Genezareth

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Genezareth
Pochodzenie Z głosów lądu i morza
Data wydania 1911
Wydawnictwo Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
GENEZARETH.

Słońce spływa złociste na krainę smętną,
pustą... Różowe oleandrów krzewy
sypnęły się wzdłuż brzegu, gdzie wód sinych tętno
gra koleją wstawania i łagodnej zlewy.
Goreją wzgórz tych stoki, którym snać pamiętno,
że chadzał niemi powiew cudu, brzmiały śpiewy:
„hosanna!“ Dzisiaj cichość, choć to w żniw jest porze;
kołysze się w pustkowiu „Galilejskie morze“.

Na zboczach od zachodniej strony pól rozłogi
dostałe są i świecą... Oto w dół ku wodzie
zbieżała smug żółtawość, przeciw którym srogi
Wieniec skał tam ze wschodu, zda się, ostrzem bodzie

zwiewność tych cichych niebios, od słońca pożogi
nie rozpalonych, smutnych. Nie mkną dzisiaj łodzie
i żadne wiosło z pluskiem modrych wód nie orze...
Nieskończenie ucichło Galilejskie morze.

Pójdziemyż, duszo moja, spojrzeć w to pustkowie?
Czy pójdziem słuchać głosu, który — przecie niemy?
Ubrały się obłoki w zorzy złotogłowie,
gaśnie dzień... Nadaremnie tęskną czujność ślemy;
żaden szept z głuchej ciszy męce nie odpowie...
O, duszo moja, jednak my tu czekać chcemy...
Znikły w ostatnim błysku przedwieczorne zorze,
zasnuło się w tajemność Galilejskie morze!

Trzeba cicho w noc wniknąć, w krótką noc widmową;
utożsamić się z mrokiem nocy, która czeka.
Majaczą skały; ostry szczyt utonął głową
w sinawej mgle... Jest jakaś wielka rzecz, daleka;
oto się rodzi, wstaje, idzie, wielkie słowo...
Słyszysz-li? bije w fali tej serce człowieka;

wszystka przyroda sercem westchnęła człowieczem.
Przyjdzie czas... Duszę w czucie świtu przyobleczem...

Godziny przesunęły się jak trwożne kroki,
pełne czci, i nadziei, i bólu. Noc zbladła.
Przedranny wiatr potrącił morza nurt głęboki,
złamała się w oddechu szara toń zwierciadła;
wyczekiwanie jękiem dźwiękło z fal roztoki.
Już blizki świt: nabrały barwy gór widziadła,
sinieje woda, gwiazdy po kolei mdleją.
Ciszej serce! Brzmią tętna — szalone nadzieją...

Gdzieś przy brzegu plusnęła lekko łódź... Słuchamy.
Rozstępuje się, szepcąc, wód traconych niwa;
łańcuchy skał są dziwne dla obrazu ramy;
powolnym ruchem wioseł smukła łódź wypływa.
Przebiegł rytm, w zlewie kropel szmer perlistej gamy...
Zamarła pierś w jedynem natężeniu żywa...
Z czółna spuszczono niewód, rozpoczęcie pracy;
poznajesz, duszo moja, co zacz są rybacy?


W półświetle oczy mogą rozróżnić postacie
Jakuba, Piotra, Jana... Naraz między zgrają
jęły szukać, jak gdyby mówiąc: „Gdzie Go macie?
rozstąpcie się!“ Z pośpiechem bolesnym szukają
i zaszkliły się wielkim smutkiem, jak po stracie...
Rybitwi ciągiem sieci fal powierzchnię krają;
aliści niewód pusty, wszystek trud jałowy;
tchnienie trwogi wionęło na tych ludzi głowy.

Niepokój rośnie. Owóż są apostołowie,
wybrani pańscy, słudzy, którym piecza zdana!
Drżą ramiona bezsilne w nieszczęsnym połowie:
owoż słudzy niezdatni po odejściu Pana;
owóż dola, co smętnie się sieroctwem zowie.
W sieroctwie rozpętano namiętności rosną;
gniew i ból społem zdjęły załogę żałosną...

Widzicie, oczy? Co to? Nad przepaścią wody
olbrzymieje wam znagła ludzi tych znaczenie...
Czy majaki nawiewa wiatr poranny, młody?
Czy z krainy tajemnic tu upadły cienie?
A wtem pojąłem... Toć są postacie — narody!
Siadły w rybackie czółno, które powiew żenie;
zmącona, tęskna czeladź po odejściu Chrysta;
zmącona dziwna zjawa, ale rzeczywista.


Boją się... To lęk, który strachem się nie zdawa
i jest z pozoru buntem, wrzeniem, sił rozpaczą...
Lecz w przepaściach tajemnych krzyczy dusza krwawa,
wieczna dusza, dla której czasy nic nie znaczą;
którą obchodzi jedna, niewymowna sprawa,
że się uczuła w łonie wieków znów tułaczą,
postrada wszy jakoweś dobro niezmierzone. —
Płynie łódź, nie wiedząca w jaką płynąć stronę...

Błysło światełko... Słońce wschodzi? Nie! zbyt nizko
nad kamienistym brzegiem... Tam, tam, — czy widzicie?
Przedziwnie słodko jawi się blask i kolisko
cichych promieni rośnie jak w przeczystym świcie...
Wpośród zamętu nagle przystań zda się blizką;
drgnęło aż w głębi trzewiów potrząśnione życie.
Porwali się na łodzi; wyciągają ręce,
wiedzą, kto jest..! Poznali. Oto koniec męce.

Chrystus stoi na brzegu. Nie symbol, nie mara;
żywy, obecny Chrystus, człowieczy i bratni.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.