok przedstawił się naszym oczom! Straszny nieporządek panował w tym pokoju. Hrabina z włosem splątanym, z oczyma pałającemi stała przerażona wpośród rzeczy i papierów porozrzucanych. Nieład tam był okropny wobec umarłego. Zaledwie hrabia wydał ostatnie tchnienie, żona jego wyłamała biurko i wszystkie szuflady. Wokoło niéj dywan zasłany był szczątkami, pugilaresy były porozrzucane, wszystko nosiło na sobie ślady jéj śmiałéj ręki.
Jeśli zrazu poszukiwania były daremne, wyraz twarzy i niepokój na niéj wyryty kazały mi się domyślać, że odnalazła wreszcie tajemnicze papiery. Rzuciłem wzrok na łóżko i instynktem jakiego nabieramy w ciągłém starciu się interesów odgadłem, co się tu stało. Trup hrabiego leżał tuż przy ścianie, prawie na poprzek łóżka, twarzą odwrócony do materaca, rzucony niedbale jak te szczątki kopert zaścielające ziemię, bo wszakże on był także już tylko szczątkiem. Członki jego sztywne w nienaturalném położeniu nadawały mu jakąś śmieszną potworność.
Umierający schował zapewne kontrarewers pod poduszkę, ażeby go ustrzedz od cudzéj ręki aż do chwili śmierci. Hrabina odgadła tę myśl męża, która zdawała się wypisana w ostatnim ruchu, w zaciśnięciu konwulsyjném palców. Zrzuciła poduszkę na ziemię i znać było na niéj jeszcze ślady jéj stopy. Tuż przy jéj nogach spostrzegłem leżący papier z kilku pieczęciami hrabiego, podniosłem go szybko i przekonałem się, że zawartość miała mnie być oddaną.
Wlepiłem wzrok w hrabinę z wyrazem sędziego, który bada winowajcę. Ogień na kominku pożerał papiery. Słysząc nas nadchodzących hrabina rzuciła je w płomień, nie miała czasu wszystkiego przeczytać i sądząc z pierwszych słów aktu, które zapewniały według mojéj prośby przyszłość młodszych dzieci, sądziła, że pali testament wydziedziczający je w ten sposób. Niespokojne sumienie i przerażenie własnego przestępstwa, jakie zwykle przejmuje tych, co je spełniają, odjęły jéj rozwagę. Schwytana na gorącym uczynku widziała może w myśli rusztowanie i czuła gorące żelazo pętającego ją kata. Ta kobieta czekała naszego pierwszego słowa bez tchu, patrząc na nas błędnym wzrokiem.
— Ach! pani — zawołałem wydobywając z kominka fragment niedopalonego papieru — dokonałaś ruiny twoich dzieci. Te papiery były to ich tytuły własności.
Usta jéj poruszyły się jak w paralitycznym ataku.
— Ha! ha! — zawołał Gobseck głosem podobnym do zgrzytu miedzianego świecznika, kiedy go się przesuwa po marmurze.
Po chwili przerwy, starzec zwrócił się do mnie i wyrzekł spokojnie:
— Czyż chciałeś dać do zrozumienia pani hrabinie, że nie jestem prawnym posiadaczem majątków, które sprzedał mi pan hrabia? Ten dom od chwili jego śmierci do mnie należy.
Uderzenie maczugi spadającéj mi na głowę byłoby dla mnie mniéj bolesne i mniéj zdumiewające niż te słowa. Hrabina dostrzegła niepewne spojrzenie jakie rzuciłem na lichwiarza.
— Panie! panie — wyrzekła — nie mogąc znaléźć innego słowa.
— Masz pan fideikomis? — spytałem go.
— Być może.
— Czyż nadużyłbyś pan położenia, w jakiém postawiła cię zbrodnia przez panią spełniona?
— Właśnie.
Wyszedłem, zostawiając hrabinę przy łóżku męża płaczącą rzewnemi łzami. Gobseck wyszedł za mną. Gdy znaleźliśmy się na ulicy, odłączyłem się od niego. Ale on podszedł ku mnie, rzucił jedno z tych głębokich spojrzeń, któremi otwierał się aż do skrytości serca, i wyrzekł swoim cienkim przenikliwym głosem:
— Chcesz mnie sądzić! ty!
Od tego czasu widywaliśmy się rzadko. Gobseck wynajął pałac hrabiego, przepędza lato w jego dobrach, bawi się w pana, buduje folwarki, naprawia młyny, prostuje drogi, sadzi drzewa. Dnia jednego spotkałem go w ogrodzie Tuilleries.
— Hrabina — rzekłem — prowadzi żywot heroiczny. Poświęciła się dzieciom i chowa je wybornie. Najstarszy jest czarującym chłopcem.
— Być może.
— Ale czyż nie powinieneś pan pomódz Ernestowi?
— Pomódz Ernestowi — zawołał Gobseck — Nie, nie. Nieszczęście jest najlepszym mistrzem, nieszczęście nauczy go wartości pieniędzy, da mu poznać ludzi i kobiety. Niech płynie po morzu paryzkiém, a jak będzie dobrym sternikiem, damy mu statek.
Rozstaliśmy się, nie chciał jednak wyraźniéj wytłomaczyć swoich zamiarów. Tymczasem, chociaż pan de Restaud natchniony przez matkę, okazuje mi widoczną niechęć i nie zasięga wcale rad moich, poszedłem zeszłego tygodnia do Gobsecka, ażeby go uwiadomić o miłości Ernesta dla panny Kamilli i ażeby wymódz na nim dopełnienie woli ojcowskiéj, tem bardziéj, że młody hrabia dochodzi do pełnoletności.
Stary lichwiarz był oddawna przykuty do łóżka chorobą, na którą umarł. Odroczył swoję odpowiedź aż do chwili, w któréj będzie mógł wstać i zająć się sam interesami. Zapewne nie chciał się pozbywać żadnéj z posiadanych rzeczy, dopóki miał iskrę życia. — Zwłócząca odpowiedź jego nie mogła miéć innéj przyczyny.
Ponieważ znalazłem go daleko gorzéj, niż to sam sądził, pozostałem przy nim dość długo, ażeby przekonać się o wzroście namiętności, którą wiek zamienił w rodzaj szaleństwa. Ażeby nie miéć nikogo w domu, gdzie mieszkał, wynajął go cały i zostawił wszystkie pokoje puste. Nic się nie zmieniło u niego. Meble, które znałem tak dobrze, zdawały się zachowane w jednym stanie, jakby pod szkłem. Stara wierna odźwierna zamężna z inwalidem, który pilnował drzwi, gdy posługiwała panu, była jak zwykle jego pokojówką i gospodynią. Ona-to wprowadzała do niego interesantów, a teraz pełniła obowiązki dozorczyni przy chorym.
Pomimo widocznego stanu osłabienia, Gobseck sam jeszcze przyjmował zgłaszających się do niego, sam pobierał swoje dochody, a tak dobrze urządził swoje interesa, iż kilka posyłek uskutecznionych przez inwalida starczyło do utrzymania ich w porządku.
W czasie gdy Francya uznała traktatami rzeczpospolitą Haiti, wiadomości, jakie posiadał Gobseck o stanie dawnych majątków w San-Domingo i o kolonistach, którym przypadły wynagrodzenia, sprawiły, iż mianowano go członkiem komisyi wyznaczonéj do zlikwidowania ich spraw i rozłożenia wypłat. Założył on zaraz agencyą dyskontującą prawa kolonistów lub ich spadkobierców, pod firmą Werbrust i Gigonnet, z któremi dzielił się zyskami nie potrzebując wkładu kapitału, gdyż jego wiadomości za niego starczyły. — Agencya owa był-to rodzaj dystylarni, gdzie ulatniały się likwidacye nieświadomych, niewierzących, lub tych, których prawa mogły być podane w wątpliwość. Jako członek komisyi Gobseck umiał parlamentować z wielkiemi właścicielami, którzy starając się, by najdrożéj szacowano ich straty, lub żeby prędko wynagrodzenie zostało przyznane, ofiarowywali mu podarunki stosowne do swoich majątków. Tym sposobem owe podarunki stanowiły rodzaj procentu od sum, od których nie podobna mu było innych pobierać, w agencyi zaś skupował za nizką cenę sumy małe, niepewne, lub téż należące do ludzi, co woleli wziąć natychmiast, choćby małą kwotę, jak czekać na długie, niepewne według nich spłaty rzeczypospolitéj. — Gobseck w tym interesie grał rolę nienasyconego ludożercy. Co rano odbierał rozmaite przedmioty i przyglądał im się, jakby to mógł czynić minister wschodniego monarchy, zanim zdecydował się jaką łaskę podpisać. Gobseck brał wszystko cokolwiek mu dawano, począwszy od kamieni świec a kończąc na srebrnych zastawach i złotych tabakierkach. Nikt nie wiedział, co się działo z rzeczami dawanemi staremu lichwiarzowi. Przedmioty te wchodziły do niego, ale nie wychodziły nigdy.
— Jakem uczciwa — mówiła mi moja dawna znajoma odźwierna — zdaje mi się, że połyka to wszystko, co mu znoszą, ale to nie tuczy go wcale, bo jest suchy i chudy jak kukułka mego zegara.
Wreszcie zeszłego poniedziałku przysłał po mnie inwalida, a ten wyrzekł wchodząc do mego gabinetu:
— Chodź pan prędko, panie Derville, stary idzie zdać ostatnie rachunki; zżółkł jak cytryna i oczekuje pana niecierpliwie. Śmierć tuż nad nim stoi, morduje go czkawka ostatnia.
Kiedy wszedłem do pokoju umierającego, spostrzegłem go na kolanach przed kominkiem, gdzie zamiast ognia była ogromna kupa popiołu. Gobseck przywlókł się tu z łóżka, ale zbrakło mu sił, ażeby położyć się napowrót tak samo jak głosu do skargi.
— Mój stary przyjacielu — zawołałem podnosząc go i pomagając mu wrócić do łóżka — zimno tutaj, czemu nie każesz rozpalić ognia?
— Nie zimno mi — odparł szybko — nie trzeba ognia, nie trzeba. Idę sam nie wiem gdzie, mój chłopcze — dodał, rzucając mi blade spojrzenie — ale to pewna, że ztąd się wynoszę. Zdawało mi się, że cały pokój pełen jest żywego złota i wstałem, żeby je zebrać. Ha! komuż się moje dostanie? Nie dam go przecież rządowi. Zrobiłem testament, znajdź go Grotiusie. Piękna Holenderka miała córkę, widziałem ją gdzieś przy ulicy Vivienne pewnego wieczoru. Zdaje mi się, że nosi przydomek Torpilli. Jest piękna jak amor, szukaj jéj Grotiusie. Jesteś wykonawcą mego testamentu, bierz co chcesz, jedz: masz tu pasztety z wątróbek, paki kawy, cukru, łyżki złote. Daj żonie serwis roboty Odiot’a. Ale dla kogóż będą brylanty? Czy zażywasz tabakę, chłopcze? mam tu przednie tabaki. Sprzedaj je w Hamburgu, tam więcéj płacą. Słowem posiadam wszystko, i wszystko to trzeba rzucić! — No, no, papo Gobsecku — dodał — bez słabości, bądź sam sobą.
Usiadł na łóżku i twarz jego zarysowała się wyraźnie na tle poduszki, jak gdyby była odlaną z bronzu. Wyciągnął ramiona, kościstą dłoń położył na kołdrze i ścisnął ją, jakby chciał się o nią przytrzymać; spojrzał na swoje zimne ognisko, tak zimne jak był wzrok jego o metalicznym połysku i umarł z całą przytomnością, ukazując oczom moim, staréj odźwiernéj i inwalida, obraz podobny do tego, jaki Lethière wymalował na płótnie przedstawiającym „śmierć dzieci Brutusa“.
— A co, czy nie dzielny stary? — mówił inwalid swoim obrazowym żołnierskim językiem.
Ja słuchałem jeszcze fantastycznych wyliczań bogactw, jakie robił umierający i wzrok mój, który szedł za kierunkiem jego wzroku, zatrzymał się na kupie popiołu, ta zdawała mi się ogromną. Wziąłem szczypce, ale skoro ją poruszyłem, uderzyłem o stos złota i srebra; zapewne złożył go Gobseck z wpływów pieniężnych w czasie choroby, zapewne czuł się zbyt osłabionym, by je schować gdzie indziéj lub oddać do banku.
— Biegnij do sędziego pokoju — rzekłem do inwalida — ażeby jak najprędzéj przyłożono tu pieczęcie.
Uderzony ostatniemi słowami Gobsecka i tém, co mi mówiła odźwierna, wziąłem klucze od pokojów położonych na pierwszém i na drugiém piętrze i poszedłem je zwiedzić. Zaraz na wstępie spotkałem tłómaczenie przemowy, którą miałem za wytwór gorączki i zobaczyłem ślady skąpstwa posuniętego do punktu, kiedy staje się ono już tylko ślepym bezmyślnym instynktem.
W pokoju przytykającym do tego, gdzie umarł Gobseck, znajdowały się zgniłe pasztety i massa wiktuałów rozmaitego rodzaju, nawet skorupiaków i ryb morskich porosłych pleśnią, które wydawały zabójcze zapachy. W tém wszystkiém roiło się robactwo. Te świeże podarunki pomieszane były z pudłami rozmaitych kształtów, z pakami herbaty, kawy, cukru. Na kominku w srebrnéj wazie były zawiadomienia o rozmaitych towarach przybyłych i złożonych w Hawrze pod jego nazwiskiem, były tam bawełny, rumy, rafinady, indyga, tytonie, słowem cały bazar kolonialnych produktów! Pokój ten zawalały meble kosztowne, srebra, lampy, obrazy, naczynia, piękne sztychy i rozmaite osobliwości. Zapewne ten zbiór kosztownych przedmiotów nie pochodził jedynie z podarunków, zapewne były to i fanty, które musiał zatrzymać, gdyż wykupione nie zostały. Spostrzegłem tam klejnoty w herbowych puzderkach, serwisy z pysznych holenderskich tkanin, kosztowne bronie, ale wszystko to bez żadnych napisów, któreby wskazywały pierwotnych właścicieli. Otworzyłem książkę, świeżo widać poruszoną i znalazłem w niéj tysiąc-frankowe bilety. Wówczas obiecałem sobie zwiedzić i najmniejszy zakątek, zbadać mury, podłogę, gzymsy i lamperye, ażeby wynaléźć wszystko złoto, którego był tak łakomy ten stary Holender, godzien pendzla Rembrandta.
Nigdy w ciągu mego prawniczego zawodu nie widziałem nagromadzonych owoców takiego skąpstwa.
Powróciwszy do pokoju Gobsecka, znalazłem na biurku wytłómaczenie powodu, dla którego te wszystkie produkta uległy zepsuciu. Pod przyciskiem była tam cała korespondencya Gobsecka z kupcami, którym zbywał je zwykle. Bądź to, że ci ludzie zostali przez niego oszukani, bądź to, że zbytnio się drożył, umowy nie przychodziły do skutku. Nie sprzedał wiktuałów Chevetowi, bo Chevet chciał je wziąć tylko z odstępem trzydziestu od sta. Gobseck sprzeczał się o drobnostki i tym sposobem tracił dziesięć razy więcéj, bo towar ulegał zepsuciu. Co do srebra nie chciał dać komisowego, co do kawy i herbaty nie godził się ponosić strat pochodzących z uszkodzenia. Słowem w każdéj sprzedaży zachodziły nieporozumienia świadczące, że Gobseck ulegał już pewnemu zdziecinnieniu, jak to zwykle ma miejsce u starców opanowanych wszechwładną namiętnością, która niweczy inteligencyą. I powiedziałem sobie ja także: „Komuż dostaną się te wszystkie bogactwa“? Wedle ostatnich wskazówek danych mi przez niego co do jedynéj spadkobierczyni, jestem zmuszony zbadać wszystkie podejrzane damy w Paryżu, by oddać jakiéj złéj kobiecie ten ogromny majątek. Przedewszystkiém jednak powiedziéć muszę, że majątek Ernesta de Restaud będzie mu za kilka dni oddany wedle wszystkich form prawnych i że ten majątek da mu możność poślubienia panny Kamilli oraz zapewnienia matce i rodzeństwu przyzwoitego losu.
— A więc, kochany Dervillu, pomyślemy o tém — odparła pani de Grandlieu. — Pan Ernest musi być niezmiernie bogaty, by rodzina taka jak nasza zgodziła się na jego matkę. Pomyśl, że mój syn będzie kiedyś księciem de Grandlieu i połączy w sobie dwie gałęzie naszego domu. Chcę, żeby miał szwagra wedle swojéj myśli.
— Ależ — wtrącił hrabia de Borne — Restaud nosi w herbie czerwone pole ze srebrną belką i cztery złote tarcze z krzyżami złocistemi, jest-to herb bardzo stary.
— Prawda — odparła wice-hrabina. — Zresztą Kamilla może nie widywać swojéj świekry, która skłamała dewizie res tuta służącej herbowi, o którym mówiłeś tylko co, mój bracie.
— Pani de Beauséant przyjmowała panią de Restaud — rzekł stary hrabia.
— Och! tylko na rautach — odparła wice-hrabina.

Paryż, w styczniu 1830.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku — powtórzone i.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – moralność.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – mamrotał.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – oddane.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – zaszło.
  6. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – stosownie.
  7. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – .
  8. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – A więc.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoriusz Balzac i tłumacza: Waleria Marrené.