Przejdź do zawartości

Gołąbek (Buława, 1863)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Tarnowski
Tytuł Gołąbek
Pochodzenie Poezye Studenta Tom I
Wydawca F. A. Brockhaus
Data wyd. 1863
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

GOŁĄBEK.
BALLADA.


«Leć mój gołąbku, leć mój skrzydlaty
Sam do kochanka mojego,
Przez gaje, rzeki, przez łąki, kwiaty
Zaleć ach! zaleć do niego!
Ze świtem ranka pozdrów go mile
Pogruchaj nad nim, odemnie,
Wspomnij minione roskoszy chwile,
Spytaj czy tęskni bezemnie? — »
Tak szepcząc z drżącem łkaniem dziewczyna
Ptaszka pieści i całuje,
W daleką drogę pójdzie ptaszyna
Z karteczką co przywiązuje —
Na niej skreślone lube wyrazy
Miłosne szlą pozdrowienie,
Jeszcze raz pieści, jeszcze dwa razy;
To dla niego przymilenie!
I puszcza ptaszka — on coraz chyżej
Wietrznem skrzydełkiem się wznosi,
Jeszcze mignąwszy wyżej — i wyżej —
Zniknął! — już wiatr go unosi —
Już żeglowało ptaszę w błękicie
A ona jeszcze wołała,
Bo z ptaszym lotem wiosenne życie
I jej dusza uleciała —
Przeleciał wieczór — słońce wysoko,
Mijają ranne godziny,
W błękitnem niebie błękitne oko
Samotnej, tonie, dziewczyny.

Słucha — lecz cicho do koła wszędzie
To on szumi skrzydełkami? —
To tylko wodny krzyształ łabędzi
Śnieżnymi prują piersiami!
I słucha znowu tłumiąc westchnienie,
To głos jego gruchający —
O nie! To wiatru swawolne tchnienie
Muska liść brzozy płaczącej.
Jak fala pierś drży w niespokojności
Na próżno błądzi oczyma,
W koło ugania wzrokiem tęskności
Lecz ptaszka nie ma i nie ma —
W tem szelest ciszę przerwał w oddali,
I błyskawicą spojrzała,
Nad cichem modrej jeziorem fali
Gołąbka w locie ujrzała —
W dziobku niósł tchnącą balsamem wiosny
Zielonej palmy gałązkę;
K’niemu kieruje wzrok swój radosny
I widzi z pierścieniem wstążkę
Spadły ramiona — oczy zoczyły
W pierścionku ryte wyrazy —
«Dzięki ci ptaszku, dzięki mój miły
O dzięki po stokroć razy!»
Potem gołąbka rączką ująwszy
Czule go głaszcze i pieści
U szyi krwawy pierścień upiąwszy
Jutro po nowe śle wieści. —

«Leć mój gołąbku, leć mój skrzydlaty
«Tam — do okienka ach! jego,
«Przez kwiaty dolin i przez łąk kwiaty
«Zaleć ach! Zaleć do niego! — »
«Na dobry wieczór powitaj mile
Pogruchaj nad nim ode mnie,
Spomnij prześnione rozkoszy chwile
Spytaj czy tęskni beze mnie? —

I wleciał gołąb — motylem — wyżej!
Komarem — w błękit się wznosi
I jeszcze błysnął błękitu bliżej
I zniknął — wiatr go unosi!
Już żeglowało ptaszę w błękicie
Dziewczyna jeszcze wołała,
Bo z jego lotem wiosenne życie
I jej dusza uleciała! —
Dopłynął żeglarz — południe mija
Słońce się tuli do chmury
A ona patrzy czy się nie zwija
Skrzydłem w błękicie z nad góry —
Czeka i czeka, już ponad fale
Mignęła ptaszyna chybka! —
Nie! to w jeziora jasnym krysztale
Swawolna plusnęła rybka —
Już noc zapada — a ona słucha
To jego jasne skrzydełka! —
Nie, to wiatr pusty po polu dmucha,
Ścigając błędne światełka.
Wtem zaszumiało w górnej oddali
I błyskawicą spojrzała,
W świetle księżyca nad falą, w fali
Śnieżną ptaszynę ujrzała —
W dzióbku wianuszek niosła barwinku,
U szyi karteczka biała —
O witaj ptaszku, pójdź do spoczynku
Tu do mnie ptaszyno mała!
Kiedy noc przeszła z świtem poranka
Znowu śle wdzięczną ptaszynę,
Znowu — pozdrowić swego kochanka,
On od niej lubą dziewczynę.
I tak co rana i co wieczora
Ptaszek i wracał i latał
Po nad modremi falami jeziora
Ciernie jej różą przeplatał —
Raz gdy po rosie uleciał rankiem
Daremnie czeka dziewczyna,

Nie wiedząc tęskna co z jej kochankiem
Bo ptaszka nie ma i nie ma —
Tak minął ranek wtóry i trzeci
Przeszły i mnogie wieczory,
Az raz nad fale gołąbek leci
Do dziewczyny tęsknej, chorej,
I dziwną dla niej gruchnął piosneczkę
«Twój luby cię nie porzuci!
Wróci powitać biedną dzieweczkę,
Wróci twój anioł — powróci!»
I znowu okrąg krąży i krąży
Dziewczę ściga — on odleciał
Znowu daleko przez fale dąży
Cóż to znaczy — on poleciał!
Lecz przed skonaniem tegoż wieczora
Czyliż gołąbka pozdrowi? —
Nie wiem —  — lecz nagle przez fale jeziora —
Szumi orzeł ku brzegowi —
I tam się ważył gwiazdą wysoko
I znów piorunem spadł z nagła,
Choć wielki takie miał rzewne oko,
Że wraz dziewczyna odgadła.
«To duch — twój wieszczy świętej miłości
Na silnych skrzydłach przypłynął.»
Już w sobie giną wzrokiem młodości
I wieczór chwilką przeminął —
«Orle mój orle! o, chwilkę jeszcze!»
«O dziewczę! Próżno nie mogę»
«Orle, raz jeszcze — ciebie popieszczę —
Gołąb nie starczy w mą trwogę!»
Orzeł się zrywa, ona w ramiona!
Oburącz chwyta pierś jego —
I przytuliła mu się do łona —
Wznosi się — z lotem lubego
Orzeł zaszumiał skrzydłem nad fale
Leci — w mgieł tonie błękicie
Ku słońcu płynie — chyżo — zuchwale —
Ona z nim zlała swe życie —

Lecz gdy najwyżej ku blaskom słońca
Orzeł się wzbijał do szczytu
Ramię jej mdleje — błaga gwiazd gońca
By chwilę zleciał z błękitu;
Lecz tenże wyżej leci — o biada!
Ramię zdrętwiało — wzrok mami
I z skrzydeł orla z krzykiem upada —
Rozdarta między skałami.
Orzeł popłynął o wiotkich piórach
Ona skonała na skale,
Krzyk jej bolesny skonał gdzieś w chmurach,
A duch w pokucie śle żale.
Gdy się wysunie z za gór wieczora
Księżyc czerwony za chmurą,
Widać nad stromym brzegiem jeziora
Dziewczynę białą — ponurą —
Przez całe noce, wichrem targana,
Czeka i czeka dziewczyna,
Az dzwon zadzwoni po rosie z rana —
Lecz ptaszka nie ma i nie ma!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.